BIBLIOTEKA
NAJCELNIEJSZYGH UTWORÓW
LITERATURY EUROPEJSKIEJ.
Literatura Francuzka.
WARSZAWA.
NAKŁAD I DRUK S. LEWENTALA.
(Pod kierunkiem Redakcyi Kłosów.)
1881.
HONORYUSZ BALZAC.
KOMEDYA LUDZKA.
TOM III.
OJCIEC GORIOT.
PRZEKLAD
Amelii Bortnowskiéj.
WARSZAWA.
NAKŁAD I DRUK S. LEWENTALA. Nowy-Świat N-r 39.
1881.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 24 Ноября 1880 г.
OJCIEC GORIOT.
Pani Vauquer, z domu de Conflans, jest-to kobieta w podeszłym wieku, posiadająca od lat
czterdziestu mieszczańską gospodę, położoną przy ulicy Neuve-Sainte-Genevieve, między
dzielnicą łacińską a przedmieściem Saint-Marceau. Gospoda ta, znana pod nazwą Domu
Vauquer, daje schronienie tak mężczyznom jak i kobietom, tak młodzieży, jak starcom ;
pomimo to obmowa nie tknęła nigdy obyczajów tego szanownego zakładu. Trzeba wszakże i
to dodać, że od trzydziestu lat nie widziano w nim prawie wcale młodych osób; zabłąkał się
tam chyba taki nieborak, któremu rodzina przysyłała utrzymanie bardzo szczupłe. Jednakże w
roku 1819, to jest w chwili rozpoczęcia się naszego dramatu, mieszkała tam jedna uboga
dziewczyna.
Musimy posługiwać się tu wyrazem dramat, jakkolwiek w tych czasach opłakanej literatury
stracił on wiele ze swéj wziętości, z powodu że go nadużywano i naciągano wedle potrzeby;
posługujemy się nim nie dlatego, by powieść ta miała być dramatyczną, w całem znaczeniu
tego słowa, ale dlatego, że fakt spełniony wyciśnie może kilka łez intra muros i extra. Czy go
ktokolwiek pojmie po za obrębem Paryża? pozwalamy sobie wątpić. Szczegóły téj sceny tak
są pełne spostrzeżeń i barw miejscowych, że można je dobrze zrozumieć tylko pomiędzy
wzgórzami Montmartre, a wyniosłością Montrouge, w tej sławnej dolinie wiecznie
osypujących się tynków i rynsztoków czarnych od błota ; w dolinie cierpień prawdziwych i
radości często zwodniczych ; w dolinie, gdzie się wszystko tak straszliwie kotłuje, że chyba
nadzwyczajny wypadek może wywrzeć nieco silniejsze wrażenie. Wszakże i tutaj zdarzają się
od czasu do czasu boleści wielkie i uroczyste, bo się na nie składa ogrom występku i cnoty ;
na ich widok egoizm nawet zatrzymuje się wzruszony ; ale to chwilowe wrażenie przypomina
smaczny owoc pochłonięty z chciwością. Rydwan cywilizacyi, nakształt wozu bożyszcza
Jaggernaty, opóźnia się wprawdzie, spotkawszy na swéj drodze serce oporne, co się nie daje
zgnieść tak łatwo jak inne; ale zmiażdżywszy je po chwili, posuwa się dalej w swym
tryumfalnym
8
pochodzie. Tak samo postąpicie wy, co wziąwszy w białe ręce książkę, pogrążycie się w
miękkim fotelu, mówiąc sobie : może też mię zabawi. Przeczytawszy o tajemnych
nieszczęściach ojca Goriot, zjecie obiad z apetytem, składając swą nieczułość na karb autora,
zarzucając mu przesadę, obwiniając o zbytek poezyi. Ach! wierzcie mi, ten dramat nie jest ani
wymysłem, ani romansem. All is true, jest on tak prawdziwy, że każden znajdzie w sobie,
może nawet w swém sercu, te same czynniki, z których on się składa.
Dom, w którym się mieści gospoda mieszczańska, należy do pani Vauquer i znajduje się przy
końcu ulicy Neuve-Sainte-Genevieve, w tem miejscu właśnie, gdzie grunt zniżający się ku
ulicy Arbalete tworzy tak raptowną pochyłość, że konie rzadko wjeżdżają na nią. Okoliczność
ta przyczynia się do ciszy panującej wśród ulic ściśniętych pomiędzy murami Val-de-Grace i
Panteonu. Oba te gmachy nadają odrębny charakter atmosferze, powlekając ją żółtawym
kolorytem, na którym jakoś posępnie ich cień się zarysowuje. Bruk tam suchy, rynsztoki bez
błota i wody, trawa porasta wzdłuż murów. Najswobodniejszy człowiek musi tam uledz
smutkowi ogarniającemu wszystkich przechodniów ; turkot powozu — to rzadki wypadek,
domy ponure, ściany przypominają więzienie. Zbłąkany Paryżanin ujrzałby tam same
gospody mieszczańskie lub zakłady ; ujrzałby nędzę lub zniechęcenie, dogorywającą starość,
lub wesołą młodzi. zmuszoną do pracy. Żadna z dzielnic Paryża nie jest okropniejsza, ani
mniej znana. Mianowicie ulica Neuve-Sainte-Genevieve to niby rama bronzowa, jedynie
stosowna do naszego opowiadania, przed zaczęciem którego trzeba, o ile możności, nastroić
umysł do barw ciemnych, do myśli poważnych; tak wędrowiec zstępujący do katakumb, za
każdym stopniem prowadzącym w głąb', coraz mniéj widzi światła dziennego, coraz
niewyraźniej słyszy śpiew przewodnika. Prawdziwe porównanie ! Któż bowiem powie, co
przedstawia straszliwszy obraz : czy serca wyschłe, czy czaszki próżne ?
Front gospody zwrócony jest na ogródek ; w skutek czego dom przytyka pod kątem prostym
do ulicy Neuve-Sainte-Genevieve, w miejscu najbardziej zagłębionem, gdzie ją przerzyna
inna ulica. Wzdłuż całego frontu, pomiędzy domem a ogrodem, znajduje się na sążeń szeroka
przestrzeń wybrukowana okrągłemi kamieniami, a dalej aleja wysypana piaskiem i otoczona
wazonami z białego i niebieskiego fajansu, w których rosną krzewy gieranium, oleandry i
granaty. Furtka, prowadząca w głąb téj alei, ma nad sobą deskę z nadpisem: Dom Vauquer, a
poniżej: Gospoda dla płci obojéj i innych. Przez kratę znajdującą się we drzwiach
opatrzonych donośnym dzwonkiem, widać niszę wymalowaną na przeciwległym murze,
wznoszącym się przy końcu wyżej wzmiankowanego bruku. Arty-
3
sta téj dzielnicy nadał niszy kolor zielonego marmuru, udając zagłębienie, pod którem
umieszczono statuę przedstawiającą Kupidyna. Patrząc na obłupany lakier, co go pokrywa,
amatorowie symbolów ujrzeliby w nim może mit miłości paryzkiéj, która się leczy o kilka
kroków dalej. Na podstawie, napis wpół zatarty przypomina epokę, do której się ta ozdoba
odnosi, świadcząc o zapale dla Woltera, który powrócił do Paryża roku 1777 :
Ktokolwiek jesteś, oto obraz tego,
Kto jest twym mistrzem, był nim, albo będzie.
Gdy noc nadchodzi, drzwi z kratą ustępują miejsca innym całym drzwiom. Ogródek tak
szeroki jak front domu, otoczony od strony ulicy murem, przytyka drugim bokiem do ściany
sąsiedniego domu, na którym zwiesza się okrywająca go szczelnie zasłona bluszczu. Widok
ten sprawia w Paryżu malownicze wrażenie i przyciąga oczy przechodniów. Mur okalający
ogródek osłonięty jest szpalerem i winną latoroślą, której owoce nędzne i zapylone bywają
przedmiotem corocznej troski pani Vauquer i rozmów jéj z mieszkańcami domu. Po obu
stronach, wzdłuż muru, ciągnie się wazka dróżka prowadząca pod cień lip, które pani
Vauquer, chociaż z domu de Conflans, nazywa uporczywie tieuilles, pomimo gramatycznych
uwag swych stołowników. Pomiędzy dwiema równoległemi alejami znajduje się przestrzeń
kwadratowa zasadzona karczochami, otoczona drzewami owocowemi karłowatego gatunku i
objęta wkoło szczawiem, sałatą i pietruszką. Pod lipami umieszczono okrągły stół zielony,
otoczony ławeczkami. W dni świąteczne przychodzą tu bogatsi goście, którym środki
pozwalają zapłacić za filiżankę kawy i popijają ją zwolna, przy upale dochodzącym do tak
wysokiego stopnia, że kurczęta mogłyby się wykluć z jaj, gdyby je umieszczono w podobnej
temperaturze.
Trzypiętrowa facyata domu, nad którą wznoszą się jeszcze poddasza, zbudowana jest z
piaskowca i pomalowana na kolor żółty, który wszystkim prawie domom paryzkim nadaje
jakiś nieszlachetny charakter. Na każdem piętrze znajduje się po pięć okien o małych
szybkach; żaluzye w oknach podniesione tak nierówno, że przecznice ich zdają się kłócić
między sobą. Boczna ściana domu mieści dwa okna w rząd ; na parterze mają one zamiast
ozdób żelaznych sztaby wyrabiane w kratkę. Po za domem znajduje się podwórze, szerokie
blizko na dwadzieścia stóp, gdzie trzoda chlewna żyje w najlepszej zgodzie z kurami i
królikami; w głębi widać drwalnię. Między tą drwalnią a oknem kuchenném przytwierdzono
szafę śpiżarnianą, pod którą znajduje się ściek brudnej wody. Z podwórza na ulicę prowadzą
wązkie drzwiczki, przez które kucharka wyrzuca
10
wszystkie nieczystości, polewając następnie kałużę czystą wodą dla uniknienia zarazy.
Parter, przeznaczony na mieszczańską gospodę, składa się z pokoju o szklanych drzwiach i
dwóch oknach wychodzących na ulicę. Ten salon łączy się z jadalnym pokojem oddzielonym
od kuchni sionką, w której znajdują się schody drewniane malowane i woskowane. Trudno
znaleźć coś bardziej smutnego jak ten salon, którego całe umeblowanie stanowią fotele i
krzesła, obite włosianą materyą w pasy błyszczące i matowe. Pośrodku stoi stół okrągły z
marmuru Sainte-Anne, na którym postawiono dla ozdoby bardzo dzisiaj rozpowszechniony
serwis biały porcelanowy, o złotych paskach w połowie już pozacieranych. Podłoga w tym
pokoju dosyć nędzna, ściany obwiedzione u dołu szeroką lamperyą, wyżej zaś wyklejone
lakierowanym papierem, przedstawiającym główne sceny z Telemaka, w których klasyczne
osoby dla odróżnienia odmalowano żywszemi barwami. Przestrzeń między dwoma oknami o
żelaznych sztabach, przedstawia mieszkańcom gospody obraz uczty, którą Kalipso wydała na
cześć syna Ulisesowego. Lat czterdzieści minęło od dnia, w którym powyższe malowidło
ukazało się w salonie pani Vauquer, a jeszcze do téj pory nie przestaje ono pobudzać do
żartów młodszych stołowników, którym się zdaje, że się wzniosą ponad swoje smutne
położenie, drwiąc ze skromnego obiadu, na jaki nędza ich skazuje. Kominek ozdobiony po
środku szkaradnym zegarem z sinawego marmuru, a po bokach dwoma wazonami sztucznych
kwiatów, co dawne czasy zdają się pamiętać. Ognisko kominka, zawsze czysto umiecione,
zdaje się mówić, że ogień bywa tu rzadkim gościem. Pierwszy ten pokój przejęty jest wonią,
nie mającą w mowie ludzkiej odpowiedniego określenia; najwłaściwiój byłoby nazwać ją
wonią gospody. Czuć w niéj zaduch, stęchliznę, pleśń ; wieje z niéj chłód, wilgoć
utrudniająca oddech i przejmująca odzienie; unosi się zmieszany zapach różnych potraw, a
wszystko razem przypomina izbę czeladną, kredens, szpital. Możeby się to dało jaśniej
wyrazić, gdyby był sposób zanalizować pierwiastki ulatniające się z atmosfery sui generis,
otaczającej każdego mieszkańca tego domu. A jednak, pomimo tych wszystkich
obrzydliwości, salon opisany, w porównaniu z sąsiednim pokojem, wydaje się woniejący i
wykwintny jak buduar. Ściany drugiego pokoju, od góry do dołu wykładane drzewem, były
niegdyś kolorowe, ale dziś widać tylko jakieś tło nieokreślone, na którem pokład brudu
zarysował się w dziwaczne wzory. Do ścian poprzybijano półki pokryte jakąś lgnącą warstwą,
a na nich stoją zapylone i powyszczerbiane karafki, wraz z podstawkami metalowemi,
wyrabianemi w deseń naśladujący morę, obok zaś piętrzą się stosy talerzy porcelanowych z
niebieską obwódką,
11
z turnejskiéj fabryki. W kącie stoi pudełko z numérowanemi przegródkami, służące za ogólny
skład serwet poplamionych i zalanych winem. Spotkasz tutaj ten rodzaj sprzętów, co najlepiej
opiera się niszczącej sile czasu, i, zewsząd już wygnany, sprawia takie wrażenie, jak szczątki
społeczeństwa w szpitalu chorób nieuleczonych. Zobaczysz tu barometr z kapucynem
zapowiadającym deszcz, wstrętne malowidła odbierające apetyt, w ramach lakierowanych ze
złotemi brzeżkami, zegar ścienny z szyldkretu wykładanego miedzią, zielony piec, kinkiety
Arganda, w których oliwa zgęstniała od kurzu, długi stół pokryty ceratą, dosyć zatłuszczoną,
by krotochwilny stołownik mógł wypisać na niéj swe imię, posługując się palcem w braku
rylca ; dalej krzesła kulawe, nędzne słomianki, przenośne piecyki zużyte, popsute, z
połamanemi zawiasami i przepaloném drzewem. Chcąc wyrazić jak dalece wszystkie te
meble są stare, popękane, struchlałe, drżące, stoczone, połamane, wykrzywione, roztrzęsione,
dogorywające, potrzebaby długiego opisu, przez co opóźniłby się wątek powieści, a tego
nigdyby mi nie darowali niecierpliwi czytelnicy. Czerwona podłoga pełna jest zagłębień,
powstałych w skutek niejednokrotnego malowania i szorowania. Jedném słowem, panuje tu
nędza pozbawiona strony poetycznej, nędza ukrywana, oszczędzająca się, wyszarzana, nie
zwalana wprawdzie błotem, ale już mocno poplamiona, nie mająca jeszcze dziur i
łachmanów, ale za chwilę gotowa uledz zgniliźnie.
Około siódmej z rana, do znajomego nam pokoju wbiega kot pani Vauquer, poprzedzając swą
właścicielkę, wskakuje na półki i wącha garnuszki z mlekiem pokryte talerzami, pomrukując
przytém głośno. Po chwili zjawia się wdowa, przystrojona! w tiulowy czepek, z pod którego
zwiesza się fałszywy warkocz źle przytwierdzony, i posuwa się, wlokąc za sobą
powykrzywiane pantofle. Twarz jéj stara, jakby obrzękła, z nosem zakrzywionym nakształt
papuziego dziobu ; ręce pulchne, cała osoba utuczona jak szczur kościelny, o nadzwyczaj
pełnych kształtach; wszystko harmonizuje jak najlepiej z tym salonem, do którego
wszystkiemi szparami, zdaje się wciskać nieszczęście, gdzie z kątów wygląda zaczajona
spekulacya, gdzie powietrze duszne i odrażające nie sprawia jednak wstrętu pani Vauquer.
Oblicze jéj, świeże jak pierwszy przymrozek jesienny, oczy otoczone siecią zmarszczek,
których wyraz słodki jak uśmiech tancerki, może w jednej chwili zmienić się w pochmurne
spojrzenie rachmistrza; cała wreszcie jéj osoba wyjaśnia lepiej gospodę, która, ze swéj strony,
stanowi niby jednolitą całość z jéj osobą. Gdzie jest więzienie, tam musi być i dozorca,
jednego nie można sobie przedstawić bez drugiego. Chorobliwa otyłość téj małej kobiety jest
skutkiem życia, jakie prowadzi, tak jak tyfus jest wynikiem szpital-
12
nych wyziewów. Z pod starej, przerabianej sukni wymyka się po-dołek wełnianej spódnicy,
świecący kłakami wypadającej waty. Ten widok przypomina nam salon, pokój jadalny i
ogródek, przeczuwamy kuchnię, odgadujemy, jacy mogą być mieszkańcy domu. Widząc
razem osobę i otoczenie, mamy dopiero obraz zupełny. Pani Vauquer ma lat około
pięćdziesięciu i wygląda jak wszystkie kobiety, które aoznaly nieszczęść w swém życiu.
Wzrok jéj szklisty, a wyraz twarzy przypomina faktorkę, udającą gniew dla wyłudzenia
większej zapłaty, a po chwili gotową na wszystko, by tylko polepszyć swój los, gotową
wydać Grzegorza lub Pichegru, gdyby to było rzeczą jeszcze możliwą. To nie przeszkadza jéj
być w gruncie dobrą kobietą, przynajmniej takie jest zdanie jéj lokatorów, którzy uważają ją
za biedną istotę, stękającą i kaszlącą wraz z niemi. Kto był pan Vauquer? Wdowa nie lubi
rozpowiadać o nieboszczyku. Jakim sposobem utracił mienie? W skutek nieszczęść,
odpowiada kobieta. Wyznaje jednak, że się z nią niedobrze obchodził, a zostawił jéj tylko
dwoje oczu potrzebnych do płaczu, dom, w którym mieszka, i przekonanie, że żadne
nieszczęście nie zasługuje na jéj współczucie, bo sama przecierpiała wszystko, co tylko
przecierpieć można. Słysząc panią drepczącą po pokoju, kucharka, znana pod nazwą grubej
Sylwii, pośpiesza podać śniadanie dla stałych mieszkańców gospody. Wszyscy przychodzący
stołownicy dostają tylko obiad, za co miesięcznie płacą trzydzieści franków.
W chwili, gdy się ta powieść zaczyna, stałych mieszkańców było tylko siedmiu. Na
pierwszém piętrze były dwa najlepsze apartamenta; pani Vauquer zajmowała mniejszy, a
drugi należał do pani Couture, wdowy po wojennym komisarzu rzeczypospolitéj francuzkiéj.
Pani Couture utrzymywała przy sobie młodą osobę, niejaką Wiktorynę Taillefer, której starała
się zastąpić matkę. Dochód obu tych pań wynosił tysiąc osiemset franków. Na drugiém
piętrze, jedno mieszkanie zajmował człowiek w podeszłym wieku, nazwiskiem Poiret, drugie
zaś pewien jegomość mogący mieć lat ze czterdzieści; nosił on ciemną perukę, czernił
faworyty, uchodził za byłego kupca ; znano go powszechnie pod imieniem Vautrin'a. Trzecie
piętro składało się z czterech pokoi; jeden z nich wynajmowała stara panna, nazwiskiem
Michonneau, drugi zajmował były fabrykant włoskiego makaronu, włoskich ciastek i
krochmalu, nazywany pospolicie ojcem Goriot. Dwa pozostałe pokoje dawały schronienie
różnym przelotnym ptakom a najczęściej nieszczęśliwym studentom, którzy na stół i kwaterę
mogli wydać najwięcej czterdzieści pięć franków miesięcznie, to jest właśnie tyle, ile płacili
ojciec Godot i panna Michonneau ; ale pani Vauquer nie rada była takim mieszkańcom,
przyjmowała ich tylko w takim razie, gdy sie nic lepszego nie na-
13
stręczało : uważała, że studenci zjadają najwięcej chleba. Obecnie jeden z tych pokoi należał
do młodego człowieka z pod Angouleme, który przyjechał do Paryża studyować prawo.
Liczne rodzeństwo studenta odmawiało sobie wielu wygód, byle zaoszczędzić sto
dwadzieścia franków, które stanowiły jego całoroczne utrzymanie.
Eugieniusz de Rastignac, tak się bowiem ów student nazywał, był z rzędu tych młodych ludzi,
których nieszczęście urabia do pracy, którzy pojmują od najmłodszych lat, jak wielkie
nadzieje rodzice w nich pokładają, marzą o świetnej przyszłości i, rachując na potęgę nauki,
starają się zastosować ją zawczasu do przyszłych potrzeb społeczeństwa, z którego zamierzają
wyciągnąć dla siebie jak najwięcej korzyści. Gdyby nie jego ciekawe spostrzeżenia, gdyby
nie ta zręczność, z jaką potrafił zająć pewne stanowisko w salonach Paryża, powieść niniejsza
byłaby pozbawiona tych barw prawdziwych, które zawdzięcza przenikliwości jego umysłu i
usilności, z jaką badał tajniki tego straszliwego położenia, które najstaranniej osłaniali ci, co
je wytworzyli i ci, co je znosili.
Ponad trzeciém piętrem był strych do suszenia bielizny i dwa poddasza, gdzie sypiał
posługacz zwany Krzysztofem i gruba Sylwia, kucharka. Oprócz siedmiu stałych
mieszkańców, pani Vauquer miewała rok rocznie ośmiu studentów z wydziału prawnego lub
medycznego i dwóch stołowników mieszkających w téj samej dzielnicy ; ci wszyscy
przychodzili tylko na obiad. Do obiadu siadało osiemnaście osób, a w razie potrzeby i
dwadzieścia mogłoby się pomieścić w sali jadalnej ; ale z rana tylko siedmiu stałych
mieszkańców schodziło się na śniadanie i wtedy możnaby pomyśleć, że to kółko rodzinne
zasiada przy stole. Wszyscy przychodzili w pantoflach i udzielali sobie wzajemnie różnych
spostrzeżeń poufnych : zastanawiano się nad ubraniem i wyrazem twarzy obiadowych gości,
roztrząsano wypadki ubiegłego wieczoru, a każdy wyraz tchnął szczerością i zaufaniem.
Wszyscy stali mieszkańcy byli pieszczochami pani Vauquer, która z dokładnością astronoma
obdzielała ich staraniem i względami, stosownie do większej lub mniejszej zapłaty. W
każdym razie otaczano wyjątkowym szacunkiem te siedem istot, które tutaj wypadek
zgromadził. Obaj mieszkańcy drugiego piętra płacili tylko po siedemdziesiąt dwa franki na
miesiąc. Taka taniość, która zresztą istnieje tylko na przedmieściu Saint-Marcel, między la
Bourbe i la Salpetriere, dowodziła, że wszyscy ci ludzie, z wyjątkiem pani Couture, uginali
się pod ciężarem nieszczęścia mniej lub więcej widocznego. To też odzienie ich wytarte i
zniszczone przedstawiało widok nie mniej opłakany, jak wnętrze ich mieszkania. Surduty
mężczyzn były koloru zagadkowego, obuwie takie, jakiego nie ścierpianoby w obrębie
eleganckiej dzielnicy, bielizna zniszczona,
14
reszta odzieży tylko że się trzymała. Kobiety nosiły suknie wypełzłe, farbowane i znów
wypłowiałe ; stare, cerowane koronki, rękawiczki wyglansowane od długiego użycia i
chusteczki wyrudziałe, aż do dziur przetarte. Takiego to rodzaju odzież okrywała postaci po
większej części dobrze zbudowane, o silnym organizmie, co się oparł wszystkim burzom
życia, o twarzach zimnych, twardych, zatartych jak dukaty wyszłe z obiegu. Z po za warg
wywiędłych. ukazywały się chciwe zęby. Widok tych ludzi kazał się domyślać dramatów
spełnionych lub rozwijających się w chwili obecnej ; nie tych dramatów, co to się odegrywają
przy sztuczném oświetleniu, pomiędzy malowanemi kulisami, ale dramatów żywych i
niemych, zastygłych, a tak silnie poruszających serce, dramatów nieprzerwanych,
długotrwałych.
Stara panna Michonneau osłaniała swe oczy zmęczone daszkiem, który mógłby rozdrażnić
samego anioła litości, składał się on z za-tłuszczonego kawałka zielonej kitajki rozpiętej na
drucie. Chustka otoczona nędzną, powyskubywaną frendzlą, okrywała kształty tak spiczaste,
iż rzekłbyś, że pod nią kościotrup się ukrywa. Co pozbawiło tę istotę kształtów niewieścich?
Musiała być kiedyś ładną i zgrabną; coż ją doprowadziło do stanu obecnego : występek,
zgryzota, czy chciwość? Czy kochała zbyt wiele, czy była ostatnią z kobiet, czy tylko
kurtyzaną? Może starość odrażająca była karą za tryumfy młodości ambitnej spędzonej wśród
uciech różnorodnych. Wzrok jéj wygasły przejmował chłodem, w pomarszczonej twarzy
czytałeś groźbę jakąś niepojętą. Gdy się odezwała, dźwięk jéj głosu przywodził na myśl
konika polnego, co za zbliżeniem się zimy odzywa się ciągle w głębi zarośli. Opowiadała o
sobie, że dozorowała pewnego starca cierpiącego na katar pęcherza, którego dzieci opuściły,
sądząc, że się po nim niczego spodziewać nie można.
Ten to starzec zapisał pannie Michonneau tysiąc franków dożywotniego dochodu, co dało
powód do niejednokrotnych zatargów z sukcesorami, którzy nie przestawali prześladować jéj
potwarzą. Chociaż gra namiętności wyryła się na jéj twarzy, można było jednak dopatrzeć
jeszcze pewnych śladów płci białej i delikatnej, co pozwalało przypuszczać, że ciało jéj
zachowało dotąd pewne szczątki piękności.
Pan Poiret był rodzajem automatu. Trzeba było widzieć go w chwili, gdy nakształt cienia
szarego przesuwał się po alei ogrodu botanicznego : zmięta czapka okrywała mu głowę, laska
o zżółkłej gałce z kości słoniowej gotowa była lada chwila wypaść z ręki niedołężnej,
wygniecione poły surduta rozwiewały się z wiatrem ukazując spodnie obwisłe, a nogi okryte
sinemi pończochami plątały się jak u pijaka. Reszta stroju składała z białej zbrukanej
kamizelki
15
i z żabotu z grubego, powyciąganego muślinu, który nie przystawał dobrze do chustki
okręconej wkoło indyczej szyi. To też niejeden przechodzień pytał siebie, czy ten cień chiński
należy rzeczywiście do śmiałej rasy synów Jafeta, fruwających po bulwarze włoskim ?
Jakiego-to rodzaju praca mogła go tak powyłamywać? jaka namiętność nadała ciemno-
brunatny kolor jego szyszkowatéj twarzy, która na rysunku wydałaby się przesadną
karykaturą. Czém był ten człowiek? Może urzędnikiem w ministerstwie sprawiedliwości, w
biurze, do którego kaci przedstawiają rachunek za dostawę czarnych welonów dla
ojcobójców, za otręby do napełniania koszów, za sznurki i noże. A może do niego należało
oczyszczanie szlachtuza, lub inna jaka czynność nakazana przez komisyą sanitarną. Jedném
słowem, człowiek ten wyglądał na jedno z pracowitych bydląt naszego młyna społecznego, na
jednego z tych paryzkich Raton'ow, którzy nie znają nawet swych Bertrandów, wyglądał na
jakąś sprężynę, która poruszała niedolę lub szumowiny społeczne; wreszcie był-to jeden z
tych ludzi, o których powiadamy:? jednak i tacy są potrzebni. Piękny Paryż nic nie wie o tych
twarzach zbladłych wśród cierpień moralnych i fizycznych. Ale Paryż to istny ocean.
Napróżno sondę zapuszczać będziecie, nigdy nie zbadacie jego głębokości. Możecie go
zwiedzać i opisywać; ale na cóż się zdadzą wasze starania? Tylu jest badaczy sumiennych, co
się tém morzem zajmują, a jednak pozostanie tam wiecznie jakaś ustroń nietknięta, jakaś_
nieznana pieczara, znajdą się zawsze kwiaty, perły, potwory, coś niesłychanego, o czém
zapomnieli nurkowie-literaci. Dom Vauouer towłaśnie jedna z takich ciekawych potworności.
Dwie twarze stanowiły tam uderzającą sprzeczność z ogółem mieszkańców i stołowników.
Chociaż cera panny Wiktoryny Taillefer pociągnięta była bladością chorobliwą, jaka cechuje
zwykle dziewczęta cierpiące na bladaczkę ; chociaż właściwy jéj wyraz smutku i
przygnębienia zlewał się harmonijnie z cierpieniem ogólnem stanowiącem tło tego obrazu;
choć wydawała się zawsze zbiedzona i niepewna siebie: z tém wszystkiém jednak twarz jéj
była młoda, głos wdzięczny i poruszenia żywe. Ta niedola młoda przypominała krzew o
zżołkłych listkach, przesadzony na grunt niewłaściwy. Jéj włosy jasne wpadające w odcień
miedziany, twarz delikatna, figura, nadzwyczaj szczupła, jedném słowem postać cała tchnęła
tym wdziękiem, który nowożytni poeci upatrują w statuetkach średniowiecznych. Oczy szare
z czarnym odcieniem wyrażały chrześcijańska łagodność i poddanie się. Ubranie skromne i
niedrogie wdzięcznie się układało na młodej i kształtnej figurze. W szczęściu dziewczę to
byłoby zachwycające: szczęście jest poezya kobiety, tak jak strój jest jej dekoracyą. Niechby
uciecha balu rozlała na téj bladej
16
twarzy swoje barwę różaną, a wygody wykwintnego życia wypełniły i zarumieniły te policzki
trochę już wpadłe; niechby miłość rozjaśniła smutne te oczy : a Wiktoryna mogłaby walczyć
o lepsze z najpiękniejszemi pannami. Nie znała tego, co daje kobiecie jakby drugie życie :
brakło jéj gałganków i liścików miłosnych. Historya jéj życia mogłaby dostarczyć wątku do
powieści. Ojciec Wiktoryny sądził się w prawie nie uznawać córki, nie chciał jéj mieć przy
sobie, przeznaczał jéj tylko sześćset franków rocznie, wreszcie sprzedał swoje dobra, chcąc
wszystko przekazać synowi. Matka Wiktoryny umarła z rozpaczy u dalekiej swéj krewnej
pam Couture, która odtąd z macierzyńską troskliwością zaopiekowała się sierotą. Na
nieszczęście wdowa po wojennym komisarzu wojsk rzeczypospolitéj nic w świecie nie
posiadała prócz swéj wdowiej pensyi ; mogła więc kiedyś zostawić na łaskę i niełaskę świata
biedne dziewczę bez doświadczenia i środków do życia. Dobra kobieta chciała na wszelki
wypadek zaszczepić pobożność w sercu Wiktoryny ; w tym celu co niedziela bywała z nią na
mszy, a co dwa tygodnie wodziła ją do spowiedzi. I miała słuszność; tylko uczucia religijne
mogły wesprzeć w przyszłości to dziecko odrzucone, które nie przestało kochać ojca i
corocznie udawało się do niego, niosąc przebaczenie swéj matki; ale szło tylko po to, by
wyczekiwać nadaremnie u drzwi ojcowskiego domu, które przed nią nielitościwie zamykano.
Brat, jedyny pośrednik, na którego mogła rachować, ani razu nie odwiedził jej przez cztery
łata, nigdy nie pośpieszył jéj z pomocą. Wiktoryna błagała Boga, by ojca jéj wyprowadził z
błędu i zmiękczył serce brata ; modliła się za obydwóch, nie obwiniając ich wcale. Natomiast
pani Couture i pani Vauquer wyczerpały cały słownik obelg, nie znajdując wyrazu, któryby
dobrze określał barbarzyńskie postępowanie tych ludzi. Podczas gdy obie przeklinały
niecnego milionera, Wiktoryna odzywała się łagodnie i wyrazy jéj przypominały głos
zranionego gołębia, który nawet krzykiem boleści wyraża miłość.
Eugieniusz de Bastignac przedstawiał typ południowy ; miał płeć białą przy czarnych włosach
i oczach niebieskich. Cała jego powierzchowność i wszystkie ruchy zdradzały potomka
szlachetnej rodziny, gdzie początkowe wychowanie bywa zwykle przesiąknięte tradycyą
wytwornego gustu. Oszczędny z potrzeby, musiał zadawalniać się na codzień
przeszłorocznemi sukniami ; jednak wychodząc na miasto mógł się niekiedy ubrać nie gorzej
od wytwornych strojnisiów. W dni powszednie nosił surdut stary, kamizelkę zużytą, czarny
krawat zmięty i niedbale, po studencku zawiązany, spodnie odpowiednie do całego stroju i
buty podzelowane.
Czterdziestoletni Vautrin z poczernionemi foworytami stanowił
17
niby przejście od téj młodej pary do reszty mieszkańców. Był-to jeden z tych ludzi, o których
lud prosty powiada: To tęgi chłop ! Szeroki w ramionach, biust miał potężny,
muszkuły wydatne i ogromne, czworogranne ręce porośnięte na palcach kępami gęstych,
ognisto-rudych włosów. Twarz poorana przedwczesnemi zmarszczkami, miała w sobie jakiś
wyraz okrucieństwa i nieludzkości, ale łatwość i zgodność w obcowaniu z ludźmi zadawały
kłam temu wyrazowi. Głos basowy, harmonizujący z rubaszną wesołością sprawiał miłe
wrażenie. Nadskakujący był, a jednak lubił kpić ze wszystkiego. Gdy w domu zepsuł się jaki
zamek, on go wnet rozebrał na cząstki, naprowadził oliwą, naprawił i złożył, dodając zawsze:
Znamy się na tém. Zresztą znał on wszystko: okręty, morze, Francyą, zagranicę, interesa,
ludzi, wypadki, prawa, hotele i więzienia. Gotów był pośpieszyć z pomocą każdemu, kto
tylko bardzo się uskarżał. Kilka razy już pożyczał pieniędzy pani Vauquer i niektórym
mieszkańcom gospody, ale kredytorowie woleliby umrzeć niż zapóźnić się z wypłatą, bo
Vautrin, pomimo swéj miny dobrodusznej, umiał spojrzeć niekiedy wzrokiem tak
stanowczym i głębokim, że aż mrowie przechodziło. Miał szczególny sposób spluwania,
który zdradzał człowieka obdarzonego wielkim zasobem krwi zimnej i niezdolnego cofnąć się
przed żadnym występkiem, gdyby takowy miał go wybawić z dwuznacznego położenia. Niby
sędzia surowy, zdawał się badać każdą rzecz do głębi ; każde sumienie, uczucie każde zdawał
się wzrokiem przenikać. Według przyjętego raz na zawsze zwyczaju, wychodził po śniadaniu
i wracał na obiad, poczém znikał na cały wieczór i dopiero koło północy dostawał się znów
do mieszkania za pomocą wytrycha, który mu pani Vauquer powierzyła. On tylko jeden
dostąpił takiej łaski. To też był w jak-najlepszych stosunkach z wdową, którą nazywał maman
i obejmował czule za kibić (zapomniana-to pieszczota !) Poczciwa niewiasta nie widziała w
tém nic nadzwyczajnego, gdy w rzeczy samej jeden chyba Vautrin miał ramiona dość długie,
by uścisnąć tę ciężką bryłę. Było-to cechą jego charakteru, że płacił wspaniale po piętnaście
franków na miesiąc za gloryą (t. j. kawę z wódką), którą pijał po obiedzie. Ludzie mniej
lekkomyślni niż ta młodzież porwana wirem życia paryzkiego, lub ci starcy obojętni na
wszystko, co nie dotykało ich bezpośrednio, potrafiliby wyjaśnić sobie wątpliwe wrażenie,
jakie Vautrin sprawiał na otaczających. Człowiek ten znał i odgadywał zawsze sprawy
innych, lecz nikt nie mógł zbadać nawzajem jego myśli i zajęć. Dobroduszność pozorna i
ciągła uprzejmość służyły mu za przegrodę, którą się oddzielił od innych; pomimo to zdradzał
niekiedy przerażającą głąb swego charakteru. Często wpadał w zapał godny Juwenala,
natrząsał się z prawa i tak zawzięli. Balzae. Ojciec Goriot.
18
cie chłostał wyższe towarzystwo, zarzucając mu sprzeczność z sobą samem, iż można było
przypuścić, że bardzo był niezadowolniony z ustroju społecznego i miał w swém życiu
tajemnicę starannie ukrywaną.
Oczarowana, bezwiednie może, siłą czterdziestoletniego atlety i pięknością młodego studenta,
panna Tailiefer dzieliła pomiędzy nich swe spojrzenia przelotne i myśli tajemne; lecz obaj
zdawali się nie myśleć o niéj wcale, lubo z dnia na dzień ślepy traf mógł zmienić jej położenie
i pomieścić ją w rzędzie bogatych panien. Zresztą żaden z mieszkańców gospody nie zadawał
sobie trudu, by zbadać, czy nieszczęścia innych były rzeczywiste, czy zmyślone. Każden
spoglądał na otaczających obojętnie, prawie podejrzliwie, a wynikało to z położenia, jakie
względem siebie zajmowali. Widzieli, że nic nie mogą poradzić na swą niedolę, a dzieląc się
troską nieustanną, wyczerpali cały zasób współczucia. Podobni do pary starych małżonków,
nie mieli już sobie nic do powiedzenia. Stosunki istniejące pomiędzy niemi były też czysto
mechaniczne i przypominały ruch kół niesmarowanych. Wszyscy zdolni byli przejść obok
ślepego nie spojrzawszy nań wcale, lub wysłuchać obojętnie opowiadania o czyjemś
nieszczęściu, wszyscy jednozgodnie patrzyli na śmierć, jako na rozwiązanie zadania nędzy,
wobec której bladł obraz najstraszliwszego zgonu. Najszczęśliwszą z tych dusz stroskanych
była pani Vauquer królująca wszechwładnie w tym domu przytułku. Mały ogródek, który pod
wpływem zimna, suszy i wilgoci stał się pustym i głuchym stepem, dla niéj był zawsze
rozkosznym gajem. Dla niéj jednej ponętnym był ów dom żółty i ponury, w którym
powietrze, przejęte wonią zaśniedziałej miedzi, przypominało kantor wekslu. Do niéj należały
wszystkie te celki ciemne. Ona żywiła wszystkich tych galerników skazanych na karę
dożywotnią, ona posiadała nad niemi władzę niezaprzeczoną. Czyż biedne tei istoty
znalazłyby w całym Paryżu, za taką cenę jak u niéj, pożywienie zdrowei dostatnie,
mieszkanie, które nie odznaczało się co prawda wdziękiem i wygodą, lecz mogło być
porządnem i ochędożnem, boć to przecie od samych mieszkańców zależało. Wiedziała też, że
gdyby dopuściła się jakiej krzyczącej niesprawiedliwości względem jednego ze swych
lokatorów, to ofiara zniosłaby ją bez szemrania. Zgromadzenie podobne musiało przedstawiać
i rzeczywiście przedstawiało na małą skalę wszystkie składowe części społeczeństwa. W
gronie osiemnastu stołowników znalazło się to, co się znajduje i w szkole i w świecie,
znalazła się owa istota wzgardzona, ów kozioł ofiarny, służący wszystkim za cel do żartów.
Na początku drugiego roku osobistość ta stała się dla Eugieniusza de Rastignac
najwybitniejszą ze wszystkich, pomiędzy któremi skazany był przeżyć
19
jeszcze dwa lata. Owym Patirasem był stary fabrykant makaronu, ojciec Goriot, na którego
głowie malarz skupiłby światło całego obrazu. Jakim sposobem on, najdawniejszy
mieszkaniec, zasłużył na tę pogardę graniczącą prawie z nienawiścią, na to prześladowanie
miarkowane niekiedy litością, na to lekceważenie, z jakiem spoglądano na jego nieszczęście?
Czy wywołał je dziwactwem lub jaką śmiesznością, która zwykle surowiej od występku bywa
sądzoną ?
Pytania te odnoszą się bezpośrednio do wielu objawów niesprawiedliwości społecznej. Może
to leży w naturze ludzkiej, że najmniej litości mamy dla tych, którzy przez pokorę, słabość
lub obojętność najwięcej znieść gotowi. Czyż nie lubimy wszyscy próbować sił naszych
kosztem kogoś lub czegoś ? Czyliż ulicznik, ta bezsilna istota, nie dzwoni u wszystkich drzwi
w dzień mroźny, czy się nie wspina z wysiłkiem, by wypisać swe imię na świeżym,
nietkniętym pomniku?
Ojciec Goriot, starzec prawie sześćdziesięcio-dziewięcio-letni, przeprowadził się do pani
Vauquer w 1813 roku, wycofawszy się poprzednio z interesów. Zajął zrazu mieszkanie
należące obecnie 4o pani Couture i płacił tysiąc dwieście franków komornego, z miną
człowieka, który mało dba o to, czy wyda pięć luidorów mniej lub więcej. Pani Vauquer
odświeżyła wszystkie trzy pokoje (wzięła jednak z góry pieniądze, wystarczające aż nadto na
pokrycie kosztów nędznego umeblowania), sprawiła firanki z żółtej bawełnianej tkaniny,
fotele lakierowane wybite pluszem, kilka nędznych malowideł i tapety, któremi pogardziłby
każdy szynk miejski.
Ojciec Goriot, którego wówczas nazywano z szacunkiem panem Goriot, pozwalał się okpiwać
z jakąś niedbałą wspaniałością, co sprawiło może, iż zaczęto go uważać za głupca nie
znającego się na niczém. Goriot posiadał piękną garderobę, przybył bowiem ze wspaniałą
wyprawą kupca, który porzucając interesa niczego sobie nie odmawia. Pani Vauquer
podziwiała osiemnaście koszul z płótna holenderskiego, których cienkość tém bardziej
wpadała w oko, że fabrykant makaronu wpinał do żabotu dwie duże szpilki brylantowe,
połączone z sobą złotym łańcuszkiem. Nosił zwykle garnitur szafirowy koloru bławatka, ale
codzień brał świeżą kamizelkę z piki, pod którą wznosił się i opadał wydatny żołądek kształtu
gruszkowatego, ozdobiony ciężkim łańcuchem z brelokami. Tabakierkę złotą zdobił medalion
napełniony włosami, co naprowadzało na myśl, że właściciel musiał być szczęśliwym w
miłości. Gospodyni nazywała go bałamutem, a on się uśmiechał wesołym uśmiechem
mieszczanina, którego zręcznie po sercu pogłaskano. Wszystkie szafy (a nazywał je ormoires
na wzór prostego ludu) zostały zapełnione
20
rozlicznym sprzętem srebrnym. Iskrzyły się oczy wdowy, gdy z wielką usłużnością pomagała
mu rozkładać na półkach łyżki wazowe i stołowe, nakrycie srebrne, nalewki do oliwy i sosów,
kilka półmisków, złocony serwis do śniadania i wiele innych przedmiotów, z któremi Goriot
nie chciał się rozstać, a wszystko to było mniej lub więcej piękne, każda sztuka ważyła pewną
liczbę grzywien. Były to podarunki, które mu przypominały różne uroczyste chwile życia
domowego. Patrz pani — mówił chowając półmisek i filiżankę z pokrywką, na której
znajdowała się para gołąbków złączonych z sobą dzióbkami — oto jest pierwszy podarunek,
którym dostał od żony w rocznicę naszego ślubu. Poczciwe biedactwo 1 poświęciła na to
wszystkie pieniądze zaoszczędzone z czasów panieńskich. Wiesz pani co? Wolałbym kopać
ziemię paznogciami, niżeli z tern oto się rozstać. Z łaski Boga mogę do końca życia pić co
rano kawę z téj filiżanki. Nie jestem biedakiem godnym litości, jeszcze mi nadługo chleba
wystarczy. Oprócz tego bystre oko pani Vauquer dostrzegło w głównej księdze
handlowej kilka cyfr, które dodane razem mogły dać nieocenionemu Goriot'owi od ośmiu do
dziesięciu tysięcy franków dochodu.
Od owego dnia pewien plan zrodził się w głowie pani Vauquer, z domu de Conflans, która
miała wówczas lat czterdzieści osiem, a przyznawała się tylko do trzydziestu dziewięciu.
Znajdowała, że Goriot odznaczał się powierzchownością przyjemną i przyzwoitą, chociaż, co
prawda, gruczołki łzowe jego oczu były na-brzękłe i wydatne, w skutek czego musiał dość
często ocierać sączącą się łzę. Zresztą łydki mięsiste i wydatne wraz z długim, prawie
kwadratowym nosem i okrągłą, naiwnie głupowatą twarzą poczciwca, znamionowały
przymioty moralne, które jak się zdaje, wdowa ceniła wysoko. Wyglądał na bydlę dobrze
zbudowane, u którego uczuciowość przeważa nad rozsądkiem. Fryzyer Szkoły
Politechnicznej przychodził co rano pudrować mu włosy, które zaczesane w ailes de pigeon,
przyozdabiały jego oblicze, tworząc pięć pukli nad nizkiém czołem. Zakrawał trochę na
nieokrzesanego prostaka, ale ubierał się nadzwyczaj starannie i niezmiernie obficie zażywał
tabakę, wciągając ją do nosa z miną człowieka pewnego, że w tabakierce jego nigdy nie
zabraknie makuby. Pani Vauquer zważyła to wszystko wnet po przeprowadzeniu się Goriot'a
do jéj domu, a wieczorem płonęła już żądzą zrzucenia całunu Vauquer'a i zmartwychwstania
jako pani Goriot. Marzyła, jak-to cudownie byłoby wyjść za mąż, sprzedać gospodę, podać
rękę temu kwiatowi mieszczaństwa, stać się damą znaną w dzielnicy, zbierać ofiary dla
biednych, urządzać niedzielne wycieczki do Choisy, Soissy, GentiJly ; bywać kiedy się
zechce w teatrze, w loży, nie czekając gratysowych
21
biletów, które stołownicy przynosili jéj niekiedy w miesiącu czerwcu; widziała w marzeniu
całe Eldorado życia paryskiego. Nie wyznała dotąd nikomu, że składając grosz do grosza,
zebrała czterdzieści tysięcy franków. Otóż, ze stanowiska majątkowego uważała siebie
zapartyą stosowną. Pod każdym innym względem nie jestem przecie mniej warta od
niego, powtarzała przewracając się w łóżku, jak gdyby pragnęła zapewnić się, że nie
zbywało jéj na wdziękach, których odcisk głęboki gruba Sylwia znajdowała codzień w
pościeli. Począwszy od tego dnia, wdowa korzystała prawie przez trzy miesiące z fryzyera
pana Goriot i porobiła niektóre sprawunki z zakresu tualety, tłómacząc się potrzebą
utrzymania domu na pewnej stopie, harmonizującej z szanownemi osobami, które w nim
bywały. Zaczęła się bardzo starać o to, żeby zmienić cały personal mieszkańców,
powtarzając, że odtąd będzie przyjmowała tylko ludzi wyborowych pod każdym względem.
Każdy nowy przybysz musiał się dowiedzieć, że pan Goriot, jeden z najszanowniejszych i
najznaczniejszych kupców paryskich, oddał jéj domowi pierwszeństwo przed wszystkiemi
innemi. Zaczęła rozdawać ogłoszenia opiewające zalety domu Vauquer. Była-to,
według słów prospektu, jedna z najdawniejszych i najszanowniejszych gospód dzielnicy
łacińskiej, odznaczająca się przyjemnym widokiem na dolinę, wśród której wznosi się fabryka
gobelinów (można ją było dostrzedz z trzeciego piętra), przytykająca do pięknego ogrodu,
wzdłuż którego ciągnie się ulica Lipowa. Dalej wspomniano coś o świeżem powietrzu i
położeniu ustronném. Ogłoszenie to zwabiło hrabinę de l’Ambermesnil, trzydziesto-sześcio-
letnią kobietę, która żyła nadzieją likwidacyi i emerytury, należnej jéj jako wdowie po
jenerale poległym na polach bitwy. Pani Vauquer zaprowadziła u siebie stół wykwintny,
kazała opalać salony blizko przez sześć miesięcy i tak sumiennie wypełniała obietnice
prospektu, że musiała swego dołożyć. Ale zato hrabina nazywała panią Vauquer chere amie i
obiecywała zwabić do niéj baronową de Vaumerland i wdowę po pułkowniku hrabi
Picquoiseau, które musiały jeszcze domieszkać do końca kontraktu w hotelu droższym niż
dom Vauquer. Zresztą interesa finansowe tych pań powrócą do stanu kwitnącego, skoro tylko
biura wojenne ukończą swą czynność. Ale — dodawała hrabina — biura wojenne nigdy
nic nie kończą. Po obiedzie obie wdowy udawały się do pokoju pani Vauquer, gdzie
zajmowały się gawędką popijając przytém nalewkę porzeczkową i zajadając przysmaczki
przeznaczone dla podniebienia samej gospodyni. Pani d'Ambermesnil pochwalała bardzo plan
wdowy względem Goriot'a; odgadła była jéj myśl odrazu i utrzymywała, że Goriot'owi nic
zarzucić nie podobna.
— Ach, pani moja droga ! — mówiła wdowa — ten człowiek
22
zdrów jak ryba ; zakonserwowany jest wybornie i może jeszcze bardzo uprzyjemnić życie
kobiecie.
Hrabina udzieliła wspaniałomyślnie niektórych uwag dotyczących stroju pani Vauquer, który
nie był wcale odpowiedni do jéj pretensyj. Trzeba się trzymać na stopie wojennej,
mówiła. Po długich naradach obie wdowy udały się do Palais-Royal i kupiły w Galeries de
Bois kapelusz z piórami i czepeczek. Hrabina pociągnęła przyjaciółkę do magazynu Małej
Żanety, gdzie wybrano suknię i przepaskę. Dzięki wszystkim tym sprawunkom, wdowa
stanęła pod bronią i przypominała żywo szyld du Boeuf a la mode. Znalazła siebie tak
zmienioną na korzyść, że uczuła żywą wdzięczność dla hrabiny i ofiarowała jéj dwudziesto-
frankowy kapelusz, chociaż była-to osoba nie przynosząca wielkiego zysku. Miała wprawdzie
zamiar prosić przyjaciółkę, by wybadała Goriot'a i zwróciła jego uwagę na wszystkie
przymioty wdowy Yauquer. Pani de 1'Ambermesnil podjęła się téj sprawy skwapliwie i
trzymała starego fabrykanta w oblężeniu tak długo, aż jéj udzielił posłuchania. Miała ona
niekłamaną chętkę zbałamucić go na swój własny rachunek ; ale stary okazał się tak
nieśmiałym a pomimo to opornym, że wszystkie usiłowania spełzły na niczém i hrabina
wyszła obrażona jego gburowatością.
— Mój aniele — powiedziała do swéj najdroższej przyjaciółki — nie dasz rady z tym
człowiekiem ! Niedowierzający jest aż do śmieszności, przytém taki to dusigrosz, takie głupie
bydlę, że na nieprzyjemności tylko mógłby cię narazić.
Między panem Goriot i panią de l'Ambermesnil rzeczy tak stanęły, że hrabina nawet widzieć
go już nie chciała. Nazajutrz opuściła dom wdowy, zapominając zapłacić komornego za sześć
miesięcy ; pozostawiła trochę starych rzeczy wartujących może pięć franków. Pani Vauquer
poszukiwała zapalczywie zbiegłej przyjaciółki, ale w całym Paryżu nie umiano jéj nic
powiedzieć o hrabinie de l'Ambermesnil. Odtąd powracała często do téj sprawy opłakanej,
utyskując na swą łatwowierność, lubo w rzeczy samej żadna kotka nie mogła być bardziej
nieufną od niej; ale podobną była do téj licznej klasy ludzi, co to blizkim nie dowierzają, a
obcym ufają bez granic. Jest-to fakt moralny, dziwaczny lecz prawdziwy, którego zarodek
łatwo znaleźć w sercu ludzkiém. Są ludzie, co nie spodziewają się już nie pozyskać u osób, z
któremi żyją; może czują, że zdradziwszy przed otaczającemi próżnię swéj duszy, zasłużyli
na ich sąd surowy; ale nie umieją się obejść bez pochlebstwa, trawi ich żądza błyszczenia
pozorem cnót, których nie posiadają, i pragną zdobyć szacunek lub serce obcych ludzi,
choćby wkrótce mieli utracić oboje. Wreszcie bywają ludzie z natury już przedajni; ci nie?
23
zrobią nic dobrego przyjaciołom lub blizkim, dlatego tylko, że to jest ich obowiązkiem ; ale
obcym gotowi ofiarować usługi, bo to pochlebia ich miłości własnej ; im ciaśniejsze jest koło,
w którem się ich uczucie obraca, tém mniéj zdolni są kochać ; im więcej się ono rozszerza,
tém czulszemi się stają. Pani Yauquer łączyła w sobie obiedwie te natury małoduszne,
fałszywe i nędzne.
— Gdybym ja był tutaj — mówił jéj Vautrin — nie spotkałoby pani podobne nieszczęście.
Potrafiłbym zedrzeć maskę z téj komedyantki. O, bo ja się znam na takich sztuczkach.
Obyczajem wszystkich ludzi ciasnej głowy, pani Vauquer nie wykraczała nigdy poza sferę
faktów i nie zagłębiała się w badanie przyczyn. Chętnie zwalała na innych własne swe błędy.
To też poniósłszy owę stratę patrzyła na uczciwego fabrykanta makaronu, jako na źródło
swych nieszczęść i od owego dnia, jak mówiła, zaczęła się rozczarowywać. Teraz odgadła,
dlaczego na nic się nie zdały wszystkie zaczepki z jéj strony, również jak i kosztowna wy-
stawność, jaką się otaczała. Teraz dopiero spostrzegła, że lokator jéj miał, jak mówiła, swoje
narowy. Musiała wreszcie zgodzić się na to, że nadzieja jéj tak czule wykołysana spoczywała
na podstawie chimerycznej ; musiała przyznać słuszność hrabinie, która dała dowód wielkiej
przenikliwości, przepowiadając stanowczo, że wdowa nie da sobie rady z tym człowiekiem.
Ezecz naturalna, że niechęć, z jaką obecnie spoglądała na niego, przewyższała o wiele
przyjaźń dawniejszą; nienawiść przerosła miłość i przybrała rozmiary zawiedzionych nadziei.
Serce ludzkie spoczywa niekiedy wspinając się na szczyt przywiązania, lecz prawie nigdy się
nie wstrzymuje na stromej pochyłości uczuć nienawistnych. Ale pan Goriot był jednym z
mieszkańców domu i wdowa musiała powstrzymywać wybuchy obrażonej miłości własnej,
musiała tłumić westchnienia wyrywające się na myśl o zawodzie i przemagać pragnienie
zemsty, jak mnich, którego rozdrażnił przełożony. Ludziom płytkiego umysłu nędzne środki
wystarczają do zadowolnienia i złych i dobrych skłonności. Wdowa wyczerpała całą
złośliwość kobiecą, gotując swéj ofierze szereg prześladowań tajemnych. Zaczęła od tego, że
odrzuciła wszelkie dodatkowe ulepszenia zaprowadzone ostatniemi czasy w gospodzie.
Nie potrzeba nadal ani korniszonów, ani sardeli : po co te głupstwa? powiedziała
pewnego dnia do grubej Sylwii i od téj chwili wróciła do dawnego programu. Pan Goriot
należał do rzędu tych ludzi wstrzemięźliwych, co to dobijając się majątku przymykają tak
dalece do oszczędności, że ta staje się w końcu ich drugą naturą.
Obiad składający się z zupy, sztuki mięsa i jarzyn wystarczał mu aż nadto. Trudno było pani
Yauquer udręczyć swego stołowni-
24
ka, bo w niczém nie mogła sprzeciwić się jego upodobaniom. Wpadała w rozpacz, nie mogąc
znaleźć słabej strony w tym człowieku ; zaczęła go lekceważyć i tak wpłynęła na innych
mieszkańców swego domu, że wszyscy zwolna przejęli się jej niechęcią dla Goriot'a i przez
lekkomyślność stali się narzędziem jej zemsty. Ku końcowi pierwszego roku, nieufność
wdowy rozrosła do tego stopnia, że zaczęła się zastanawiać, dlaczego ten kupiec posiadający
siedem lub osiem tysięcy liwrów dochodu, pyszne srebra i brylanty, których mogłaby mu
pozazdrościć niejedna kobieta lekkich obyczajów, mieszka u niej, płacąc komorne tak małe w
stosunku do znacznej fortuny. W tym pierwszym roku Goriot jadał obiad na mieście raz, lub
dwa razy na tydzień ; później nieznacznie doszło do tego, że tylko dwa razy na miesiąc jadał
poza domem. Pani Vauquer bardzo rada była wyprawom jegomości Goriot'a, to też gniewało
ją okrutnie, że stołownik co raz punktualniej zaczął się zjawiać u jej stołu. Przypisywano tę
zmianę zarówno powolnemu zmniejszaniu się majątku, jak i chęci sprzeciwienia się
gospodyni. Nieznośna-to właściwość umysłów poziomych, że wszystkich mierzyć chcą swoją
miarą. Ku końcowi drugiego roku, Goriot usprawiedliwił, niestety, plotki krążące o nim, gdyż
zapragnął przeprowadzić się na drugie piętro i zmniejszyć komorne do dziewięciuset
franków. Musiał się tak dalece ograniczyć, że przez całą zimę nie opalał swego mieszkania.
Wdowa Vauquer zażądała pieniędzy z góry i zaczęła odtąd nazywać swego lokatora ojcem
Goriot. Niezmiernie trudno było zbadać przyczynę takiego upadku, bo już i pseudo-hrabina
powiedziała, że Goriot był ponury i milczący. Ludzie o pustych głowach, zajęci zwykle
rzeczami małej wagi, nie lubią trzymać języka na wodzy; to też według ich rozumowania,
każden kto nie rozpowiada o swoich czynach, musi zajmować się złemi sprawami. I oto
kupiec ów poważny został naraz okrzyczany za oszusta, ów bałamut wydał się teraz starym
nicponiem. Według zdania Vautrin'a, który w tym czasie zamieszkał u wdowy Vauquer,
ojciec Goriot grał na giełdzie i należał do ludzi, którzy straciwszy całe mienie, próbują
szczęścia na małą skalę. Innym razem pomieszczano go wrzędzie tuzinkowyeh szulerów,
którzy ryzykują i wygrywają co wieczór dziesięć franków. Czasami znów robiono z niego
szpiega policyjnego, lubo Vautrin twierdził, że stary zamało miał sprytu do tego rzemiosła.
Utrzymywano jeszcze, że Goriot był sknerą żyjącym z lichwy, że kupował ogromną masę
biletów loteryjnych; słowem robiono z niego istotę tajemniczą, obarczoną wszystkiém, co
tylko może się wyrodzić z występku, bezsilności i sromoty. Oburzano się na jego życie
nikczemne, na jego występki, jednak pomimo całego wstrętu nie wygnano go z domu, a nie
wygnano dlatego, że regu-
25
larnie płacił komorne. Przytém był nawet potrzebny i wszyscy spędzali na nim zły lub dobry
humor, obsypując go żartami i przycinkami. Przystawano ogólnie na sąd pani Vauquer, który
wydawał się najtrafniejszym. Wdowa utrzymywała, że człowiek ten doskonale
zakonserwowany, zdrów jak ryba i bardzo jeszcze przyjemny, prowadził życie rozwiązłe i
dziwne miał upodobania. Oto fakty, któremi wdowa popierała swą potwarz. W kilka miesięcy
po odjeździe niefortunnej hrabiny, która pół roku przeżyła kosztem pani Vauquer, ta ostatnia,
leżąc pewnego poranku w łóżku, posłyszała na schodach szelest sukni jedwabnej i chód
leciuchny młodej kobiety przemykającej się do Goriot'a, którego drzwi w sarnę porę się
otworzyły. Gruba Sylwia nie omieszkała też donieść swéj pani, że jakaś panna, zbyt piękna,
żeby miała być uczciwą, wśliznęła się jak węgorz do kuchni i zapytała o mieszkanie Goriot'a ;
ubrana była jak bóstwo, a buciki prunelowe świadczyły, że nie przyszła po błocie. Pani
Vauquer i kucharka stanęły na czatach i dosłyszały kilku słów zamienionych czule podczas
dość długich odwiedzin. Pan Goriot odprowadzał swą damę. Gruba Sylwia zaczęła się niby
wybierać na rynek, a w rzeczy samej wyszła z koszykiem po to tylko, by śledzić czułą parę.
— Pani! — rzekła powróciwszy z wyprawy — pan Goriot musi być jednak dyable bogaty,
skoro może utrzymać je na takiej stopie. Niech pani sobie wyobrazi, że na rogu ulicy de
1'Estrapade czekał powóz wspaniały, do którego ona wsiadła.
Podczas obiadu pani Vauquer zaciągnęła firankę, żeby zasłonić Goriot'a przed blaskiem
słońca, który raził mu oczy.
— Masz pan łaskę u pięknych dam, panie Goriot, to też i słońce pana szuka — rzekła pani
Vauquer, chcąc go widocznie ukłóć przypomnieniem odwiedzin porannych. Tam do licha!
masz pan dobry gust, bo to wcale ładna osóbka.
— To moja córka — odrzekł Goriot z pewną dumą, którą mieszkańcy gospody wzięli za
hipokryzyą starca dobijającego się o pozory.
W miesiąc po tych odwiedzinach nastąpiły drugie. Ta sama córka, która pierwszą rażą
przyjeżdżała w stroju porannym, przybyła teraz po obiedzie w wykwintnej tualecie.
Stołownicy zebrani w salonie na gawędkę poobiednią, ujrzeli piękną wysmukłą blondynkę,
pełną wdzięku i zbyt dystyngowaną, ażeby mogła być córką takiego ojca Goriot.
— Oto mamy już drugą ! — zawołała gruba Sylwia, nie poznając téj samej osoby.
W kilka dni potem, wysoka i kształtna brunetka, o włosach czarnych i oczach żywych, spytała
o pana Goriot. — Oto jest i trzecia ! — rzekła Sylwia.
26
Brunetka, która pierwszą rażą odwiedzała ojca przed południem, przyjechała po niejakim
czasie w stroju balowym.
— Oto i czwarta! — rzekły razem pani Vauquer i gruba Sylwia, nie znajdując ani śladu
podobieństwa między tą wielką panią, a skromnie ubraném dziewczęciem, które onegdaj
odwiedzało starego.
Goriot płacił jeszcze tysiąc dwieście franków komornego. Pani Vauquer nie widziała w tém
nic nadzwyczajnego, że człowiek majętny ma cztery lub pięć kochanek; przyznawała nawet,
że dał dowód wielkiego taktu nazywając je swemi córkami. Nie obrażała się bynajmniej, że
sprowadzał te osoby do jéj domu ; odwiedziny podobne drażniły ją tylko dlatego, że
przekonywały o obojętności Goriot'a względem niéj samej, to też na początku drugiego roku
pozwoliła już sobie nazywać go starym mrukiem. Goriot zeszedł wreszcie na dziewięćset
franków; wtedy wdowa czekała tylko pierwszych odwiedzin, a spostrzegłszy jedne z tych pań
na schodach, zapytała bez ceremonii starego, co też myśli zrobić z jej domu. Goriot odrzekł,
że ta pani to jego starsza córka.
— Wieleż pan masz tych córek? chyba trzydzieści sześć — rzekła pani Vauquer cierpkim
tonem.
— Tylko dwie — odrzekł stary z łagodnością człowieka, którego nędza uczy znosić wszystko
cierpliwie.
Ku końcowi trzeciego roku, ojciec Goriot ograniczył jeszcze swoje wydatki, przeprowadzając
się na trzecie piętro i zmniejszając komorne do czterdziestu pięciu franków na miesiąc. Zaczął
się obchodzić bez tabaki, odprawił fryzyera i odtąd się nie pudrował. Gdy ukazał się pierwszy
raz bez pudru, gospodyni wydała okrzyk podziwu na widok jego włosów; były one brudnego
szaro-zielonkawego koloru. Twarz, którą zgryzoty tajemne powlekały co raz to głębszym
smutkiem, wydała się teraz dziwnie strapioną obok twarzy wszystkich tych, co się
zgromadzili do koła stołu. O, wówczas nikt już nie wątpił. Ojciec Goriot był starym
rozpustnikiem, którego oczy tylko zręczność lekarza uchroniła od szkodliwego wpływu
lekarstw, jakie musiano mu przepisywać. Wstrętny kolor włosów świadczył o nadużyciach i
mnóstwie przyjętych leków.
Fizyczny i moralny stan nieboraka usprawiedliwiał poniekąd te brednie. Na miejscu pięknej
bielizny ukazała się wkrótce inna z perkalu grubego, co się płaci po czternaście soldów za,
łokieć. Z czasem poznikały brylanty, tabakierka złota, łańcuch i wszystkie drogie kamienie.
Stary porzucił dawny strój bogaty, wyrzekł się surduta koloru bławatkowego a wdział
natomiast inny z prostego sukna bronzowego, do tego nosił zimą i latem tę sarnę kamizelkę z
koziej wełny i szare spodnie z grubego sukna angielskiego. Zeszczuplał
27
niezmiernie, nogi mu zcieniały, twarz jaśniejąca niegdyś pełnią szczęścia mieszczańskiego,
osunęła się i pomarszczyła, czoło się sfałdowało, a szczęki zarysowały się wyraźnie. Zanim
upłynął czwarty rok od przeprowadzki na ulicę Neuve-Sainte-Genevieve, poczciwy fabrykant
makaronu niepodobny był do siebie. Ów mieszczanin sześćdziesięcioletni, pulchny i okrągły,
o twarzy bezmyślnej i świeżej, który wyglądał najwięcej na lat czterdzieści i zachwycał
przechodniów swą postawą pełną życia i uśmiechem młodzieńczym, dziś wydawał się
siedemdziesięcioletnim starcem osłupiałym, drżącym i wybladłym. Żywe oczy niebieskie
zblakły, przeszły w odcień prawie żółto-szary i zaschły, tylko z pod czerwonej powieki
krwawe łzy zdawały się sączyć. Na widok starca jednych przejmowała zgroza, inni uczuwali
litość. Młodzi studenci medycyny nadaremnie drażnili go przez czas długi, wreszcie
zauważywszy osunięcie się jego dolnej wargi i wymierzywszy kąt twarzy, zawyrokowali, że
wpadł już w kretynizm. Pewnego wieczora, po skończonym obiedzie, pani Vauquer rzekła
niby żartem:
— No cóż, zdaje się, że te córki już pana nie odwiedzają?
Chciała mu dać uczuć, że nie wierzy w rzeczywistość tych związków rodzinnych ; ale ojciec
Goriot drgnął na te słowa, jak gdyby ostrze żelaza go ukłóło.
— Przychodzą niekiedy — rzekł głosem wzruszonym.
— Ach ! ach ! więc je pan widujesz jeszcze! — zawołali studenci medycyny. — Brawo, ojcze
Goriot!
Ale stary nie słyszał już żartów wywołanych jego odpowiedzią, pogrążył się bowiem w
zamyślenie, które patrzącym zdaleka wydawało się bezwładnem odrętwieniem starości.
Gdyby go znali bliżej, byliby się może głęboko zastanowili nad przyczyną wywołującą taki
stan moralny i fizyczny, lecz trudne-to było zadanie do rozwiązania. Można było wprawdzie
przekonać się, czy Goriot był rzeczywiście fabrykantem makaronu i sprawdzić, czy kapitały
jego wynosiły wiadomą cyfrę, lecz nad to nic nie wiedziano. Starzy ludzie, co go otaczali,
zajmowali się żywo jego osobą, lecz żyli w swéj gospodzie, jak ostrygi przyczepione do skały
i nie wychylali się nigdy po za obręb dzielnicy, a młodzi lubili stroić żarty z biednego starca i
pamiętali o nim, gdy byli na ulicy Neuve-Sainte-Genevieve, ale po chwili wpadali w wir
życia paryskiego i stary przestawał zupełnie istnieć dla nich. Zresztą starzy mieli już umysł
zbyt przytępiony, młodzi zaś byli zbyt lekkomyślni, żeby przypuścić, iż osowiały Goriot,
cierpiący prozaiczną nędzę, mógł posiadać niegdyś majątek lub zdolności jakiekolwiek.
Co się tyczy kobiet, które nazywał córkami, wszyscy zgadzali się z panią Vauquer; ta zaś
obyczajem starych plotkarek przyzwy-
28
czajona była robić najśmielsze przypuszczenia i mówiła z logiką surową:
— Gdyby ojciec Goriot miał córki tak bogate jak wszystkie owe damy, które go odwiedzają,
to z pewnością nie mieszkałby u mnie na trzeciém piętrze za czterdzieści pięć franków na
miesiąc i nie ubierałby się jak żebrak.
Nic nie mogło obalić tego dowodzenia. To też pod koniec listopada 1819 r. to jest w chwili
rozpoczęcia się tego dramatu, wszyscy w gospodzie wiedzieli, co myśleć o biednym
staruszku. Według ich przekonania, człowiek ten nie miał nigdy ani żony, ani córki; przez
nadużycie przyjemności stał się mięczakiem, którego należało pomieścić w oddziale
Casquetiiferów, jak powiadał pewien urzędnik z Muzeum, który za biletami jadał obiady w
gospodzie. Nawet taki Poiret to orzeł, to gentleman w porównaniu z Godotem ; Poiret
rozprawiał, rozumował, odpowiadał, a lubo rozprawiając, odpowiadając i rozumując nic
właściwie nie mówił, bo miał zwyczaj powtarzać innemi słowami to, co drudzy powiedzieli ;
zawsze jednak podtrzymywał rozmowę, okazywał, że żyje i czuje, a ojciec Goriot, jak
powiadał urzędnik z Muzeum, nie podnosił się nigdy po-nad zero Reaumur'a.
Eugieniusz de Rastignac znajdował się wszczególnem usposobieniu umysłu. Usposobienie
podobne cechuje młodzieńców wyższych zdolności, lub takich, w których okoliczności
zawiłe wyrabiają chwilowo przymioty ludzi wybranych. Uczęszczając rok pierwszy na
uniwersytet miał tak niewiele pracy, że mógł swobodnie nasycić się rozkoszami zmysłowemi
Paryża. Student będzie miał aż nadto zajęcia, skoro zechce poznać repertuar wszystkich
teatrów, studyować wszystkie wyjścia labiryntu paryzkiego, badać zwyczaje, nauczyć się
języka stolicy, przyzwyczaić się do przyjemności jéj tylko właściwych, obejrzeć wszystkie jéj
złe i dobre strony, wreszcie zajrzeć do bogatych muzeów i uczęszczać na kursą, które zajmują
z początku. W takiej epoce student unosi się nad każdem głupstwem, biorąc je za coś
wspaniałego. Stwarza sobie wielkiego człowieka podnosząc na piedestał jednego z
profesorów Kolegium francuzkiego, któremu się płaci za to, by się utrzymywał na
odpowiedniej wysokości. Poprawia krawat i przybiera poważną minę, żeby zwrócić uwagę
kobiety, którą zobaczył w Operze komicznej. Odgadując wszystko, co dotychczas było dla
niego tajemnicą, rozszerza horyzont swego życia i zaczyna wreszcie pojmować, w jakim
porządku następują po sobie pokłady ludzkie, z których powstał gmach społeczny. Znalazłszy
się na Polach Elizejskich, student zrazu podziwia tylko powozy krążące dokoła w blasku
słonecznym, ale po pewnym czasie zaczyna już ich zazdrościć. Eugieniusz przeszedł
bezwiednie całą tę
29
szkołę, a jadąc do domu na wakacye jako bakałarz wydziału literackiego i prawnego, wolny
już był zupełnie od złudzeń dziecinnych i pojęć prowincyonalnych. Teraz dopiero rozpatrzył
się dobrze w domu rodzicielskim i w gronie rodzinném, do którego przybył z pojęciem
zmienioném i ambicyą wybujałą. Na małym kawałku ziemi, należącym do Rastignac'ów,
mieszkała cała rodzina składająca się z ojca, matki, dwóch braci, dwóch sióstr i ciotki, która
żyła ze swéj pensyi. Majętność ta przynosiła mniej więcej około trzech tysięcy, a lubo dochód
z winnicy był jak zwykle niepewny, wszelako trzeba było zaoszczędzić corocznie tysiąc
dwieście franków na utrzymanie dla Eugieniusza. Teraz dopiero pojął w zupełności
niedostatek, który dotychczas tak wspaniałomyślnie przed nim ukrywano. Gdy był dzieckiem,
zdawało mu się, że siostry są bardzo piękne, a teraz inaczej mu się przedstawiły, gdy je
porównał z kobietami paryskiemi, które stały się dlań wcieleniem dawno marzonego ideału
piękności. Dopiero teraz zastanowił się, że na nim się opierała przyszłość niepewna całej
rodziny; przypatrzył się, z jak drobiazgową oszczędnością chowano wszystko, co miało
wartość najmniejszą; spostrzegł, że jego rodzina zadawalniała się napojem, który
przyrządzano z wycisków winnych, zauważył wiele innych okoliczności, o których już tu nie
wspominamy i goręcej niż przedtem zapragnął dobić się znacznego stanowiska i wywyższyć
się ponad innych. Wzorem dusz wzniosłych postanowił zawdzięczać wszystko własnej
zasłudze.
Lecz umysł jego był czysto południowy ; gdy przyszło do wykonania postanowień, zaczynał
się chwiać jak wszyscy młodzi ludzie, którzy wypływają na pełne morze, nie wiedząc, w
którą stronę skierować swe siły i pod jakim kątem rozpiąć żagle. Na razie postanowił oddać
się pracy namiętnie, lecz wkrótce spostrzegł, jak wielką rolę kobiety grają w życiu
towarzyskiém i zapragnął wyrobić sobie potrzebne stosunki. Postanowił nagle rzucić się w
świat i bądź-co-bądź zdobyć sobie protektorki, któreby go wzięły w opiekę; czyż miałby się
na nich zawieść, on, co posiadał umysł żywy i zapał niekłamany, a przytém odznaczał się
ułożeniem pełnem wdzięku i nerwową pięknością, która w oczach kobiet najwięcej ma
uroku? Wszystkie te myśli zrodziły się w jego głowie, gdy błądził swobodny wśród pól razem
z siostrami, które znalazły go wielce zmienionym. Ciotka Eugieniusza, pani de Marcillac,
bywała niegdyś u dworu i znała sam kwiat arystokracyi. Ambitny chłopak przypomniał sobie,
że ciotka kołysała go nieraz opowiadaniem o czasach minionych i pomyślał, że dawne jéj
związki mogły mu ułatwić dokonanie kilku ważnych zwycięztw w świecie, na które rachował
nie mniej jak na studya prawne. Pośpieszył więc wybadać ją, czy nie wiedziała o jakich
związkach pokrewieństwa, któreby się dały zadzierz-
30
gnać nanowo. Poważna jejmość potrzęsła konary drzewa gienealogicznego i zawyrokowała,
że wice-hrabina de Beauséant będzie najprzystępniejszą z całego grona bogatych krewnych,
którzy bywają zwykle nieużyci. Napisała więc do tej młodej osoby list w stylu staroświeckim
i wręczyła go Eugieniuszowi, dodając, że w razie powodzenia wice-hrabina pomoże mu
odnaleźć innych krewnych. W kilka dni po powrocie, Rastignac posłał list swéj ciotki do pani
de Beauséant, Wice-hrabina odpowiedziała mu zaproszeniem na bal, który miał się odbyć
nazajutrz.
W takich-to okolicznościach znajdowali się mieszkańcy gospody pod koniec listopada 1819 r.
W kilka dni potem, Eugieniusz był na balu u pani de Beauséant i powrócił do domu około
drugiej po północy. W wirze tańca odważny student dał sobie słowo, że pracować będzie aż
do dnia, żeby odzyskać czas stracony. Wspaniałość wielkiego świata wzbudziła w nim
fałszywą energią, pod wpływem której postanowił przepędzić pierwszą noc bezsenną w cichéj
swéj dzielnicy.
Eugieniusz nie jadł obiadu u pani Vauquer i mieszkańcy gospody sądzili, że powróci z balu
dopiero nad ranem, tak jak zwykł był powracać z uroczystości w Prado lub Odeonie, nie
mogąc ustrzedz się od zabłocenia swych pończoch jedwabnych i wykręcając lekkie trzewiki
balowe. Wieczorem przed zaryglowaniem drzwi, Krzysztof wyjrzał jeszcze na ulicę. W téj
chwili Eugieniusz pokazał się we drzwiach i wszedł cichutko do swego pokoju ; Krzysztof
udał się za nim stąpając głośno. Młody człowiek rozebrał się, włożył pantofle, naciągnął
wytarty surducik, rozpalił torf w kominie i wziął się raźno do pracy. Krzysztof stukał tak
głośno swemi grubemi trzewikami, że zagłuszył zupełnie szmer wywołany przygotowaniami
młodego człowieka. Przed zagłębieniem się w księgi prawne, Eugieniusz wpadł w chwilową
zadumę. Poznał w wice-hrabinie de Beauséant jedne ze świetnych gwiazd Paryża, której dom
uchodził za najprzyjemniejszy na przedmieściu Saint-Germain. Prócz tego imię i majątek
stawiały ją w pierwszym rzędzie arystokracyi. Dzięki pani d'e Marcillac, biedny student został
mile przyjęty w domu wice-hrabiny, nie pojmując nawet całej doniosłości podobnej laski.
Być przyjętym w owych salonach złocistych znaczy to tyle, co otrzymać dyplom szlachecki ;
kto pokazał się wśród towarzystwa wyborowego, ten zdobył sobie prawo bywać wszędzie,
gdzie tylko zapragnie. Eugieniusza olśnił blask świetnego zgromadzenia. Zamieniwszy
zaledwie kilka słów z wice-hrabiną, zaczął się przyglądać bożyszczom paryskim, które się
tutaj zebrały na raut, i wkrótce wyróżnił w tłumie kobietę taką, jaka zazwyczaj bywa
pierwszym ideałem młodzieńca.
31
Hrabina Anastazya de Restaud, wysoka i okazała, słynna była z nadzwyczaj kształtnej kibici.
Wyobraźcie sobie duże czarne oczy, rękę prześliczną, nogę kształtną, ruchy pełne ognia,
słowem wyobraźcie kobietę, którą margrabia de Ronquerolles nazywał koniem czystej krwi.
Usposobienie nerwowe nie ujmowało jéj bynajmniej wdzięku; figurę miała pełną, ale nie
można jéj było zarzucić zbytniej otyłości. Wyrażenia takie, jak : koń czystej krwi, kobieta
rasowa, zaczynały zastępować przenośnie ossyaniczne, owe porównania z aniołami i całą
mitologią miłosną, którą odrzuca dzisiejszy dandyzm. Dla Rastignac'a pani Anastazya de
Restaud była kobietą upragnioną. Otrzymał to, że dwa razy zapisała jego nazwisko na
wachlarzu, pomiędzy nazwiskami innych tancerzy, i zaraz w pierwszym kontredansie
rozpoczął z nią rozmowę :
— Gdzie będę mógł widywać panią nadal? — zapytał nagle z tą siłą namiętną, która się tak
podoba kobietom.
— Ależ wszędzie — odpowiedziała — na przechadzkach, w teatrze, w moim domu wreszcie.
I lekkomyślny południowiec przywiązał się do rozkosznej hrabiny o tyle, o ile młodzieniec
może się przywiązać do kobiety przez ciąg jednego kontredansa i walca. Hrabina, która mu
się wydała wielką panią, zaprosiła go do siebie, dowiedziawszy się, że jest kuzynem pani de
Beauséant. Po ostatnim uśmiechu, który mu rzuciła, Eugieniusz postanowił być u niéj
koniecznie. Szczęście mu sprzyjało, bo tegoż wieczora spotkał człowieka, który nie
wyśmiewał się wcale z jego nieświadomości, a trzeba wiedzieć, że nieświadomość podobna
byłaby grzechem śmiertelnym w oczach sławnych impertynentów owego czasu, ludzi takich
jak Maulincourt, Ronquerolles, Maksym de Trailles, de Marsay, Adjuda-Pinto, Vandenesse.
Próżna ta młodzież otaczała grono najwykwintniejszych kobiet, z których wymieniamy lady
Brandon, księżnę de Langeais, hrabinę de Kergarouet, panią de Sérizy, księżnę de Carigliano,
hrabinę Eer-raud, panią de Lanty, margrabinę d'Aiglemont, panią Eirmiani, margrabinę de
Listomere i margrabinę d'Espard, księżnę de Maufrigneuse i panie Grandlieu. Szczęściem
więc naiwny student natrafił na margrabiego Montriveau, kochanka księżnej de Langeais.
Jenerał ten prostoduszny jak dziecię, objaśnił mu, że hrabina de Restaud mieszka przy ulicy
du Helder. Młody, spragniony świata, tęskniący do kobiety, ujrzał na raz dwa domy
otwierające się przed sobą, mógł bywać na przedmieściu Saint-Germain u wicehrabiny de
Beauséant, a na Chaussée-d’Antin uklęknąć przed hrabiną de Restaud ; mógł jedném
spojrzeniem ogarnąć cały szereg salonów paryskich, wiedząc, że jest młodzieńcem dość
pięknym, by znaleźć w sercu kobiety współczucie i opiekę ; czuł w sobie dość ambicyi, by
wskoczyć na linę, po
32
tórej trzeba iść ze śmiałością skoczka pewnego siebie, a przytém najśliczniejsza z kobiet
miała mu służyć za balans!
Któż na miejscu Eugieniusza nie zagłębiłby się myślą w przyszłość, któż nie marzyłby o
powodzeniach, mając głowę pełną myśli podobnych i widząc oczyma wyobraźni obraz
wspaniałej kobiety wznoszący się na tle rozżarzonego torfu, pomiędzy kodeksem z jednej, a
nędzą z drugiej strony? Bujna wyobraźnia malowałamu tak żywo przyszłe rozkosze, że
zaczynał prawie wierzyć, iż pani de Restaud znajduje się tuż przy nim, gdy nagle głośne
westchnienie rozległo się w ciszy nocnej i ozwało się w sercu młodzieńca jak chrapliwy
oddech konającego. Otworzywszy ostrożnie drzwi, wyszedł na korytarz i spostrzegł smugę
światła wymykającą się z pod drzwi ojca Goriot. Przyszło mu na myśl, że sąsiad mógł
zachorować nagle ; zbliżył się więc do drzwi, przyłożył oko do dziurki od klucza i zajrzawszy
w głąb pokoju, spostrzegł starca zajętego dziwną pracą. Zajęcie jego wydało się
Eugieniuszowi tak występnem, że postanowił wyświadczyć społeczeństwu przysługę, śledząc
nocne sprawki mniemanego fabrykanta makaronu. Ojciec Goriot przytwierdził do listwy
przewróconego stołu półmisek srebrny wyzłacany i takąż wazę, następnie wziął sznur i
okręciwszy nim oba naczynia wspaniale rzeźbione, zaczął je ściskać z nadzwyczajną siłą, jak
gdyby chciał zrobić z nich jednolitą bryłę metalu.
— Cóż to za człowiek, u licha ! — szepnął Rastignac, spoglądając na żylaste ramiona starca,
który, otoczywszy sznurem kawał srebra, gniótł je jak ciasto, nie sprawiając najmniejszego
szmeru. — Może to złodziej lub spólnik złodziejski, który żyje jak żebrak, udając głupotę i
niedołęstwo, aby tém bezpieczniej oddać się swemu rzemiosłu. — Student wyprostował się
przy tych słowach, lecz po chwili przyłożył znów oko do dziurki od klucza. Ojciec Goriot
odwinął szpagat, rozesłał na stole kołdrę i zaczął taczać bryłę srebrną robiąc z niéj walec
podłużny; czynność tę wykonywał z niepojętą łatwością. — Chyba ten człowiek posiada siłę
Augusta, króla polskiego — szepnął Eugeniusz, widząc, że walec coraz bardziej się wydłuża.
Ojciec Goriot popatrzył ze smutkiem na swe dzieło, łzy zabłysły mu w oczach i zdmuchnął
stoczek, który przyświecał jego pracy, poczém nowe westchnienie obiło się o uszy
Eugieniusza.
— To waryat — pomyślał student.
— Biedne dziecię! — zawołał głośno ojciec Goriot.
Na te słowa Rastignac postanowił zamilczeć o nocnej przygodzie i nie sądzić zbyt srogo
swego sąsiada. Chciał już powracać do siebie, gdy posłyszał nagle szmer dziwny: zdawało
się, że ktoś w skarpetkach wełnianych stąpa po schodach. Eugieniusz nadstawił ucha i
rozpoznał rzeczywiście oddech miarowy dwóch ludzi. Nie słyszał
33
ani skrzypnięcia drzwi, ani wyraźnego stąpania, tylko światełko słabe nagle zabłysło na
drugiém piętrze u pana Vautrin.
— Ile tu tajemnic w téj gospodzie mieszczańskiej! — powiedział student, schodząc o kilka
stopni niżej. Zaczął się przysłuchiwać i po chwili dźwięk złota obił się o jego uszy. Światło
zagasło wkrótce i znowu dał się słyszeć podwójny oddech, przyczém. nie można było
rozróżnić ani otwierania, ani zamykania drzwi. Szmer stawał się coraz słabszy, w miarę jak
się dwaj mężczyźni oddalali.
— Kto idzie? — zawołała pani Vauquer, otwierając okno.
— To ja powracam, mamo Vauquer — ozwał się gruby głos Vautrin'a.
— Jednak to coś dziwnego! Krzysztof pozasuwał przecie rygle — mówił Eugieniusz,
wracając do swego pokoju. — W Paryżu trzeba czuwać, żeby wiedzieć wszystko, co się
dzieje dokoła.
To, co słyszał, przerwało wątek miłosnych i ambitnych rozmyślań. Postanowił zająć się pracą,
lecz nie mógł odegnać podejrzeń obudzonych postępkiem ojca Goriot, nie mógł zapomnieć
twarzy pani deRestaud, która stawała przed nim co chwila niby wróżka świetnej przyszłości i
skończył na tém, że upadłszy na łóżko zasnął snem kamiennym. Na dziesięć nocy, które
młodzież obiecuje poświęcić pracy, siedem odpadnie z pewnością na sen. Trzeba mieć więcej
niż dwadzieścia lat, żeby módz czuwać.
Nazajutrz rano gęsta mgła pokryła Paryż. W taką pogodę ludzie najbardziej punktualni mylą
się co do czasu, spóźniają się na spotkania, które naznaczyli we własnym interesie, a o
południu myślą, że to dopiero ósma rano. Było już wpół do dziesiątej a pani Vauquer nie
myślała jeszcze ruszyć się z łóżka. Krzysztof i gruba Sylwia wstali też później niż zwykle i
zapijali najspokojniej kawę zabieloną wierzchnią warstwą mleka przeznaczonego dla
stołowników. Zdjąwszy najgęstszą śmietankę, Sylwia gotowała mleko bardzo długo, żeby
pani Vauquer nie mogła się domyśleć owej dziesięciny nieprawnie pobieranej.
— Sylwio — rzekł Krzysztof, biorąc pierwszą grzankę — pan Vautrin, który, trzeba wam
wiedzieć, jest bardzo dobry, dzisiejszej nocy przyjmował znów dwie osoby. Jeżeli się pani
niepokoi, to nie mówić nie trzeba.
— Czy dostaliście co od niego?
— Dał mi sto sous na miesiąc, to znaczy tyle, jakby powiedział: Trzymaj język za zębami.
— Tylko on i pani Couture nie drżą nad każdym groszem — rzekła Sylwia — zresztą
wszyscy radziby wyciągnąć nam z lewej ręki to, co w dzień nowego roku wkładają do prawej.
34
— Jeszcze żeby choć co dobrego dawali! — dorzucił Krzysztof — wielkie mi dziwy, jakieś
nędzne sto sous. Goriot naprzyklad już od dwóch dni sam czyści swoje obuwie. Ten obdartus
Poiret obchodzi się wcale bez szuwaksu, a gdyby go miał, to wypiłby go pewnie, nie
oczyściwszy swoich pantofli. Albo ten smyk student. Cóż on mi daje? czterdzieści sous, to
mnie i szczotki więcej kosztują, a stare odzienie sprzedaje i nie wie sam, co za nie wypraszać.
— Ba — odpowiedziała Sylwia, pijąc zwolna kawę — z tem wszystkiém lepiej jest służyć w
tym domu niż gdzie-indziéj w naszej dzielnicy: tu przynajmniej dobrze się żyje. Ale
czekajcie-no, Krzysztofie, czy nie mówił z wami ktokolwiek o grubym jegomości Vautrin?
— I owszem. Przed kilku dniami spotkał mię na ulicy jakiś pan i zapytał: Czy to nie u was
mieszKa gruby jegomość, który czerni sobie faworyty? A jam odpowiedział : Kie, proszę
pana, on nie czerni faworytów. Gdzie-by też taki wesoły człowiek miał czas potemu? Otóż
powtórzyłem wszystko co do joty panu Vautrin'owi, a ten mi na to : Dobrześ zrobił, mój
chłopcze! Odpowiadaj zawsze tak samo. Bardzo to nieprzyjemnie, gdy ludzie poznają nasze
słabości. To może przeszkodzić zawarciu małżeństwa.
— Otóż-to ! i mnie na rynku chciano wyciągnąć na słówko, żeby się dowiedzieć, czy nie
widziałam kiedy, jak Vautrin odmieniał koszulę. Oto komedya! Masz tobie — zawołała nagle
— na Val-de-Grâce bije trzy kwadranse na dziewiątą, a nikt nie myśli ruszyć się z łóżka.
— Zachcieliście! przecie wszyscy powychodzili. Pani Couture poszła o ósmej ze swą panną
spożyć Pana Boga w Saint-Etienne. Ojciec Goriot wyszedł z jakimś pakietem. Student
powróci z lekcyj dopiero o dziesiątej. Zamiatałem właśnie schody, gdy wszyscy wychodzili.
Ojciec Goriot trącił mię tém, co niósł w ręku, a było-to coś twardego jak żelazo. Jednak to
ciekawość, czém się ten nieborak zajmuje? Musi zawsze tańczyć, jak mu inni każą, pomimo-
to najpoczciwszy jest ze wszystkich i więcej wart od innych. Niewiele się u niego pożywić
można, ale za to owe panie, do których mię czasami posyła, postrojone są jak lalki i nie żałują
dać człowiekowi na piwo.
— Jakieżto? Te, które nazywa córkami? Jest ich, zdaie się, cały tuzin.
— Ja ci tam nie byłem u innych, tylko u tych dwóch, które tutaj przychodzą.
— Słyszę, że już pani zaczyna się ruszać; to dopiero zacznie sodomę wyprawiać; trzeba iść co
prędzej. Pilnujcie mleka, Krzysztofie, żeby się tu kot nie zawinął.
35
Sylwia poszła do pokoju swéj pani.
— Co to ma znaczyć, Sylwio, biło już trzy kwadranse na dziewiątą a ja z waszej łaski spałam
jak bobak. Nic podobnego jeszcze nie bywało.
— To, proszę pani, z powodu mgły dzisiejszej, którą choć nożem krajać, tak jest gęsta.
— Ale cóż będzie ze śniadaniem?
— Ba, wszyscy nasi lokatorowie mieli, chyba dyabła za skórą, bo wszyscy zemknęli równo z
brzaskiem. Śniadanie więc może być dziś o dziesiątej. Michonnette i Poireau ani myśleli
jeszcze wstawać. Tylko oni oboje są w domu i śpią jak prawdziwe bałwany.
— Ależ, Sylwio, mówisz o obojgu razem, jak gdyby...
— Jak gdyby co ? — zapytała Sylwia, wybuchając głupim śmiechem. — Przecie oboje jakby
dobrani do pary.
— Jednak to coś dziwnego, Sylwio, jakim sposobem pan Vautrin wrócił dziś w nocy do
domu, kiedy Krzysztof pozasuwał przedtem rygle ?
— Wcale nie, proszę pani, Krzysztof posłyszał, że pan Vautrin wraca i zszedł na dół, żeby mu
otworzyć drzwi. A pani się zdało, że...
— Podaj mi kaftanik i ruszaj spiesznie zająć się śniadaniem. Przybierz kartoflami pozostałą
baraninę i podaj gruszki gotowane, tylko te, co kosztują po dwa liardy sztuka.
Niebawem pani Vauquer zeszła na dół i spostrzegła na wstępie kota, który rzucił łapką talerz
pokrywający garnuszek z mlekiem i raczył się z największym pośpiechem.
— Mistigris! — krzyknęła wdowa. Kot zemknął, lecz po chwili powrócił, łaszcząc się do
pani.
— Tak, tak, przymilaj się, stary łotrze. Sylwio, Sylwio !
— Co pani każe ?
— Zobacz-no, co kot zrobił !
— To wina tego bydlaka Krzysztofa, któremu poleciłam nakryć do stołu. Gdzie on się
podział? Niech się pani tylko nie troszczy, to będzie porcya ojca Goriot. Doleję trochę wody,
a on się na tém nie pozna, bo nie zważa na nic, nawet na to, co je.
— A ten Chińczyk gdzie poszedł ? — zapytała pani Vauquer, rozstawiając talerze.
— Kto to może wiedzieć? Ten człowiek zajmuje się dyablemi sprawkami.
— Zanadto-m się przespała — mówiła dalej pani Vauquer.
— Ale zato świeża pani jak róża...
W téj chwili ozwał się dzwonek i pan Vautrin wszedł do salonu, śpiewając grubym głosem:
36
Długo błądziłem po szerokim świecie
I teraz jeszcze aż wspomnieć miło...
— Ach, ach, dzień dobry, mamo Vauquer — zawołał, zbliżając się ku gospodyni i ujmując ją
czule w ramiona.
— No, no, przestań pan!
— Przestań zuchwalcze, powiedz pani. Proszę, powiedz pani: zuchwalcze. Zechciej pani
powiedzieć... Proszę pozwolić, pomogę pani nakryć do stołu. Cóż, grzeczny jestem, wszak
prawda?
Jak-em się kochał w blondynce, brunecie
Zalecał, wzdychał...
— Widziałem przed chwilą rzecz dziwną.
. . . jak się zdarzyło.
— Cóż takiego ? — zapytała wdowa.
- Ojciec Goriot był o wpół do dziewiątej na ulicy Dauphine u złotnika, który kupuje stare
srebra i galony. Sprzedał mu jakiś sprzęt stołowy ze srebra wyzłacanego, ale tak nielitościwie
zmiażdżony, że trudno uwierzyć, aby tego mógł dokonać człowiek nie fachowy.
— Czy być może ?
— Nie inaczej. Wracałem do domu, odprowadziwszy jednego z mych przyjaciół, który
odjechał dyliżansem królewskiego pocztowego zarządu. Spostrzegłszy ojca Goriot
przystanąłem, żeby zobaczyć, co to będzie, i byłem świadkiem zabawnej historyi.
Powróciwszy do naszej dzielnicy, szedł ulicą des Gres aż wstąpił do domu lichwiarza
Gobsecka. Trzeba wiedzieć, że ten Gobseck, to porządny łotr, który bez żadnego wahania
robiłby tabliczki do domina z kości swego ojca, jakiś Żyd, Arab, Grek czy Cygan, którego
niełatwo byłoby okraść, bo umieszcza swoje dukaty w banku.
— To jednak dziwna, co też ten Goriot robi?
— Nic nie robi a przeciwnie przerabia to, co ma. To głupi niedołęga, co wszystko stracił
przez miłość dla kobiet, które...
— Oto i on — rzekła Sylwia.
— Krzysztofie — zawołał ojciec Goriot — pójdź ze mną na górę. Krzysztof poszedł i
powrócił za chwilę.
— Dokąd idziesz? — zapytała go pani Vauquer.
— Posyła mię ojciec Goriot.
— A to co ? — zawołał Vautrin, wyrywając Krzysztofowi list zaadresowany do hrabiny
Anastazyi de Restaud. — Dokąd-że idziesz? — zapytał, oddając list Krzysztofowi.
37
— Na ulicę du Helder. Mam rozkaz oddać to do własnych rąk pani hrabiny.
— Cóż tam być może wewnątrz? — rzekł Vautrin, przeglądając list przed światłem — czy
nie bilet bankowy? Ale nie — mówił dalej, rozwierając z lekka róg koperty. — To kwit ! —
zawołał. — Daj go katu! ten stary frant umie się zalecać. Idź, stary marudo — dodał, kładąc
swą dłoń szeroką na głowie Krzysztofa i okręcając go w kółko jak pionek — nie pożałują dać
ci na piwo.
Stół był już nakryty, Sylwia gotowała mleko. Pani Vauquer roznieciła ogień z pomocą
Vautrin'a, który nie przestawał nucić :
Długo błądziłem po szerokim świecie
I teraz jeszcze aż wspomnieć miło...
Wszystko już było gotowe, gdy pani Couture weszła w towarzystwie panny Taillefer.
— Zkądżeście to tak rano, moje piękne panie? — spytała pani Vauquer, zwracając się do
wchodzących.
— Byłyśmy w Saint-Etienne-du-Mont u spowiedzi; przecie mamy dziś być u pana Taillefer.
Biedna moja mała drży jak listek, — mówiła pani Couture, siadając koło pieca i wygrzewając
przed ogniem trzewiki, które zaczęły parować pod wpływem ciepła.
— Ogrzej się, Wiktoryno, rzekła pani Vauquer.
— Bardzo to pięknie, że się pani modli do Boga, by raczył zmiękczyć serce jéj ojca — rzekł
Vautrin, podając krzesło sierocie — ale sama modlitwa tu nie wystarcza. Potrzeba pani
przyjaciela, któryby potrafił przemówić stosownie do tego starego bydlaka. Powiadają
przecie, że dziki ten człowiek ma trzy miliony kapitału, a pani nie daje żadnego posagu. W
naszych czasach najpiękniejsza panna potrzebuje posagu.
— Biedne dziecię! — rzekła pani Vauquer. — Wiesz co, moja rybko, ten potwór, którego
nazywasz ojcem, ściąga dobrowolne nieszczęście na swą głowę.
Na te słowa oczy Wiktoryny zaszły łzami, a pani Couture dała znak wdowie, by nie mówiła
dalej.
— Gdybyśmy tylko mogły zobaczyć go i wręczyć mu ostatni list jego żony — rzekła wdowa
po wojskowym komisarzu. — Nigdy nie odważyłam się przesłać go pocztą. Taillefer zna
moje pismo...
— O kobiety niewinne, nieszczęśliwe i prześladowane! — zawołał Vautrin - więc tak to
rzeczy stoją? Za kilka dni ja się wmieszam w wasze sprawy i wszystko pójdzie jak z płatka.
— O, panie — zawołała Wiktoryna, a oczy jéj zamglone i palące zarazem spoczęły na
Vautrin'ie którego spojrzenie dziewczęcia
38
nie wzruszyło wcale — jeżeli pan znajdziesz sposób zbliżenia się do mego ojca, to powiedz
mu, że jego przywiązanie i dobra sława méj matki droższe mi są nad wszystkie skarby świata.
Będę się modliła za pana, jeżeli pan potrafisz złagodzić jego surowość. Możesz pan być
pewien wdzięczności.
— Długo błądziłem po szerokim świecie — zaśpiewał Vautrin głosem pełnym
ironii.
W téj chwili Goriot, panna Michonueau i Poiret weszli do pokoju, zwabieni prawdopodobnie
zapachem masła, na którym Sylwia podsmażała kawałki baraniny. Wszyscy obecni zajęli
swoje miejsca, życząc sobie dnia dobrego; w téj chwili właśnie wybiła dziesiąta a na ulicy
dały się słyszeć kroki studenta.
— Ot i dobrze, panie Eugieniuszu — rzekła Sylwia — dziś pan zje śniadanie razem ze
wszystkiemi.
Student ukłonił się zgromadzonym i zajął miejsce obok ojca Goriot.
— Miałem dziś szczególną przygodę — wyrzekł, biorąc ogromną porcją, baraniny i spory
kawał chleba, który pani Vauquer zmierzyła kilkakrotnie okiem.
— Przygodę! — zawołał Poiret.
— Cóż ztąd? czy cię to zadziwia, stara szlafmyco? — rzekł Vautrin do Poiret'a. — Takim
ludziom jak pan Eugieniusz nie trudno o przygodę.
Panna Taillefer rzuciła nieśmiałe spojrzenie na młodego studenta.
— Opowiedz nam pan, co to była za przygoda — prosiła pani Vauquer.
— Wczoraj byłem na balu u mojej kuzynki, wice-hrabiny de Beauséant, która posiada dom
wspaniały i przepyszne salony obite materyą jedwabną. Bal był świetny i bawiłem się jak
król...
— Ik — wtrącił Vautrin, przerywając studentowi.
— Co to ma znaczyć, panie? — zawołał Eugieniusz z żywością.
— Powiedziałem ik, bo królik bawi się lepiej niż król.
— Wielka prawda; wolałbym być tą ptaszyną swobodna niż królem, ponieważ... potwierdził
zgadzający się na wszystko Poiret.
— Jedném słowem — przerwał student, nie dając mu dokończyć — tańczyłem z
najśliczniejszą kobietą, z pewna zachwycającą hrabiną, nad którą nic piękniejszego w życiu
nie widziałem. Miała we włosach kwiaty brzoskwiniowe, u boku prześliczny bukiet żywych
kwiatów, które rozlewały dokoła woń cudowną; ale ba! trzeba było ją widzieć, bo któż zdoła
opisać kobietę ożywioną wirem tańca. Otóż wystawcie sobie państwo, że dziś o dziewiątej
rano spotka-
39
łem tę boską hrabinę, gdy szła ulicą des Gres. Ach, jak mi serce biło! zdawało mi się...
— Że ona tu zmierza — rzekł Vautrin, rzucając na studenta głębokie wejrzenie. — A ona szła
pewnie do papy Gobsecka, znanego lichwiarza. Jeżeli będziesz pan kiedy badał serca kobiet
paryzkich, to bądź pewien, że lichwiarza znajdziesz zawsze przed kochankiem. Pańska
hrabina nazywa się Anastazya de Restaud i mieszka przy ulicy du Helder.
Na to imię student wpatrzył się w Vautrin'a. Ojciec Goriot podniósł nagle głowę i ku
ogólnemu zdziwieniu zmierzył obu mówiących wzrokiem jasnym i pełnym niepokoju.
— Pewnie Krzysztof się spóźni i ona sama tam poszła! — zawołał Goriot z boleścią.
— Cóż, czy nie zgadłem? — zapytał Vautrin, pochylając się do ucha pani Vauquer.
— Panie Vautrin — zawołał Eugieniusz — kto u licha mógł powiedzieć panu jéj imię?
— Ach, ach! otóż to — odparł Vautrin. — Przecie i ojciec Goriot wiedział je dobrze,
dlaczegóż-bym ja nie miał wiedzieć?
— Panie Goriot ! — zawołał student.
— Co ? — spytał biedny stary. — Więc ona była wczoraj bardzo piękna?
— Kto taki?
— Pani de Restaud.
— Patrz pan, jak staremu nieborakowi oczy się zapalają — rzekła pani Vauquer do Vautrin'a.
— Czyżby on ją utrzymywał? — szepnęła panna Michonneau do studenta.
— O, tak, była wściekle piękna! — odparł Eugieniusz, w którego ojciec Goriot chciwie się
wpatrywał. Gdyby nie było pani de Beau-séant, moja boska hrabina byłaby królową balu.
Młodzież ją tylko jedne widziała ; byłem dwunasty na liście tancerzy, gdyż nie opuściła ani
jednego kontredansa. Inne panie wściekały się, patrząc na to. Jeżeli kto był szczęśliwy
wczoraj, to pewnie ona. Słusznie powiadają, że nic piękniejszego, jak statek z rozwiniętemi
żaglami, koń w galopie i kobieta w tańcu.
— Wczoraj na najwyższym szczeblu, u księżnej — rzekł Vautrin — dziś na dole drabiny, u
lichwiarza ; takie-to Paryżanki. Gotowe się sprzedać, gdy mężowie nie mogą wystarczyć na
ich szalone zbytki. Gdy nie umieją się sprzedać, to radeby rozedrzeć łono własnej matki, byle
znaleźć to, co pozwala im błyszczeć. Na wszystko są gotowe. Znane to, znane !
Gdy student mówił, twarz ojca Goriot jaśniała, jak słońce w dzień
40
pogodny, lecz okrutna uwaga Vautrin'a powlekła ją znowu chmurą smutku.
— Ależ, panie — rzekła pani Vauquer — gdzież pańska przygoda? czyś pan mówił z
hrabiną? Możeś pan ją zapytał, czy nie chciałaby uczyć się prawa?
— Ona mnie nie widziała — odparł Eugieniusz. — Ale czyż to nie dosyć spotkać na ulicy des
Gres, o dziewiątej rano, najpiękniejszą z kobiet paryzkich, która wróciła z balu przynajmniej
o drugiej po północy? Tylko w Paryżu mogą dziać się podobne rzeczy.
— Ale, ba! dzieje się wiele dziwniejszych rzeczy — zawołał Vautrin.
Panna Taillefer przez pół tylko słyszała, o czém mówiono, gdyż cała zajęta była próbą, którą
dziś miała przedsięwziąć. Pani Couture dała jej znak, że czas już iść się ubierać. W ślad za
obiema paniami wyszedł i ojciec Goriot.
— A co, czyście państwo widzieli? — zapytała pani Vauquer, zwracając się do Vautrin'a i
innych stołowników. — Rzecz oczywista, że on się dla tych kobiet zrujnował.
— Nikt mi nigdy nie wmówi — zawołał student — że piękna hrabina de Restaud może
należeć do ojca Goriot.
— Ależ my nie staramy się bynajmniej przekonać pana — przerwał Vautrin. — Jesteś pan
zamłody, żeby dobrze znać Paryż, później się pan dowiesz, że są tu pewne osobistości, które
my nazywamy: hommes a passions...
Przy tych słowach panna Michonneau spojrzała na Vautrin'a wzrokiem pojętnym jak rumak
wojskowy, który usłyszy dźwięk trąbki.
— Ach, ach? — zawołał Vautrin, zatrzymując się i mierząc ją głębokiem wejrzeniem —
alboż to i my nie mieliśmy drobnych namiętności...
Stara panna spuściła oczy, jak zakonnica na widok posągów.
— Otóż tacy ludzie jak się czego uczepia, to nic nie zdoła ich odwieść od powziętej myśli.
Pragną tylko pewnej wody czerpanej z pewnego źródła, jakkolwiek często woda ta bywa
zepsuta a pragną się napić za jakąbądź cenę, choćby przyszło sprzedać żonę i dzieci lub
zapisać czartu duszę. Dla jednych owém źródłem upragnionem bywa gra, giełda, muzyka,
zbiór obrazów lub owadów; dla innych może to być kobieta, która umie przyrządzać ulubione
ich przysmaki. Ci ostatni nie dbają o żadną inną kobietę na świecie, cenią tylko tę, która umie
pochlebiać ich słabostkom. Bywa często, że owa kobieta nie kocha ich wcale, obchodzi się z
niemi bez ceremonii i drogo każe płacić za drobne okruchy przyjemności; a jednak dziwacy
nie zrażają się wcale i radziby zastawić ostatnią kołdrę
41
w lombardzie, byle dukat ostatni oddać wybranej kobiecie. Ojciec Goriot należy właśnie do
takich ludzi. Hrabina eksploatuje go, korzystając z jego dyskrecyi. Taki-to świat wyższy!
Nieszczęśliwy nieborak o niéj tylko myśli. Po-za sferą swéj namiętności staje się, jak
widzicie, dzikiem zwierzęciem, ale dość najlżejszej wzmianki o tem, co go obchodzi, by
twarz jego zajaśniała jak brylant. Nie trudno wyjaśnić tę ostatnią tajemnicę. Dziś rano odniósł
sam swe srebro złocone do przetopienia, a później widziałem go, jak wchodził do papy
Gobseck na ulicy des Gres. Proszę tylko uważać. Po powrocie posłał do hrabiny tego głupca
Krzysztofa, co pokazał nam adres listu, w którym znajdował się kwit. Musiała być pilna
potrzeba, skoro sama hrabina szła do starego lichwiarza, Ojciec Geriot zapłacił za nią
uprzejmie. Nie trzeba być zbyt mądrym, żeby rzecz całą pojąć dokładnie. Otóż możesz się
pan przekonać, młody mój studencie, że pańska hrabina śmiała się wczoraj, tańczyła,
przymiłała się, powiewała brzoskwiniowemi kwiatami i unosiła z wdziękiem suknię, a
pomimo to była, jak to mówią, między młotem i kowadłem, myśląc o swoich
zaprotestowanych wekslach lub o wekslach swego kochanka.
— Obudzasz pan we mnie wściekłą chęć zbadania prawdy. Idę jutro do pani de Restaud! —
zawołał Eugieniusz.
— Tak jest — potwierdził Poiret — trzeba być jutro u pani de Restaud.
— Bardzo być może, że znajdziesz tam pan poczciwego Goriota, który pójdzie upomnieć się
o zapłatę za swą uprzejmość.
— Ależ — powiedział Eugieniusz z wyrazem wstrętu — w takim razie wasz Paryż jest
kałużą.
— I to dziwną kałużą — odparł Vautrin. — Ci, których powozy grzęzną w błocie, nazywają
się uczciwemi ludźmi; ci, którzy brną przez nie piechotą, noszą miano łotrów. Komuś
przyszła nieszczęściem pokusa skraść jakąś bagatelę, i oto wszyscy zatrzymują się przed
Trybunałem Sprawiedliwości, by patrzeć nań jak na dziwowisko. Inny ukradł milion i
uchodzi w salonach za wzór cnoty. A żandarmerya i sprawiedliwość pobierają trzydzieści
milionów za utrzymanie moralności. Doskonale !
— Jakto — zawołała pani Vauquer — czyżby Goriot dał przetopić swój serwis pozłacany?
— Czy nie było tam między innemi pokrywki z dwiema synogarlicami? — zapytał
Eugieniusz.
— A tak właśnie.
— Stary musiał cenić bardzo ten serwis, gdyż zapłakał, zgniótłszy kubek i półmisek.
Widziałem to przypadkiem — rzekł Eugieniusz.
42
— Cenił go jak własne życie — odrzekła wdowa.
— Patrzcie-no państwo, jak ten nieborak namiętny — wykrzyknął Vautrin. — Widocznie
kobieta owa umie pogłaskać go po sercu.
Student udał się do swego pokoju a Vautrin wyszedł na miasto. W kilka chwil później pani
Couture i Wiktoryna wsiadły do dorożki, którą im Sylwia sprowadziła. Poiret podał ramię
pannie Michonneau i oboje udali się do Ogrodu Botanicznego, by przepędzić na przechadzce
dwie swobodne godziny.
— A co? toć wyglądają bez mała jak para małżonków — rzekła Sylwia. — Dotychczas nigdy
jeszcze nie wychodzili razem. Oboje są tak zasuszeni, że potrąciwszy się wzajemnie mogą
skrzesać ognia jak krzesiwo.
— A panna Michonneau winna strzedz swego szala, by się nie zajął jak hubka — dodała pani
Vauquer ze śmiechem.
O czwartej wieczorem Goriot wszedł do pokoju i spostrzegł przy świetle dwóch lamp
kopcących, że oczy Wiktoryny były zaczerwienione od płaczu. Pani Vauquer słuchała
opowiadania o niefortunnej wyprawie do pana Taillefer. Znudzony odwiedzinami córki i pani
Couture, ojciec Wiktoryny postanowił rozmówić się z niemi i kazał dopuścić je do siebie.
— Moja droga pani — ciągnęła dalej pani Couture, zwracając się do pani Vauquer — proszę
sobie wyobrazić, że Wiktoryna stała cały czas, a on nie zachęcił jéj ani jedném słowem, by
usiadła. Mnie zaś powiedział z zimną krwią, bez najmniejszego gniewu, że przychodzimy
nadaremnie i powinnyśmy oszczędzić sobie nadal tego trudu, gdyż panna może pogorszyć
tylko swą sprawę, gdy będzie zbyt natręna (a toć bywamy tylko raz do roku u tego potwora,
który nie nazwał nawet Wiktoryny swą córką!) Powiedział dalej, że Wiktorynie nic się nie
należy, gdyż matka jéj nie miała wcale posagu i dodał jeszcze tyle słów okrutnych, aż moja
biedaczka we łzy się rozlała ; ale później upadła mu do nóg i powiedziała z odwagą, że chodzi
jéj tylko o matkę, że sama bez szemrania ulegnie jego woli, byle tylko zechciał przeczytać
testament nieszczęśliwej nieboszczki. Podała mu list, mówiąc przytém rzeczy dziwnie piękne
i rzewne. Me wiem, zkąd się jéj zebrało na podobne wyrazy, chyba Bóg je zesłał; dziewczę
bowiem było tak natchnione, że nawet ja, ja sama płakałam jak głupia, słuchając jéj mowy. A
wiesz pani, co robił ten przerażający człowiek? Obcinał sobie paznogcie, poczém wziął list
zroszony łzami biednej pani Taillefer i rzucił go w ogień, mówiąc: O tak, to dobrze ! Chciał
podnieść córkę, lecz cofnął wnet ręce, gdy spostrzegł, że biedaczka chce je ucałować. Czyż-to
nie łotrostwo? A synalo, bałwan, nie przywitał się nawet z siostrą, wchodząc do pokoju.
43
— Cóż-to za potwory! — zawołał ojciec Goriot.
— A potem — ciągnęła dalej pani Couture, nie zważając na wykrzyk poczciwca — ojciec i
syn pożegnali mię i odeszli, wymawiając się ważnemi sprawami. Oto i całe nasze
odwiedziny. Ale widział przynajmniej swą córkę. Nie wiem, jak można się jéj wypierać, gdyż
podobna do niego, jak dwie krople wody.
Wszyscy stołownicy i mieszkańcy gospody zgromadzili się zwolna, życząc sobie dnia
dobrego i zamieniając nic nieznaczące wyrazy, które w pewnych kółkach paryzkich uchodzą
za dowcip błyskotliwy, choć same przez się bywają bezmyślne, a całe znaczenie nadaje im
giest i sposób, w jaki się wymawiają. Ten rodzaj żargonu zmienia się nieustannie, odnawiając
się przynajmniej co miesiąc kosztem jakiegoś nowego żartu. Byle co nadaje się do
podtrzymania takiej gry dowcipu, zarówno wypadek polityczny, jak i proces sądowy,
piosenka uliczna lub farsa jakiego aktora; gdyż gra cała zależy na tém, by chwytać myśli i
wyrazy i, niby wolanta, napowrót je odrzucać. W nowszych czasach wynaleziono świeżo
dyoramę, wywołującą silniejsze złudzenie optyczne niż panorama; w skutek tego w
niektórych malarniach przyjął się zabawny zwyczaj dodawania końcówki rama do wielu
wyrazów. Pewien młody malarz uczęszczający do gospody Vauquer, zaprowadził między
mieszkańcami zwyczaj dodawania téj końcówki do wyrazów.
— Pannnie Poiret, jakże tam pańskie zdrowieczkorama? — zapytał urzędnik z Muzeum, i nie
czekając odpowiedzi zwrócił się do pani Couture i Wiktoryny. — Zdaje się — rzekł — że
panie mają jakieś zmartwienie.
— Czy będziemy dziś ob-jadowali? — zawołał jeden ze studentów medycyny, przyjaciel
Rastignac'a, imieniem Horacy Bianchon — moje żołądeczko opadło usque ad talones.
— Dziś wściekle zimnowrama — rzekł Vautrin. — Proszę się pofatygować, ojcze Goriot.
Cóż u licha, pańska noga zakrywa cały otwór pieca.
— Znakomity panie Vautrin — rzekł Bianchon — dlaczego mówisz pan zimnowrama ? To
omyłka, należy mówić zimnorama.
— Nie — zawołał urzędnik z Muzeum — mówi się zimnowrama na zasadzie, że mówi się :
zimno w nogi.
— Ach ! ach !
— Oto i jego excelencya markiz de Rastignac, doktor prawa — lewego - zawołał Bianchon,
schwyciwszy Eugieniusza za szyję i dusząc go w uścisku.
— Oho, są już i inni, oho !
Panna Michonneau weszła zwolna, pozdrawiając obecnych milczącym ukłonem i usiadła
obok trzech kobiet.
44
— Ta stara sowa nabawia mię zawsze dreszczów — szepnął Bianchon do Vautrin'a,
wskazując na pannę Michonneau. — Trzeba wiedzieć, że ja studyuję system Galla i widzę na
jej głowie Judaszowe wypukłości.
— Czyś pan ją znał przedtem? — zapytał Vautrin.
— Któż jéj nie spotykał ! — odparł Bianchon. — Słowo daję, ta wybladła stara panna
przypomina mi owe długie robaki, co zdolne są stoczyć najgrubszą belkę.
— Tak-to bywa, młodzieńcze — rzekł czterdziestoletni mężczyzna, głaszcząc faworyty :
Więc róża, żyła tyle, ile żyją róże,
Poranek jeden tylko.
— Ach, ach ! oto i wyborna zuporama — zawołał Poiret, na widok Krzysztofa wnoszącego
rosół z wielką powagą.
Młodzież wybuchnęła śmiechem.
— Przepraszam — zawołała pani Vauquer — no to kapuśniak.
— Poiret pobity!
— Poirrrrette pobity!
— Proszę zapisać dwa punkty wygrane mamie Vauquer — rzekł Vautrin.
— Czy kto zauważył, jaką mgłę mieliśmy dzisiaj rano ? — zapytał urzędnik.
— Była-to — rzekł Bianchon — mgła wściekła i bezprzykładna, mgła ponura, melancholijna,
zielona, dusząca, mgła Goriotowska.
— Goriorama — rzekł malarz — gdyż zupełnie zasłaniała światło.
— Hej, milordzie Gâôriotte, jesteśmy mówiący o was.
Ojciec Goriot siedział na końcu stołu przy drzwiach, przez które wnoszono jedzenie;
zawołany, podniósł głowę, nie przestając wąchać kawałka chleba wyjętego z pod serwety
było-to stare przyzwyczajenie z czasów kupieckieh, którego się jeszcze nie pozbył.
— Cóż-to takiego ? — zabrzmiał cierpko głos pani Vauquer, zagłuszając głośną rozmowę
oraz brzęk łyżek i talerzy — czy się panu chleb nie podoba?
— Przeciwnie, pani — odparł — to chleb z najprzedniejszej etampskiéj mąki.
— Po czém to pan poznaje? — zagadnął Eugieniusz.
— Po białości, po smaku.
— Chybaś pan nosem smakował, bo widziałam, jakeś wąchał kawałek chleba — rzekła pani
Vauquer. — Stajesz się pan coraz oszczędniejszym i z czasem dojdziesz chyba do tego, że
wdychanie wyziewów kuchennych będzie dla pana dostateczném pożywieniem.
45
— Wtedy zastrzeż pan sobie własność wynalazku, a dorobisz się pięknego majątku —
zawołał urzędnik z Muzeum.
— Dajcież państwo pokój! — rzekł malarz — ojciec Goriot chciał tylko dowieść swym
postępkiem, że był w rzeczy samej fabrykantem makaronu.
— Jak widać, z pańskiego nosa mogłaby być retorta — rzekł znów urzędnik z Muzeum.
— Co? — podchwycił Bianchon — re...
— Re-zeda.
— Re-flektor.
— Re-zerwa.
— Re-duta.
— Re-netka.
— Re-zydent.
— Re-nifer.
— Re-torama.
Osiem odpowiedzi posypało się niby grad kul ze wszystkich stron sali. Wrażenie było tém
śmieszniejsze, że ojciec Goriot spoglądał po zgromadzonych z głupowatą miną człowieka,
który usiłuje zrozumieć cudzoziemską mowę.
— Re? — powtórzył pytająco, zwracając się do siedzącego obok Vautrin'a.
— Re-umatyzm, mój starowino ! — zawołał Vautrin, uderzając Goriot'a po głowie i
wtłaczając mu kapelusz aż na oczy.
Biedny staruszek tak osłupiał po tym napadzie niespodziewanym, że przez kilka minut
siedział nieruchomy. Krzysztof sądził, że pan Goriot nie je już zupy i zabrał mu talerz ; lecz
nieborak nie spostrzegł tego i poprawiwszy kapelusz, opuścił łyżkę na stół w mniemaniu, że
talerz znajduje się na swojém miejscu.
Wszyscy obecni parsknęli śmiechem.
— Mój panie — zawołał starzec — jesteś pan kiepskim trefnisiem ! Nadal radzę mu
powstrzymywać się od podobnych sztuczek, bo...
— Bo co, tatusiu? — przerwał Vautrin.
— Bo kiedyś zapłacisz mi pan za to sowicie...
— W piekle, nieprawdaż ? — rzekł malarz — w tym ciemnym kąciku, gdzie się stawia
niegrzeczne dzieci.
— Pani nic nie je — rzekł Vautrin do Wiktoryny. — Zapewne ojczulek okazał się
nieprzystępnym?
— To okropny człowiek — zawołała pani Couture.
— Wartoby nauczyć go rozumu — rzekł Vautrin.
— Pani mogłaby wytoczyć proces o artykuły żywności, gdyż wcale nie je — odezwał się
Eugieniusz, który siedział niedaleko od
46
Bianchon'a. - Ach, proszę-no spojrzeć, jak ojciec Goriot wpatruje sie w pannę Wiktorynę.
Stary zapomniał o jedzeniu i nie spuszczał oczu z twarzy dziewczęcia, napiętnowanej boleścią
prawdziwą, boleścią dziecka odtrąconego, które pomimo to nie przestało kochać swego ojca.
— Mój drogi — szepnął Eugieniusz — źleśmy osądzili ojca Goriot. To nie jest ani głupiec,
ani człowiek bez czucia. Spróbuj-no zastosować do niego system Galla i wtedy powiedz mi
swe zdanie. Dzisiejszej nocy sam byłem świadkiem, jak starzec ten gniótł półmisek srebrny i
to z największą łatwością: rzekłbyś, że miał w ręku wosk a nie metal; w obecnej zaś chwili
twarz jego zdradza uczucie niezwykłe. Mnie się zdaje, iż życie Goriot'a zbyt jest tajemnicze,
by nie zasługiwało na głębsze zbadanie. Tak, Bianchon, nie śmiej się, bo ja nie żartuję wcale.
— Nie przeczę — rzekł Bianchon — że dla medyka człowiek ten jest ciekawym okazem.
Jeżeli się zgodzi, gotowem sam dokonać na nim sekcyi.
— Lepiej pomacaj mu głowę.
— A, dziękuję! kto wié, czy jego głupota nie jest zaraźliwa?
Nazajutrz, około trzeciej po południu, Rastignac ubrany bardzo wykwintnie poszedł do pani
de Restaud. W drodze oddał się cały owéj nadziei lekkomyślnej, która tysiącem wzruszeń
barwi młocie życie. Młodzież nie rachuje przeszkód i niebezpieczeństw; gra bujnej wyobraźni
idealizuje życie w ich oczach i widzą przed sobą same powodzenia; zburzenie planów, które
utworzyła żądza wybujała pogrąża ich w smutku, niekiedy nawet czyni nieszczęśliwemi ;
gdyby byli odważniejsi i mniej nieświadomi, to budowa społeczna nie mogłaby się przy nich
ostać. Eugieniusz wystrzegał się jak mógł, żeby się nie zabłocić, a obok tego układał w myśli,
co powie pani de Restaud, przysposabiał zapas dowcipu, wymyślał odpowiedzi stosowne do
przypuszczalnej rozmowy, przygotowywał słówka dowcipne, zdania a la Talleyrand i
przypuszczał tysiączne okoliczności mogące mu ułatwić wynurzenie uczuć, na którem opierał
całą swą przyszłość. I biedny student zabłocił się tak okrutnie, że w Palais Royal musiał kazać
oczyścić sobie buty i spodnie. Gdybym był bogaty, rzekł do siebie rozmieniając stu-
soldową monetę, w którą się zaopatrzył na wszelki wypadek, byłbym pojechał powozem i
mógłbym rozmyślać swobodnie. Dostawszy się wreszcie na ulicę du Helder, zapytał o
hrabinę de Eestaud i spotkał pogardliwe wejrzenie służących, którzy domyślili się, że młody
człowiek przyszedł piechotą, gdyż nie słyszeli turkotu przed bramą. Eugieniusz zniósł to
wejrzenie z chłodną wściekłością człowieka, pewnego, że kiedyś zwycięży los przeciwny;
niemniej jednak zabolało go ono dotkliwie,
47
gdyż wchodząc na podwórze sam przekonał się o swej niższości, na widok pięknego rumaka,
który się tam niecierpliwił w bogatym zaprzęgu. Kabryolet, nie mniej piękny od rumaka,
świadczył o zbytkowném i swobodném życiu właściciela, który mógł prawdopodobnie
kosztować wszystkich rozkoszy paryskich. Dosyć było téj jednej okoliczności, by zupełnie
zepsuć studentowi humor. Wszystkie skrytki jego mózgu, które naładował dowcipem,
zamknęły się naraz i Eugieniusz stał się zupełnie głupim. Stanął na jednej nodze przed oknem
przedpokojowém, oparł łokieć o zasuwkę i patrzył machinalnie na dziedziniec, czekając
odpowiedzi hrabiny, której lokaj poszedł zameldować odwiedzających. Czas wydawał mu się
nieznośnie długim, i byłby wyszedł niezawodnie, gdyby nie posiadał téj uporczywości
właściwej południowcom, która może działać cuda, jeżeli jest skierowana na drogę właściwą.
— Pani jest bardzo zajęta w swoim buduarze — rzekł kamerdyner — nie odpowiedziała mi
wcale; ale może pan zechce przejść do salonu, tam czeka już ktoś inny.
Zastanawiając się nad władzą potężną tych ludzi, którzy jedném słowem obwiniają i sądzą
swych panów, Eugieniusz zbliżył się do drzwi, przez które wychodził kamerdyner. Otworzył
je niedbale, chcąc zapewne pokazać nadętym lokajom, że zna dobrze wewnętrzny rozkład
mieszkania; ale wpadł nierozważnie do jakiegoś pokoju, w którym znajdowało się pełno
lamp, bufetów i przyrząd służący do nagrzewania serwet po kąpieli ; dalej widaé było
kurytarz ciemny i schodki ukryte. Stłumiony śmiech, który posłyszał w przedpokoju, zbił go
do reszty z tropu.
— Proszę pana, tędy się idzie do salonu — rzekł kamerdyner z ową fałszywą uniżonością,
która zdaje się być tylko nową obelgą.
Eugieniusz zawrócił się z takim pośpiechem, że zawadził o wannę; szczęściem jednak zdążył
zatrzymać wymykający się z rąk kapelusz, W téj saméj chwili drzwi jakieś otworzyły się w
głębi kurytarza oświeconego małą lampką i Eugieniusz posłyszał głos hrabiny i ojca Goriot,
poczém rozległ się odgłos pocałunku. Kamerdyner przeprowadził Eugieniusza przez pokój
jadalny do pierwszego salonu, gdzie student nasz przystanął przed oknem wychodzącem na
podwórze. Pragnął przekonać się, czy spotkany tu ojciec Goriot był rzeczywiście owym
znanym mu Goriot'em. Serce biło mu jakoś dziwnie, gdy przywodził sobie na pamięć
przerażające uwagi Vautrin'a. Kamerdyner zatrzymał się przy drzwiach salonu, z którego
wyszedł nagle elegancki młodzieniec.
I — Już ja idę, Maurycy — rzekł niecierpliwie. — Proszę powiedzieć hrabinie, że przeszło
pół godziny czekałem na nią.
Po tych słowach, młodzieniec, który widocznie miał prawo być
48
niegrzecznym, zanucił jakąś śpiewkę włoską i zbliżył się do okna,, przy którem stał
Eugieniusz Udał, że wygląda na dziedziniec. a tymczasem rzucił na twarz studenta przelotne
spojrzenie.
— Lepiej byłoby, gdyby pan hrabia zechciał zaczekać chwileczkę, bo jaśnie pani już nie jest
zajęta - rzekł Maurycy zmierzając do przedpokoju.
W téj chwili ojciec Goriot zszedł z małych schodków i zatrzymał się przy bramie rozpinając
parasol. Nieborak nie widział, że w otwartej bramie pokazało się właśnie tilbury, w którem
siedział młody mężczyzna z orderem na piersi. Ojciec Goriot w sam czas rzucił się' w tył,
żeby nie być stratowanym. Koń przestraszył się rozpiętego parasola i, rzuciwszy się w bok,
popędził gwałtownie ku podjazdowi. Młody człowiek obrócił się z gniewem, popatrzył na
Goriot'a i ukłonił mu się wreszcie z przymusowém uszanowaniem, z jakiem traktujemy
potrzebnego nam lichwiarza, lub człowieka spodlonego, dla którego musimy udawać
szacunek, lubo -wewnętrznie rumienimy się zato sami przed sobą. Ojciec Goriot
odpowiedział przyjacielskim ukłonem pełnym dobroduszności. Wszystko to stało się z
szybkością błyskawicy i pochłonęło całą uwagę Eugieniusza. Me przypuszczał nawet, że
oprócz niego ktoś inny jeszcze może się znajdować w salonie, gdy wtem głos hrabiny uderzył
jego ucho.
— Ach, Maksymie, jużeś chciał odchodzić! — zawołała tonem wyrzutu, w którym przebijało
się lekkie rozdrażnienie.
Hrabina nie uważała, że tilbury zajechało przed dom. Rastignac odwrócił się nagle i ujrzał
hrabinę przystrojoną zalotnie w penioar biały kaszmirowy z różowemi kokardami, i uczesaną
niedbale, tak jak wszystkie Paryżanki w godzinach porannych. Musiała wyjść świeżo z
kąpieli, bo przejęta była cała jakimś balsamicznym zapachem, spojrzenie miała jakby
zamglone, a piękność jéj zmiękczona, jeżeli tak rzec można, zdawała się rozkoszniejsza niż
zwykle. Oko młodych ludzi umie wszystkiego dopatrzeć : dusza ich zlewa się z promiennym
obrazem kobiety, tak jak roślina napawa się powietrzem, z którego przyswaja sobie część
potrzebną; to też i Eugieniusz nie dotknął się rąk hrabiny, a jednak przeczuł świeżość ich
niezrównaną, odgadł przez kaszmir różową białość jéj gorsu, którą zdradzał niekiedy przed
jego wzrokiem penioar trochę rozwarty. Hrabina nie potrzebowała gorsetu; przepaska tylko
odznaczała gibką jéj kibić, szyję miała nęcącą, a nogi jakże ślicznie wyglądały w
pantofelkach! Maksym złożył na jéj ręce pocałunek i wtedy dopiero Eugieniusz spostrzegł
Maksyma, a hrabina Eugieniusza.
— Ach, to pan de Rastignac! Jakże mi przyjemnie widzieć pana — rzekła hrabina takim
tonem, że człowiek dobrze wychowany pojąłby odrazu właściwe słów tych znaczenie.
49
Maksym spoglądał kolejno na Eugieniusza i na hrabinę tak wyraziście, jak gdyby chciał
przekonać intruza, że jest najzupełniej niepotrzebny. — Ach, moja droga, spodziewam się, że
wypchniesz mi tego malca za drzwi! — Słowa te malowały się w wyzywająco dumnym
wzroku młodzieńca, którego hrabina Anastazya nazwała Maksymem, patrząc mu w twarz z
tym wyrazem podległości, którym kobieta zdradza bezwiednie wszystkie swe tajemnice.
Rastignac uczuł ku niemu nienawiść gwałtowną. Najpierw piękne włosy Maksyma, jasne i
starannie ufryzowane, dały mu poznać, że jego głowa wyglądała szkaradnie. Dalej obuwie
hrabiego było delikatne i czyste, a buty studenta, pomimo największej ostrożności, pokryły
się w drodze cieniuchną warstwą błota. Wreszcie tamten miał surdut, który wpadał mu do
stanu tak wdzięcznie, że czynił go podobnym do pięknej kobiety, a Eugieniusz o wpół do
trzeciej miał na sobie czarne odzienie. Przenikliwy syn Oharenty pojął od razu, jak wielką
przewagę miał nad nim ten wykwintnie starannie ubrany, szczupły i wysoki, o jasném oku i
cerze bladej. Nie czekając odpowiedzi Eugieniusza, hrabina wybiegła szybko do drugiego
salonu, a penioar rozwiany fruwał dokoła czyniąc ją podobną do motyla ; Maksym poszedł za
nią. Eugieniusz, zły szalenie, poszedł za Maksymem i hrabiną. Wszyscy troje znaleźli się
razem na środku wielkiego salonu przed kominkiem. Student wiedział dobrze, że będzie
krępować swą obecnością tego wstrętnego Maksyma, a pragnął bądź-co-bądź dokuczyć
elegantowi, choćby nawet przyszło się narazić w oczach hrabiny. Nagle przypomniał sobie, że
widział tegoż Maksyma na balu u pani de Beauséant, i odgadł, czém on był dla pani de
Restaud ; ale zdobył się na odwagę młodzieńczą, która bywa źródłem głupstw wielkich lub
wielkich powodzeń, i rzekł do siebie : — Oto mój rywal, muszę go pokonać., — Niebaczny!
nie wiedział, że hrabia Maksym de Trailles pozwalał się znieważać, poczém strzelał pierwszy
i zabijał przeciwnika. Eugieniusz słynął jako dobry strzelec, ale, na dwadzieścia dwa strzały,
nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się trafić dwadzieścia razy. Młody hrabia rzucił się na fotel w
rogu kominka, wziął szczypce i zaczął rozrzucać węgle tak gwałtownie i niecierpliwie, że
piękna twarz Anastazyi zasępiła się odrazu. Młoda kobieta rzuciła na Eugieniusza spojrzenie
zimne i pytające, które mówi tak wyraźnie: czemu sobie nie idziesz? że ludzie dobrze
wychowani od razu pojmują znaczenie takiego zapytania, które możnaby nazwać zapytaniem
pożegnalnem.
Eugieniusz rzekł, jak mógł najmilej :
— Pani, spieszno mi było odwiedzić panią, żeby...
I urwał.
Drzwi się otworzyły, a na progu pokazał się niespodzianie jego-
50
mość, który przyjechał w tilbury. Nie miał kapelusza i nie powitał hrabiny, tylko spojrzawszy
badawczo na Eugieniusza, wyciągnął rękę do Maksyma: — Dzień dobry — rzekł do niego z
braterską poufałością, która zdziwiła wielce Eugieniusza. Młodzieńcy z prowincyi nie
rozumieją słodyczy życia we troje.
— Pan de Restaud — rzekła hrabina, wskazując studentowi swego męża.
Eugieniusz złożył ukłon głęboki.
— To jest pan de Rastignac — mówiła dalej, przedstawiając Eugieniusza hrabiemu de
Restaud — spokrewniony przez Marcil-lac'ow z wice-hrabiną de Beauséant. Miałam
przyjemność poznać pana na ostatnim balu u wice-hrabiny.
Spokrewniony przez Marcillac’ów z wice-hrabiną de Beauséant! Hrabina wymówiła te słowa
prawie przesadnie, z pewnym rodzajem dumy, której doznaje pani domu mogąca dowieść, że
przyjmuje u siebie tylko ludzi dystyngowanych.
Pod czarodziejskim wpływem słów powyższych hrabia ożywił się i porzucił swój sposób
obejścia się oziębły i ceremonialny.
— Jakże-m rad poznać pana — rzekł kłaniając się studentowi. Nawet hrabia Maksym de
Trailles porzucił naraz ton wyzywająco-zuchwały i zmierzył studenta wzrokiem
niespokojnym. Jedno nazwisko, potężne jak skinienie laski czarodziejskiej, otworzyło naraz
owe trzydzieści skrytek w mózgu południowca i powróciło mu cały zapas przygotowanego
dowcipu. Niespodziewane światło rozjaśniło przed nim ciemną dotychczas atmosferę
wyższego towarzystwa paryskiego. Gospoda Vauquer z ojcem Goriot była w téj chwili daleko
od jego myśli.
— A ja sądziłem, że ród Marcillac'ów wygasł — rzekł hrabia de Restaud do Eugieniusza.
— Tak jest, panie hrabio — odparł student. — Mój dziad stryjeczny, kawaler de Rastignac,
ożenił się z dziedziczką rodziny Marcillac'ów i miał jedne tylko córkę, która wyszła za
marszałka de Clarimbault, rodzonego dziada pani de Beauséant. My stanowimy linią młodszą,
tém biedniejszą, że dziad mój stryjeczny, wice-admirał, postradał całe mienie służąc królowi.
Rząd rewolucyjny nie chciał uwzględnić naszych wierzytelności przy likwidacyi kompanii
indyjskiej.
— Czy czasami pański dziad stryjeczny nie dowodził Vengeur’em przedrokiem
1789?
— Tak jest właśnie.
— W takim razie musiał znać mego dziada, który dowodził Warwickiem.
Maksym wzruszył ramionami i spojrzał na panią de Restaud, jak
51
gdyby chciał powiedzieć: Zginęliśmy, bo oni myślą rozprawiać o marynarce. Anastazya
pojęła spojrzenie pana de Trailles i uśmiechnąwszy się z niepojętą potęgą, właściwą
kobietom, zawołała:
— Panie Maksymie, proszę ze mną, mam pana o coś poprosić. — Wam zaś, panowie,
pozwalamy płynąć w jedne drogę na Warwick'u i Vengeur'ze. — Poczém wstała i skinąwszy
niby zdradziecko na Maksyma, skierowała się ku buduarowi. Zaledwie ta para morganatyczna
(piękny wyraz niemiecki, który nie ma odpowiedniego we francuzkim języku) zbliżyła się do
drzwi, gdy hrabia przerwał rozmowę z Eugieniuszem.
— Anastazyo, zostań, proszę cię, moja droga — zawołał z niechęcią — wiesz przecie, że...
— Natychmiast, natychmiast powracam — przerwała hrabina — mam tylko poprosić o coś
Maksyma.
I w istocie powróciła zaraz. Wszystkie kobiety, które stosują się do charakteru męża, żeby
tém bezpieczniej dogadzać swym zachciankom, wiedzą, jak daleko zajść można, nie
narażając się na utratę nieocenionego zaufania, i starają się ustępować zawsze, gdy chodzi o
jaką drobnostkę. Hrabina poznała też po głosie hrabiego, że niebezpiecznie byłoby
zatrzymywać się długo w buduarze. Główną przyczyną nieprzyjemności był student, to też
pani ukazała nań pogardliwym ruchem Maksymowi, który zwracając się do wszystkich trojga,
rzekł bardzo epigramatycznie :
— Wiecie co, państwo ? widzę, żeście bardzo zajęci, nie będę więc przeszkadzał. Do
zobaczenia. — I wyszedł.
— Zostań, panie Maksymie ! — zawołał książę.
— Przyjdź pan na obiad — rzekła hrabina, idąc znów za Maksymem do pierwszego salonu,
gdzie zatrzymali się oboje sądząc, że pan de Restaud pożegna tymczasem Eugieniusza.
Rastignac słyszał, jak raz-wraz śmieli się, rozmawiali i znów naczekiwali w milczeniu; ale
student złośliwy wyczerpywał cały dowcip, pochlebiał hrabiemu i wciągał go w dysputy, byle
tylko doczekać powrotu hrabiny i zbadać, jakiego rodzaju były jej stosunki z Goriot'em. Ta
kobieta, zakochana w Maksymie, przewodząca nad mężem i złączona tajemnie ze starym
fabrykantem makaronu, była dlań zagadką wielką. Chciał koniecznie przeniknąć tajemnicę, za
pomocą której spodziewał się zapanować nad tą prawdziwą Paryżanką.
— Anastazyo ! — zawołał znów hrabia na żonę.
— Cóż robić, biedny mój Maksymie, trzeba się zrezygnować — rzekła hrabina do młodego
człowieka. — Do wieczora...
— Spodziewam się, Naściu — szepnął jéj Maksym do ucha — że nadal nie będziesz
przyjmować tego młodzieńca, którego oczy roz-
52
zarżały się jak węgle, gdy się twój penioar cokolwiek rozchylał. On nie zaniedbałby
oświadczyć się tobie, przez co mógłby cię narazić, a ja byłbym zmuszony go zabić.
— Czyś ty rozum stracił, Maksymie? — odparła. — Ci mali studenci są przeciwnie
doskonałemi konduktorami, które strzegą nas od piorunów. Już ja nie zaniedbam podburzyć
Restaud'a przeciw niemu.
Maksym rozśmiał się i wyszedł wraz z hrabiną, która stanęła przy oknie, chcąc widzieć go
jeszcze, gdy będzie wsiadał i klaśnie z bata, by pobudzić konia do szybkiego biegu. Odeszła
od okna wtedy dopiero, gdy zobaczyła, że się za nim brama zamknęła.
— Co powiesz na to, moja droga — zawołał hrabia, gdy weszła do pokoju — wszak majątek,
w którym mieszka rodzina pana de Rastignac, leży niedaleko od Verteuil nad Charentą. Dziad
stryjeczny pana de Rastignac znał osobiście mego dziada.
— Jestem zachwycona prawdziwie, żeśmy tak blizko znajomi — rzekła hrabina z
roztargnieniem.
— Bliżej niż pani sądzi — odparł Eugieniusz zcicha.
— Jakto ? — zapytała żywo.
— Widziałem właśnie — odrzekł student — jak od pani wychodził ojciec Goriot, najbliższy
mój sąsiad, z którym mieszkam w jednym domu.
Słysząc to nazwisko poprzedzone wyrazem ojciec, hrabia przestał rozgrzebywać węgle na
kominku i rzucił szczypce w ogień z taką gwałtownością, jak gdyby poparzył sobie palce.
— Można było nazwać go panem Goriot — zawołał powstając. Hrabina zbladła widząc
niecierpliwość męża, potem zarumieniła się, nie mogąc ukryć pomieszania i rzekła niby
niedbale, starając się nadać głosowi zwykłe brzmienie:
— To pewna, że nie ma na świecie drugiego człowieka, któryby zasługiwał więcej na nasze
przywiązanie...
Nie domówiła i spojrzała na fortepian, jak gdyby nagle zachcianka jakaś przyszła jéj do
głowy.
— Czy pan lubi muzykę? — spytała.
— Bardzo — odparł Eugieniusz czerwieniąc się i mieszając na mysi, że musiał popełnić
potężne jakieś głupstwo.
— Czy pan śpiewa? — zapytała siadając do fortepianu i przebiegając gwałtownie po
wszystkich klawiszach od basowego c aż do najwyższego f. Rrrrah !
— Nie, pani.
Hrabia de Restaud przechadzał się wzdłuż i wszerz pokoju.
- To szkoda, pozbawiłeś się pan znakomitego środka powodzenia.
53
Ca-a-ro, ca-a-a-ro, ca-a-a-a-ro non du-bi-ta-re, zaśpiewała hrabina.
Nazwisko ojca Goriot było znów niby skinieniem różdżki czarno-księzkiej, tylko skutek był
wręcz przeciwny temu, jaki sprawiły słowa : krewny pani de Beauséant. Eugieniusz
znajdował się w położeniu człowieka, którego amator osobliwości zaprosił łaskawie do swego
mieszkania, a on, niebaczny, potrącił szafę z figurami rzeźbionemi i zrzucił trzy czy cztery
główki niedobrze umocowane. Biedak rzuciłby się chętnie w przepaść. Twarz pani de
Restaud przybrała wyraz chłodny i surowy, a oczy obojętne unikały wzroku nieszczęśliwego
studenta.
— Pani życzy zapewne pomówić z panem de Restaud — wyrzekł — proszę przyjąć
zapewnienie najgłębszego szacunku i pozwolić mi.....
— Ilekroć tylko zechcesz pan przyjść — rzekła hrabina pośpiesznie, zatrzymując Eugieniusza
skinieniem — bądź pan pewien, że zrobisz największą przyjemność i mnie i hrabiemu de
Restaud.
Eugieniusz złożył głęboki ukłon przed obojgiem i wyszedł w towarzystwie pana de Restaud,
który nie zważając na prośby studenta przeprowadził go aż do przedpokoju.
— Wiele razy ten pan przyjdzie — rzekł hrabia do Maurycego — ani pani hrabina, ani ja nie
będziemy w domu.
Wyszedłszy za drzwi, Eugieniusz spostrzegł dopiero, że deszcz pada. — Masz tobie,
powiedział, przyszedłem po to, by popełnić niezręczność, której nie pojmuję przyczyny ani
doniosłości, a do tego zniszczę sobie odzienie i kapelusz. Lepiej było siedzieć w kącie i
ślęczeć nad prawem, myśląc o tém tylko, żeby zostać kiedyś surowym prawnikiem. Czyż ja
mogę bywać w świecie, skoro, chcąc się w nim obracać swobodnie, potrzeba całej góry
powozów, butów lakierowanych, drobnostek nieodbicie potrzebnych, łańcuchów złotych,
zamszowych rękawiczek po sześć franków na rano, a na wieczór innych i to koniecznie
żółtego koloru! Ten Goriot to stary kiep, ot co!
Miał już wyjść na ulicę, gdy spostrzegł karetę najemną, którą zapewne odjechali jacyś młodzi
małżonkowie. Woźnica pragnął widocznie zrobić kilka przemycanych kursów na własną
korzyść, bo skinął na Eugieniusza, który stał bez parasola w czarném odzieniu, białej
kamizelce, żółtych rękawiczkach i butach błyszczących. Eugieniusza opanował ów szał
głuchy, popychający młodzież w głąb' przepaści, do której się zbliżyli, z taką szybkością, jak
gdyby na dnie była nadzieja szczęśliwego wyjścia. Skinął więc głową na znak zgody i wszedł
do powozu, w którym leżały jeszcze szczątki pomarańczowych kwiatów i parę strzępków
srebrzystej tkaniny, świadcząc o przejeździe młodej pary.
54
— Dokąd pan jedzie? — zapytał woźnica, który zdjął już białe rękawiczki.
— Ha! — zawołał w duchu Eugieniusz — kiedym się już raz puścił tą drogą niech-że
przynajmniej wiem, dlaczego ! Jedź do pałacu Beauséant — rzekł głośno.
— Do którego? — zapytał woźnica.
To potężne słowo zmieszało Eugieniusza. Wykwintnie świeżo powstały nie wiedział, że były
dwa pałace Beauséant, nie przeczuwał, że miał potężny zastęp krewnych, nie dbających wcale
o niego.
— Do wice-hrabiego de Beauséant, ulica...
— De Grenelle — przerwał woźnica, kiwając głową. Bo to widzi pan, jest jeszcze pałac
hrabiego i markiza de Beauséant na ulicy Saint-Dominique — dodał podnosząc stopień od
powozu.
— Wiem o tém — odparł Eugieniusz sucho. — Dziś wszyscy chyba kpią ze mnie! — zawołał
rzucając kapelusz na przednie siedzenie. — Jeszcze za to błazeństwo będę musiał po
królewsku zapłacić. Ale zato odwiedzę moje mniemaną kuzynkę w sposób prawdziwie
arystokratyczny. Ten stary łotr Goriot kosztuje mnie już przynajmniej dziesięć franków. Daję
słowo, opowiem mą przygodę pani de Beauséant, może to ją rozśmieszy. Ona zna pewnie
tajemnicę występnych stosunków między tym szczurem bez ogona, a ową piękną hrabiną.
Wolę przypodobać się kuzynce, niż otrzeć się o tę kobietę niemoralną, która, o ile mi się
zdaje, musi być bardzo kosztowna. Jeżeli samo imię pięknej wice-hrabiny jest tak potężne,
jakiż to dopiero wpływ musi wywierać jéj osoba? Spróbujmy sięgnąć jak można najwyżej.
Trzeba brać samego Boga za cel, jeżeli chcemy zdobyć coś w niebie.
Te słowa są krótką formułą tysiąca i jednej myśli, które się snuły po głowie studenta.
Odzyskał nieco spokoju i pewności siebie, widząc, że deszcz nie przestaje padać. Powiedział
sobie, że straci wprawdzie dwie drogocenne monety stusoldowe, ale za to uchroni od
zniszczenia odzienie, kapelusz i buty. Nie bez radości posłyszał wreszcie głos woźnicy, który
zawołał:
— Proszę otworzyć bramę!
Szwajcar w czerwonej wygalonowanéj liberyi otworzył bramę pałacu, a Eugieniusz patrzył z
błogiem zadowolnieniem, jak kareta jego okrążyła dziedziniec i zatrzymała się u podjazdu.
Woźnica w grubym płaszczu niebieskim z czerwoném oszyciem przyszedł spuścić stopień
karety. Wysiadając Eugieniusz posłyszał w przedsionku śmiech tłumiony. Trzech czy
czterech lokai wyśmiewało się już z powozu, który najmowano na wszystkie biedniejsze
śluby. Student pojął ten śmiech w chwili, gdy porównał swą karetę z innym powozem
stojącym nieco dalej.
55
Był-to jeden z najwykwintniejszych powozów paryskich, zaprzężony parą gorących
rumaków, z których każdy miał róże za uszami i gryzł niecierpliwie wędzidło. Woźnica
upudrowany i wystrojony trzymał je silnie, jak gdyby lada chwila gotowe były zerwać się do
biegu. Na Chaussée d'Antin, przed domem pani de Restaud, Eugieniusz oglądał wykwintny
kabryolecik dwudziesto-sześcio-letniego młodzieńca, tutaj na przedmieściu Saint-Germain
miał go olśnić zbytek magnata, którego powóz musiał kosztować przeszło trzydzieści sześć
tysięcy franków.
— Któż tam jest znowu? — rzekł Eugieniusz do siebie — pojmując trochę zapóźno, że w
Paryżu musi być mało kobiet niezajętych i że za cenę krwi nawet nie łatwo zdobyć sobie
jedne z tych królowych.
— Do licha! kuzynka musi mieć także swego Maksyma!
Wszedł na ganek ze śmiertelną trwogą w duszy. Drzwi oszklone otwarły się przed nim, a
lokaje przyjęli go z poważną miną osła, którego czeszą zgrzebłem. Ów bal, na którym był
Eugieniusz, odbywał się w wielkich parterowych salonach pałacu Beauséant. Rastignac nie
miał czasu złożyć wizyty między zaprosinami i balem, nigdy więc jeszcze nie był w
apartamentach pani de Beauséant i miał po raz pierwszy oglądać cuda téj elegancyi osobistej,
w której przebija się dusza i obyczaje kobiety wyższego świata. Było-to studyum tém
ciekawsze, że salon pani de Restaud mógł służyć do porównania.
Wice-hrabina przyjmowała od pół do piątej; gdyby więc Eugieniusz przybył o pięć minut
wcześniej, to nie mógłby oglądać kuzynki. Poprowadzono go przez schody o złoconej
poręczy, pełne kwiatów i wysłane dywanem pąsowym. Student, co nie miał pojęcia o
rozlicznych subtelnościach etykiety paryskiej, nie znał również biografii pana de Beauséant, a
była to jedna z owych zmiennych historyj, które co wieczór opowiadają się na ucho w
salonach paryskich.
Od trzech lat wice-hrabina utrzymywała ścisłe stosunki z margrabią d'Adjuda-Pinto, jednym z
najznakomitszych i najbogatszych magnatów portugalskich. Był-to jeden z tych związków
niewinnych, który ma tyle uroku dla ludzi, że nie chcą dzielić się swém szczęściem z trzecią
osobą. Wice-hrabia de Beauséant dał dobry przykład publiczności, szanując, może wbrew
swéj woli, ów związek morganatyczny. W początku istnienia téj przyjaźni, wszyscy znajomi,
zgromadzający się o drugiej po południu w salonie wice-hrabiny, zaczęły spotykać u niej
codziennie markiza d'Adjuda-Pinto. Nie mogąc zamknąć drzwi swego domu, gdyż byłoby to
bardzo nieprzyzwoicie, pani de Beauséant przyjmowała od-
56
wiedzających tak ozięble i wpatrywała się tak uporczywie w gzyms u sufitu, że wreszcie
pojęli, iż są natrętnemi gośćmi. Wkrótce rozpowiadano sobie w Paryżu, że wizyty między
drugą a czwartą po południu krępują panią de Beauséant i od tej pory pozostawiono ją w
najzupełniejszej samotności. Bywała wprawdzie na komedyi lub na operze w towarzystwie
pana de Beauséant i pana d'Adjuda-Pinto, ale pan de Beauséant umiał żyć na świecie,
towarzyszył więc żonie aż na miejsce, a później usuwał się, zostawiając ją z Portugalczykiem.
Pan d'Adjuda miał się żenić z panną de Rochefide. W całym wyższym świecie jedna tylko
osoba nie wiedziała nic o małżeństwie zamierzoném, a osobą tą była pani de Beauséant.
Przyjaciółki wprawdzie nie zaniedbały nadmienić coś o tém, lecz ona się śmiała, sądząc, że
ludzie zazdroszczą jéj szczęścia i dlatego chcieliby je zatruć. Tymczasem nadchodził czas
zapowiedzi. Piękny Portugalczyk przyszedł oznajmić wice-hrabinie o swém małżeństwie, ale
siedział długo nie odważając się ani słówka powiedzieć w tym przedmiocie. Dlaczego? Bo
chyba nie ma nic trudniejszego, jak oznajmić kobiecie podobne ultimatum. Są ludzie, co
woleliby stanąć wobec przeciwnika godzącego w nich ostrzem szpady, niż znajdować się przy
kobiecie, która wywodzi elegie przez dwie godziny, a potem woła o ratunek i pada jak
nieżywa. Otóż i pan d'Adjuda-Pinto siedział jak na węglach rozżarzonych, i chciał już
wychodzić tłómacząc sobie, że pani Beauséant dowie się téj nowiny bez niego, że wreszcie on
sam napisze do niéj, gdyż na piśmie łatwiej będzie popełnić to grzeczne morderstwo. To też
markiz drgnął z radości, gdy kamerdyner hrabiny przyszedł oznajmić przybycie pana
Eugieniusza de Rastignac. Trzeba wam wiedzieć, że kobieta kochana więcej jeszcze ma daru
do tworzenia przypuszczeń podejrzliwych, niż do wymyślania coraz to nowych przyjemności.
Gdy ma być opuszczona, to zgaduje myśl ukrytą w najlżejszem skinieniu. Pojmiecie więc, że
przed okiem pani de Beauséant nie ukryło się owo drgnienie mimowolnie, lecz niemniej
przerażające. Eugieniusz nie wiedział, że w Paryżu, chcąc bywać u kogoś, trzeba wpierw
poprosić przyjaciół domu, by opowiedzieli historyą męża, żony lub dzieci, w przeciwnym
bowiem razie można popełnić jedno z tych głupstw, do których zastosowano w Polsce
malownicze przysłowie : Zaprzęgajcie woły do woza! po to zapewne, by
czémpredzéj wycofać się z nieprzyjemnego położenia. We Francyi taki niefortunny zwrot
rozmowy nie ma jeszcze nazwy właściwej, trudno nawet przypuścić, żeby się mógł zdarzyć
wobec niezmiernie rozpowszechnionej obmowy. Eugieniusz uwikłał się już w jedno głupstwo
u pani Restaud, która nie pozwoliła mu nawet zaprządz wołów do woza, a tu u pani de
Beauséant mógł rozpocząć nanowo zawód poganiacza. Zda-
57
rzyło się jednak, że student, który krępował tak nielitościwie panią de Restaud i pana de
Trailles, wybawił pana d'Adjuda z wielkiego kłopotu.
— Żegnam panią — rzekł Portugalczyk idąc pośpiesznie ku drzwiom w chwili, gdy
Eugieniusz wchodził do saloniku przystrojonego materyą szarą i różową tak zalotnie, że
zbytek ukrywał się pod osłoną wdzięku.
— Ale do wieczora tylko — rzekła hrabina zwracając głowę ku margrabiemu.
— Przecie idziemy dziś na komedyą?
— Nie mogę — odparł margrabia biorąc za klamkę.
Pani de Beauséant wstała i przywołała go ku sobie, nie zwracając wcale uwagi na
Eugieniusza, który stał olśniony czarodziejskim blaskiem bogactwa, gotów uwierzyć w téj
chwili w rzeczywistość bajek arabskich, i nie wiedział, gdzie się ukryć przed kobietą, która
nie zwracała nań najmniejszej uwagi. Wice-hrabina podniosła wskazujący palec prawej ręki i
ruchem pełnym wdzięku wskazała markizowi miejsce obok siebie. W ruchu tym był tak
gwałtowny despotyzm namiętności, że margrabia zdjął rękę z klamki i powrócił. Eugieniusz
spojrzał nań bez zazdrości.
— Oto jest — rzekł w duchu — właściciel powozu. Trzebaż mieć konie rącze, liberye i strugi
złota, żeby zasłużyć na jedno spojrzenie kobiety paryskiej?
Demon zbytku wpił mu się w serce, gorączka zysku opanowała go paląc wnętrzności
pragnieniem złota. A pamiętał, że ma tylko sto trzydzieści franków na kwartał. Jego ojciec,
matka, bracia, siostry i ciotka przeżywają wszyscy razem niespełna dwieście franków na
miesiąc. Osłupiał do reszty porównywając położenie obecne z celem, który należało osiągnąć.
— Dlaczego nie możesz pan być w teatrze? — zapytała śmiejąc się wice-hrabina.
— Różne sprawy. Mam być dziś na obiedzie u posła angielskiego.
— Porzuć pan dzisiaj wszystkie sprawy!
Kto kłamie, ten musi koniecznie dodawać kłamstwo do kłamstwa. Pan d'Adjuda zaśmiał się:
— Czy pani tego żąda? — zapytał.
— Tak jest.
— To właśnie pragnąłem usłyszeć — zawołał z wyrazistém spojrzeniem, któreby uspokoiło
każdą inną kobietę. Ujął rękę wice-hrabiny, złożył na niéj pocałunek i wyszedł.
Eugieniusz przeciągnął ręką po włosach i już miał się ukłonić sądząc, że pani de Beauséant z
kolei o nim pomyśli; ale wice-hrabina zerwała się nagle i pobiegła pędem ku galeryi, tam
stanęła przy
58
oknie patrząc, jak pan d'Adjuda wsiadał do powozu, poczém nadstawiła ucha i posłyszała, jak
hajduk powtórzył woźnicy: Do pana de Rochefide.
Słowa te i sposób, w jaki pan d'Adjuda rzucił się w głąb powozu, raziły jak gromem wice-
hrabinę, która odeszła od okna przejęta trwogą śmiertelną. W wielkim świecie katastrofy
najstraszliwsze powstają z takiego źródła. Pani de Beauséant weszła do swéj sypialni, siadła
przy stoliku i położywszy przed sobą arkusik pięknego papieru, napisała, co następuje:
Winieneś mię pan objaśnić, dlaczego jesteś na obiedzie u Rochefidów, a nie w
ambasadzie angielskiej; oczekuję pana.
Poprawiła kilka liter, które wyszły niewyraźnie z pod drżącej ręki; poczém podpisała K, co
miało znaczyć Klara de Bourgogne, i zadzwoniła.
— Jakóbie — powiedziała do wchodzącego kamerdynera, pójdziesz o wpół do ósmej do pana
de Rochefide i zapytasz o markiza d'Adjuda. Jeżeli znajdziesz pana markiza, oddasz mu list i
nie będziesz czekał odpowiedzi; jeżeli zaś nie, to powrócisz i odniesiesz mi list.
— W salonie ktoś czeka na jasną panią.
— Ach, prawda — powiedziała otwierając drzwi.
Eugieniusz zaczynał się już niepokoić, gdy wreszcie ujrzał wice-hrabinę.
— Przepraszam — rzekła głosem wzruszonym, od którego serce mu zadrżało — musiałam
napisać parę słów, ale teraz służę panu.
Nie wiedziała sama co mówi, bo cała zaprzątnięta była jedną myślą. — Więc markiz chce się
ożenić z panną Rochefide? Lecz jest-że on swobodny? Dziś wieczorem małżeństwo to musi
się rozchwiać, lub ja... Nie, jutro o tém mowy nawet nie będzie.
— Kuzynko... — wyrzekł Eugieniusz.
— Hę? — I wice-hrabina zmierzyła studenta wzrokiem karcącym, od którego zimno mu się
zrobiło.
Eugieniusz zrozumiał to hę. Od trzech godzin pojął już tyle rzeczy, że miał się na baczności.
— Pani hrabino — rzekł rumieniąc się.
Zawahał się, poczém mówił dalej :
— Niech pani raczy darować; potrzeba mi tak bardzo protekcyi, że najdalsze powinowactwo
byłoby dla mnie rzeczą pożądaną.
Pani de Beauséant uśmiechnęła się, ale niewesoło; czuła, że już nieszczęście napełniało
otaczającą ją atmosferę.
— Gdyby pani wiedziała, w jakiem położeniu znajduje się moja rodzina — mówił dalej
Eugieniusz — przyjemnie byłoby pani wystą-
59
pić w roli owéj wróżki bajecznej, lubiącej usuwać wszelkie zawady z drogi swych
chrzestniaków.
— Niech-że i tak będzie! — odparła śmiejąc się — cóż mogę dla ciebie zrobić, kuzynie ?
— Alboż ja wiem? dość mi już szczęścia, żem połączony z panią węzłem pokrewieństwa,
ginącym w dalekiej pomroce. Zmieszałaś mię pani i nie wiem już sam, co miałem
powiedzieć. W całym Paryżu znam jedne tylko osobę, a tą osobą ty jesteś pani. Ach! chciałem
zasięgnąć rady pani i prosić, byś mię przyjęła, jak biedne dziecię, które pragnie uczepić się
twéj sukni i potrafiłoby umrzeć dla ciebie, pani.
— Czy mógłbyś pan zabić kogo dla mnie?
— Zabiłbym dwóch nawet ! — zawołał Eugieniusz.
— Dziecko! tak, dziecko z pana — rzekła połykając łzy. — Widzę, że kochałbyś szczerze!
— O ! — zawołał wstrząsając głową.
Ambitna odpowiedź studenta interesowała żywo wice-hrabinę, ze strony południowca zaś
był-to pierwszy wyrachowany postępek. W buduarze niebieskim pani de Restaud i salonie
różowym pani de Beauséant odbył trzyletnie studya Prawa paryskiego, o którem ludzie nie
zwykli wiele mówić, lubo jest-to wysoka nauka społeczna, mogąca niezmiernie daleko
zaprowadzić każdego, kto ją dobrze posiada i umie użyć stosownie.
— A, rozumiem! — rzekł Eugieniusz. — Na balu u pani, widziałem panią de Restaud i dziś z
rana poszedłem do niéj.
— Obecność pańska musiała okrutnie ją krępować — rzekła pani de Beauséant z uśmiechem.
— A tak, bo też ze mnie taki nieuk, że wszystkich oburzę na siebie, jeżeli pani odmówi mi
swéj pomocy. Zdaje mi się, że w Paryżu niezmiernie trudno znaleźć kobietę młodą, piękną,
bogatą i wykwintną, któraby przy tém wszystkiém była niezajęta, a mnie właśnie potrzeba
takiej, coby mię nauczyła żyć, bo kobiety najlepiej umieją wykładać tę naukę. Przeczuwam
jednak, że wszędzie znajdę jakiegoś pana de Trailles. Chciałem prosić panią o rozwiązanie
pewnej zagadki i o wytłumaczenie, jakiego-to rodzaju głupstwo zdarzyło się mi popełnić
dzisiaj. Mówiłem o jakimś ojcu...
— Jaśnie oświecona księżna de Langeais — rzekł Jakób — przerywając studentowi, który
zrobił ruch człowieka mocno rozdrażnionego.
— Jeżeli chcesz pan mieć powodzenie — szepnęła wice-hrabina — pamiętaj, byś nie zdradzał
tak łatwo swych uczuć.
— Ach, dzień dobry najdroższa — zawołała idąc na spotkanie księżnej i ściskając jéj ręce z
takiem wylaniem serdeczném, jak gdyby witała siostrę rodzoną.
60
Księżna odpowiedziała wdzięcznem przymileniem.
— To dwie przyjaciółki serdeczne — rzekł Rastignac do siebie. Będę więc miał odtąd dwie
protektorki, obie muszą mieć upodobania jednakie, a więc i ta zajmie się mym losem.
— Jakiejże to szczęśliwej myśli zawdzięczam twą obecność, najdroższa Antonino? —
zapytała pani de Beauséant.
— Widziałam właśnie, jak pan d'Adjuda-Pinto wchodził do pana de Rochefide i sądziłam, żeś
ty sama jedna.
Pani de Beauséant nie zagryzła ust ani się zarumieniła, oczy jéj spoglądały tak jak i przedtem,
a czoło zdawało się wyjaśniać, gdy księżna wymawiała złowrogie wyrazy.
- Gdybym wiedziała, żeś zajęta... — dodała księżna zwracając się ku Eugieniuszowi.
— To pan de Rastignac, jeden z mych kuzynów — rzekła wice-hrabina. — Czy nie masz
wiadomości o jenerale de Montriveau ? Sérizy mówiła mi wczoraj, że go wcale nie widać, czy
nie był dziś u ciebie?
Powiadano, że pan de Montriveau opuścił księżnę, która była w nim szalenie rozkochana; to
też zapytanie przyjaciółki ukłóło ją w serce i odparła zarumieniona :
— Wczoraj był w pałacu Elizejskim.
— Z obowiązku służbowego — dorzuciła pani de Beauséant.
— Musisz już wiedzieć, Klaro — odparła księżna ze wzrokiem błyszczącym złośliwością —
że jutro wyjdą zapowiedzi pana d'Adjuda-Pinto i panny Rochefide.
Był-to cios zbyt gwałtowny, wice-hrabina zbladła i zaśmiała się.
— To plotka, którą się głupcy bawią — odparła. — Czyżby pan d’Adjuda rzucił Rochefidom
jedno z najpiękniejszych imion Portugalii? Przecież Rochefidowie to taka świeża szlachta!
— Ale Berta będzie miała, jak mówią, dwieście tysięcy liwrów dochodu.
— Pan d’Adjuda zbyt jest bogaty, aby się miał bawić w podobne rachuby.
— Ależ, moja droga, panna de Rochefide jest zachwycająca.
— Wreszcie markiz zaproszony dziś do nich na obiad, warunki już są ułożone. Dziwi mię
niezmiernie, że ty wiesz o tem tak mało.
— Jakież to głupstwo popełniłeś pan dzisiaj panie de Rastignac? — zapytała pani de
Beauséant. — To biedne dziecko tak niedawno znalazło się na świecie, że nic a nic nie
rozumie, co my mówimy, najdroższa Antonino. Odłóżmy ten przedmiot do jutra, zrób to dla
niego. Jutro, widzisz, cała ta sprawa będzie już miała charakter urzędowy, i ty będziesz mogła
głosić napewno.
61
Księżna zwróciła na Eugieniusza wzrok wyzywający, co-to ogarnia człowieka od nóg do
głowy, spłaszcza go i zniża do wartości zera.
— Bezwiednie wbiłem sztylet w serce pani de Restaud. Uczyniłem to bezwiednie i w tém
leży błąd mój cały — rzekł student, który miał dosyć sprytu, by odkryć krwawe przycinki
obydwóch kobiet, ukryte pod zasłoną czułych słówek. — Można się nawet obawiać
człowieka, który z całą świadomością ból nam zadaje, ale ten, co uderza nie wiedząc nawet,
czy rani głęboko, uchodzi za głupca niezręcznego, który nie umie korzystać ze sposobności i
zasługuje na pogardę.
Pani de Beauséant rzuciła na studenta spojrzenie powłóczyste, którem dusze wzniosłe umieją
wyrażać wdzięczność połączoną z godnością.
W spojrzeniu tém był balsam na serce studenta, zranione wzrokiem taksatora, jakim go
księżna zmierzyła.
— Proszę sobie wyobrazić — ciągnął dalej Eugieniusz — że udało mi się właśnie zdobyć
przychylność hrabiego de Restaud; gdyż — rzekł, zwracając się do księżnej, a ton jego mowy
był pokorny i złośliwy zarazem — trzeba pani wiedzieć, że ze mnie tylko mizerny student,
opuszczony, biedny bardzo...
— Nie mów pan tego, panie de Rastignac. My kobiety nie przyjmujemy tego, czego nikt nie
chce.
— Cóż robić ! — zawołał Eugieniusz — liczę dopiero lat dwadzieścia dwa i muszę znosić
przykrości właściwe memu wiekowi. Przytém spowiadam się przed paniami, a przyjemnie
uklęknąć przy tak pięknym konfesyonale ; zgrzeszywszy przy jednym pośpieszamy do
drugiego, by tam wyznać swą winę.
Księżna przybrała oziębłą powagę, słuchając téj mowy niereligijnéj ; chciała okazać, że
znajduje ją niewłaściwą, i rzekła do wice-hrabiny:
— Pan de Rastignac przybywa pewnie...
Pani de Beauséant zaczęła się śmiać szczerze i z kuzyna swego i z księżnej.
— Przybywa, moja droga, starać się o nauczycielkę, co-by się podjęła nauczyć go dobrego
tonu.
— Pani — rzekł Eugieniusz do księżnej — cóż dziwnego, że chcemy zgłębić to, co was
zachwyca? (Jednak — rzekł w duchu —zdaje mi się, że niemądrze jakoś do nich
przemawiam).
— Ależ pani de Restaud jest, zdaje mi się, uczennicą pana de Trailles — rzekła księżna.
— Ja-m nic o tém nie wiedział — odparł student — i dlatego nierozważnie znalazłem się
między niemi. Potrafiłem jednak poro-
62
zumieć się z mężem i widziałem, że żona będzie mię znosić przez czas pewien; ale przyszło
mi do głowy przyznać się, że znam pewnego jegomości, który w moich oczach wyszedł z ich
domu tajemnemi schodami, ucałowawszy poprzednio hrabinę w głębi ciemnego korytarza.
— Cóż to za jeden? — zapytały obie kobiety.
— Jest-to pewien starzec z przedmieścia Saint-Marceau, wydatkujący tak jak i ja, nieborak,
tylko dwa luidory na miesiąc. Biedak ten, z którego wszyscy się śmieją, nazywa się ojciec
Goriot.
— Ach, jakież z pana dziecko! — zawołała pani de Beauséant
— wszakże Goriot— to panieńskie nazwisko hrabiny de Restaud.
— Ona jest córką fabrykanta makaronu — dorzuciła księżna.
— Może pamiętasz, Klaro? wszak osóbka ta prezentowała się u dworu jednego dnia z jakąś
córką pasztetnika. Król zaczął się śmiać i powiedział po łacinie jakiś dowcip o mące.
Powiedział, że to są ludzie, ach, jakże on ich nazwał? ludzie...
— Ejusdem farinae — podchwycił Eugieniusz.
— Tak, tak — rzekła księżna.
— Ach! więc to jej ojciec — zawołał student przerażony.
— Ależ tak; nieborak ma dwie córki, które kocha nad życie, jakkolwiek obie zaparły się go
prawie zupełnie.
— Wszak druga wyszła zdaje się za mąż za jakiegoś bankiera o niemieckiém nazwisku, za
jakiegoś barona de Nucingen? — rzekła wicehrabina, spoglądając na panią de Langeais. —
Zdaje się, że się ona nazywa Delfina. Czy nie będzie to tylko ta blondynka, która ma boczną
lożę w Operze i bywa w teatrze Komicznym, gdzie zawsze śmieje się bardzo głośno, chcąc
zwrócić na siebie uwagę.
Księżna uśmiechnęła się: — Prawdziwie podziwiam cię, najdroższa. Z jakiej przyczyny
zajmujesz się tak bardzo temi ludźmi? Tylko szalenie rozkochany Restaud odważył się opylić
mąką panny Anastazyi. I nic na tem nie zyskał! Anastazya wpadła w ręce pana de Trailles,
który ją zgubi.
— Obie zaparły się ojca — powtarzał Eugieniusz.
— A tak, ojca, ojca własnego — odrzekła wicehrabina — dobrego ojca, który, jak mówią,
wyzuł się ze wszystkiego, zachowując dla siebie tylko od ośmiu do dziesięciu tysięcy liwrów
dochodu, a każdej z nich dał pięćset czy sześćset tysięcy franków, byle tylko wydać je dobrze
za mąż i zapewnić im przyszłość szczęśliwą. I spodziewał się, że obie córki pozostaną dla
niego córkami; sądził, że wydawszy je za mąż, podwoi swe własne życie, że znajdzie zawsze
dwa domy, gdzie uwielbiać i pieścić go będą. Po upływie dwóch lat zięciowie wygnali go ze
swego towarzystwa, jak ostatniego nędzarza...
63
Łzy zakręciły się w oczach Eugieniusza, który tak niedawno orzeźwił się pod wpływem
czystych i świętych uczuć rodzinnych i nie mógł jeszcze utracić wiary młodzieńczej, bo
pierwszy dzień przepędzał na placu boju cywilizacyi paryskiej. Prawdziwe uczucie udziela się
z taką siłą, że przez chwil kilka wszystko troje spoglądali na siebie w milczeniu.
— O, mój Boże! — rzekła pani de Langeais — nie przeczę, że to się wydaje okropném;
jednak rzeczy podobne dzieją się codzień przed naszemi oczyma. Jakiż powód w tém leży?
Powiedz, najdroższa, czyś ty kiedy pomyślała, co to znaczy zięć? Zięć to znaczy człowiek,
dla którego ty albo ja wychowamy kiedyś miluchną istotkę, połączoną z nami tysiącem
węzłów, która przez lat siedemnaście będzie szczęściem rodziny, jéj duchem białym, rzekłby
Lamartine, a w końcu stanie się jéj zakałą. Człowiek, który zabierze nam tę istotę, pochwyci
wnet jéj miłość niby topór ostry i zada ból sercu naszego anioła, wycinając wszystkie uczucia,
które go z rodziną łączyły. Córka, która wczoraj wszystkiém dla nas była i dla której my
wszystkiém byliśmy, stanie się jutro nieprzyjaciółką naszą. Czyż nie patrzymy codzień na tę
tragiedyą? Tu synowa dokucza jak może teściowi, który wszystko poświęca dla syna, tam
zięć wygania świekrę za drzwi. I pytają, co dziś jest tragicznego w naszém społeczeństwie?
Ależ sam dramat zięcia jest przerażający, że już nie wspomnę o małżeństwach naszych, które
stały się czemś bardzo niezabawném. Pojmuję doskonale, co się przytafiło-owemu staremu
fabrykantowi makaronu. Przypominam coś sobie? że ten Foriot...
— Goriot — proszę pani.
— Tak jest, ten Moriot był podczas rewolucyi naczelnikiem sekcyi. Umiał on skorzystać ze
sławnego głodu i zrobił początek majątku, biorąc za mąkę dziesięć razy drożej, niż sam
zapłacił. Miał jéj, ile tylko zapragnął. Rządca méj babki sprzedał mu niezmierną ilość mąki.
Ten Goriot musiał, jak wszyscy owi ludzie, dzielić się z Komitetem dobra publicznego.
Pamiętam, iż rządca zaręczał méj babce, że może przebywać bezpiecznie w Grandvilliers,
gdyż posiadany zapas zboża był dla niéj doskonałą kartą ochronną. Otóż ten Loriot, który
sprzedawał zboże ścinaczom głów, podlega jednej tylko namiętności. Powiadają, że ubóstwia
swe córki. Dla starszej usłał gniazdo wysoko w domu de Restaud, a drugą połączył z baronem
de Nucingen, bogatym bankierem, który uchodzi za rojalistę. Pojmiecie państwo, że za
czasów cesarstwa obaj zięciowie znosili u siebie starego przedstawiciela dziewięćdziesiątego
trzeciego roku, uchodziło to jakoś przy Bonapartem. Ale po powrocie Burbonów poczciwiec
nasz zaczął krępować bardzo pana de Restaud,
64
a bardziej jeszcze pana barona. Być może, że córki nie przestały kochać ojca, toteż chciały tak
zrobić, żeby i wilk był syty i koza cała; chciały dogodzić i ojcu i mężom; przyjmowały
Goriot'a, gdy nie było nikogo więcej, i składały to na karb czułości. Przychodź,
ojczulku, najlepiej nam będzie, gdy będziemy sami i t. d. Co do mnie, moja droga,
zdaje mi się, że prawdziwe uczucie umie widzieć i pojmować: musiało się więc krwawić
serce biednego przedstawiciela dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Widział, że się córki
rumienią za niego, że one kochają mężów, a on zięciom zawadza. Trzeba się było poświęcić. I
nieborak poświęcił się, gdyż był ojcem; skazał się na dobrowolne wygnanie. Widząc
zadowolnienie córek, pojął, że dobrze zrobił. I ojciec i dzieci byli spólnikami tej małej
zbrodni. Wszędzie się to spotyka. Czyż taki ojciec Doriot nie wyglądałby jak plama
dziegciowa w salonach swych córek? Nudziłby się i czułby, że nie jest na właściwem
miejscu. To co spotkało owego ojca, może też spotkać każdą piękną kobietę ze strony
najukochańszego człowieka; niech tylko znudzi go swą miłością, a porzuci ją natychmiast i
gotów będzie popełnić czyn nikczemny, byle tylko uciec od niej. Wszystkie uczucia
podlegają temu prawu. Serce nasze, to skarbnica, wypróżnijmy je odrazu, i kośmy
zrujnowani. Nie przebaczamy uczuciu, co się odrazu wylało, jak nie przebaczamy również
człowiekowi, który ani grosza nie posiada. Ojciec ów nie miał już nic do dania. Przez lat
dwadzieścia nie żałował uczucia, miłości, a z majątku wyzuł się odrazu. Cytryna była
dostatecznie wyciśnięta i córki wyrzuciły szczątki na ulicę.
— Świat jesi nikczemny — rzekła wicehrabina. Skubała szal ze spuszczonemi oczyma, gdyż
była do żywego dotknięta słowami, które pani de Langeais do niéj zastosowała, opowiadając
kistoryą Goriot'a.
— Nikczemny ? Nie — odparła księżna — idzie tylko zwykłym trybem. Mówię ci o nim w
ten sposób, bo chcę przekonać, że znam go doskonale. Zresztą myślę tak jak ty — rzekła,
ściskając ręce wicehrabiny. — Świat kałużą, starajmy się więc trzymać na miejscu najbardziej
wyniosłem. — Wstała i złożyła pocałunek na czole pani de Beauséant: — Dziwnie piękną
jesteś w téj chwili, najdroższa — wyrzekła. — Masz niewypowiedzianie piękne rumieńce.
Poczem spojrzała na kuzyna wicehrabiny, skinęła zlekka głowa
i wyszła.
— Ojciec Goriot jest wzniosły! — zawołał Eugieniusz, przypominając sobie w téj chwili, jak
starzec gniótł wśród nocy półmisek srebrny.
Pani de Beauséant wpadła w zadumę i nie słyszała słów jego.
65
Chwil kilka upłynęło w milczeniu, biedny student wpadł w dziwne jakieś otrętwienie i nie
śmiał ani odejść, ani pozostać, ani przemówić.
— Świat jest nikczemny i zły — rzekła wreszcie wicehrabina. — Niech tylko nieszczęście
jakie spadnie na nas, oto wnet znajdzie się przyjaciel, który pośpiesza oznajmić o tém i
rozrywa serce ostrzem sztyletu, każąc tymczasem podziwiać rękojeść. I tu już jest sarkazm,
pośmiewisko. Ach! ja bronić się będę. Podniosła głowę, jak prawdziwie wielka pani, a dumne
jéj oczy rzucały błyskawice. Ach ! — zawołała, spostrzegłszy Eugieniusza — pan tu jesteś!
— Jeszcze — rzekł student żałośnie.
— A więc, panie de Rastignac, postępuj pan ze światem tak, jak na to zasługuje. Chcesz pan
dorobić się przyszłości — ja ci dopomogę. Przekonasz się pan, jak głęboko sięga zepsucie
kobiety i zmierzysz cały ogrom nędznej próżności ludzkiej. Ja-m tak pilnie czytała w téj
księdze świata, a jednak znalazły się stronice, których nie znałam jeszcze. Teraz wiem już
wszystko. Im chłodniej będziesz pan rachował, tém daléj zajdziesz. Kto bije bez litości, tego
wszyscy się boją. Niech mężczyźni i kobiety będą w oczach pana końmi pocztowemi, które
mogą sobie padać na każdej stacyi, bylebyś pan doścignął szczytu swych pragnień. Pojmujesz
pan sam, że nie będziesz tu nic znaczył, jeżeli nie zasłużysz sobie na współczucie kobiety
młodej, bogatej i wykwintnej. Jeżeli zaś obudzi się w panu uczucie prawdziwe, to ukrywaj je
jak skarb jaki, żeby nikt się go nie domyślił, inaczej byłbyś zgubiony. Nie mógłbyś być katem
i zostałbyś sam ofiarą. Jeżeli pokochasz pan kiedy, strzeż dobrze swéj tajemnicy! nie zdradzaj
jéj, zanim nie będziesz dobrze wiedział, przed kim otworzyć masz serce. Ucz się pan nie ufać
światu, bo tylko takim sposobem zabezpieczysz owę nie istniejącą jeszcze miłość. Posłuchaj
mię, Miguel... (Nie uważała, że tak naiwnie zamienia imię). Jest coś okropniejszego jeszcze,
niż opuszczenie ojca przez obie córki, które życzą mu śmierci; to współzawodnictwo dwóch
sióstr. Restaud pochodzi z dobrej rodziny, więc i żona jego została przyjęta do towarzystwa i
przedstawiła się u dworu; ale jéj siostra, bogata i piękna pani Delfina de Nucingen żona
kapitalisty, umiera z żalu. Zazdrość ją pożera i nieprzebytą zaporą oddziela ją od siostry;
Anastazya przestaje być siostrą dla niéj, i obie kobiety wyrzekają się jedna drugiej tak samo,
jak wyrzekły się ojca. O ! pani de Nucingen wypiłaby wszystko błoto, jakie się znajduje od
ulicy Saint-Lazare aż do ulicy Grenelle, byle za tę cenę wejść do mego salonu. Zdawało się
jéj, że de Marsay doprowadzi ją do celu, stała się więc jego niewolnicą i nudzi go
66
i dręczy nieustannie. Ale de Marsay nie dba o nią. Otóż pan możesz ją wprowadzić do mego
domu, a ręczę, że będzie cię ubóstwiała, że staniesz się odtąd jéj Benjaminem. Pokochaj ją
pan, jeżeli będziesz mógł, jeżeli zaś nie, to posługuj się przynajmniej jéj osobą. Może być u
mnie raz lub dwa razy na wielkiém zebraniu wieczorném, gdy będzie tłum gości, ale zrana
nigdy jéj nie przyjmę. Przywitam ją, to jéj wystarczy. Pan zamknąłeś sobie dom hrabiny,
wymówiwszy imię ojca Goriot. Tak, mój drogi, nigdy już nie zastaniesz pan hrabiny de
Restaud, choćbyś dwadzieścia razy chodził do niej. Raz-nazawsze zakazano tam wpuszczać
pana. Niech-że teraz ojciec Goriot wprowadzi pana do Delfiny de Nucingen. Piękna
baronowa będzie dla pana dobrym szyldem. Dosyć, byś został wybranym przez nią, to i inne
będą przepadać za panem. I rywalki i przyjaciółki najserdeczniejsze zechcą odbić jéj zdobycz.
Niektóre kobiety przywiązują się do człowieka wybranego już przez inną. tak jak biedne
mieszczki ubierają się w nasze kapelusze w mniemaniu, że z niemi przyswoją sobie nasze
maniery. Zdobędziesz pan sobie powodzenie, a w Paryżu powodzenie wszystko znaczy, to
klucz potęgi. Jeżeli kobiety osądzą, żeś pan wykształcony i utalentowany, to i mężczyźni
podzielą ich zdanie, a od pana zależeć będzie, żeby się to przekonanie utrzymało. Potem
możesz pan żądać wszystkiego, każda droga dla niego otwarta. I wtedy-to poznasz pan, że
świat jest gromadą głupców i oszustów, ale sam nie wchodź ani pomiędzy tych ani pomiędzy
owych. Ja daję panu swoje imię jako nić Aryadny, która poprowadzi cię przez ten labirynt.
Nie narażaj pan mego imienia — rzekła, wyciągając szyję i rzucając na studenta wejrzenie
królowej — i oddaj mi je nieskalaném. Teraz idź pan i zostaw mię samą. I my kobiety
musimy też czasem staczać bitwy.
— Może będziesz pani potrzebowała człowieka dobrej woli, który bez wahania przyłożyłby
lont do miny prochowej? — przerwał Eugieniusz.
— A gdyby? — spytała wicehrabina.
Eugieniusz uderzył się w piersi, odpowiedział uśmiechem na uśmiech kuzynki i wyszedł.
Była piąta po południu; Eugieniusz był głodny i niepokoił się myślą, że może spóźnić się na
obiad. Dzięki tej obawie ocenił, co to za szczęście przebywać szybko w powozie ulice Paryża.
Pod wpływem tego czysto machinalnego zadowolnienia, oddał się cały prądowi swych myśli.
Młodzieniec w jego wieku, dotknięty pogardą, unosi się, szaleje, wygraża pięścią całemu
społeczeństwu i chciałby się zemścić i wątpi o sobie. Rastignac'a przytłaczał w téj chwili
ciężar słów okrutnych: Zamknąłeś przed sobą dom hrabiny.
67
— Pójdę ! — zawołał — a jeżeli pani de Beauséant prawdę powiedziała, jeżeli tam zakazano
mnie wpuszczać... to ja... Pani de Restaud spotka mię na wszystkich znanych jéj salonach.
Wyuczę się robić bronią, strzelać z pistoletu i zabiję jéj Maksyma!
A pieniądze! wołało sumienie, zkąd weźmiesz pieniędzy? I oto przepych roztoczony w domu
hrabiny błysnął mu nagle przed oczyma. Panna Goriot z domu musiała się kochać w zbytku,
w pozłocie, w kosztownych przedmiotach rzucających się w oczy w niesmacznym przepychu
dorobkowicza, w rozrzutności otaczającej kobietę lekkich obyczajów. Zjawisko to było
olśniewające, a jednak rozprysło się bez śladu przed wspaniałym pałacem pani de Beauséant.
Wyobraźnia Eugieuiusza uniesiona w wysokie sfery towarzystwa paryzkiego, rzuciła mu w
serce posiew złych myśli, rozszerzyła głowę i sumienie. I spojrzał na świat trzeźwem okiem :
zobaczył, że prawo i moralność bezsilne są wobec bogaczy, że bogactwo stanowi ultima ratio
mundi. Vautrin ma słuszność, powiedział, bogactwo jest cnotą.
Znalazłszy się na ulicy Neuve-Sainte-Genevieve, pobiegł szybko do swego mieszkania i
wyniósł woźnicy dziesięć franków. W obmierzłej sali jadalnej znalazł już wszystkich
osiemnastu stołowników zajadających jak zwierzęta przy drabinie stajennéj. Obraz téj nędzy i
widok brudnej sali wydały mu się teraz czemś niewypowiedzianie wstrętnem. Przeskok z
jednej krańcowości do drugiej był tak gwałtowny, że w sercu studenta uczucie ambicyi
zaczęło się rozrastać nad miarę. Z jednej strony jaśniały świeże i wdzięczne obrazy
towarzystwa najwykwintniejszego, oprawne w cuda sztuki i zbytku, o postaciach młodych i
żywych, o głowach tchnących namiętnością i poezyą : z drugiej były płótna złowrogie i
poszarpane, wystawiające twarze, na których pozostał już tylko nagi mechanizm namiętności.
Rastignac przywiódł sobie na myśl ponętne obietnice pani de Beauséant i wskazówki, których
mu udzieliła, uniesiona gniewem kobiety opuszczonej ; teraz wobec nędzy lepiej zrozumiał
jéj słowa. Postanowił sobie otworzyć dwie równoległe drogi do szczęścia wiodące, oprzeć się
zarazem na nauce i miłości, stać się doktorem uczonym i modnym salonowcem. O jakże był
jeszcze dziecinny ! Nie wiedział, że to są właśnie dwie linie, które nigdy zejść się nie mogą.
— Cóżeś-to tak posępny, panie markizie ? — zapytał Vautrin, rzucając na niego owo
spojrzenie, którem zdawał się przenikać najskrytsze tajemnice serca ludzkiego.
— Nie jestem usposobiony znosić żartów tych, którzy nazywają mię panem markizem —
odparł Eugieniusz. — Chcąc tu być rzeczywistym markizem, trzeba mieć sto tysięcy liwrów
dochodu, a my
68
mieszkańcy gospody Vauquer nie liczymy się wcale do ulubieńców fortuny.
Vautrin rzucił na Rastignac'a spojrzenie ojcowskie i lekceważące zarazem, które zdawało się
mówić : Bębnie jakiś! nie wystarczyłbyś mi nawet na jeden kąsek! Poczém dodał głośno: —
Jesteś pan w złym humorze dlatego, że może ci się nie powiodło z piękną hrabiną de Restaud?
— Ona zamknęła przede mną drzwi za to, żem powiedział, iż ojciec jéj zasiada z nami do
jednego stołu — zawołał Rastignac.
Wszyscy goście spojrzeli po sobie. Ojciec Goriot spuścił oczy i odwrócił głowę ocierając łzy.
— Zaprószyłeś mi pan oko tabaką — rzekł do sąsiada.
— Kto spróbuje dokuczać ojcu Goriot, ten od dzisiejszego dnia będzie miał ze mną do
czynienia — wyrzekł Eugieniusz, zwracając się do sąsiada starego fabrykanta makaronu.
Ojciec Goriot wart więcej od nas wszystkich. Nie mówię tego do pań — dodał zwracając się
ku pannie Taillefer. — Zdanie to było stanowcze, Eugieniusz wyrzekł je takim głosem, że
wszyscy obecni zamilkli. Vautrin tylko rzekł drwiąco: — Kto bierze ojca Goriot na swój
rachunek i chce zostać jego redaktorem odpowiedzialnym, ten powinien umieć dobrze się
obchodzić ze szpadą i z pistoletem.
— Ja też postaram się o to — rzekł Eugieniusz.
— Czyś pan rozpoczął dziś kampanią ?
— Być może — odparł Eugieniusz. — Lecz nie jestem obowiązany zdawać nikomu sprawy z
mych czynności, bo sam nie staram się zbadać, co inni robią po nocy.
Vautrin spojrzał na niego z-ukosa :
— Mój mały, jeżeli chcesz ocenić maryonetki należycie, to wejdź zupełnie do budy, a nie
poprzestawaj na zaglądaniu przez dziury pokrycia. Dość téj gawędy — dodał - widząc, że się
Eugieniusz burzyć zaczyna. Pogadamy jeszcze z sobą, jeżeli tylko pan zechcesz.
Obiad przechodził w milczeniu ponurem. Usłyszawszy słowa studenta, ojciec Goriot,
pogrążył się cały w boleści i nie pojmował nawet tego, że usposobienie ogólne zmieniło się
na jego korzyść gdyż młodzieniec zdolny odeprzeć prześladowanie wystąpił w jego obronie.
— Czyżby pan Goriot był rzeczywiście ojcem jakiejś hrabiny?— spytała z-cicha pani
Vauquer.
— I hrabiny i baronowej — odrzekł Rastignac.
— To nic dziwnego — rzekł Bianchon do Rastignac'a - ja macałem już jego głowę i
znalazłem na niéj jedne tylko wyniosłość: guz ojcowstwa ; z niego będzie ojciec wiekuisty.
69
Eugieniusz nie zaśmiał się z żartu Bianchona, był dzisiaj w zbyt poważnem usposobieniu.
Chciał korzystać z rad pani de Beauseant, a nie wiedział, gdzie i jak miał dostać pieniędzy.
Zaniepokoił się patrząc na stepy i łasy tego świata, co rozściełały się przed jego okiem, takie
puste a jednak takie pełne zarazem. Po obiedzie wszyscy się rozeszli, zostawiając go w sali
jadalnej.
— Więc pan widziałeś mą córkę? — spytał Goriot głosem wzruszonym.
Eugieniusz obudził się z zadumy i pochwycił rękę poczciwca, patrząc nań z nieokreślonóm
jakiemś rozczuleniem.
— Godny i uczciwy człowiek z pana — zawołał. — Pomówimy później o pańskich córkach.
Wstał, nie chcąc słuchać ojca Goriot i odszedł do swego pokoju, gdzie napisał do matki list
następującej treści:
Matko moja kochana! Czy nie posiadasz jeszcze trzeciej piersi, żeby mię zasilić? Jestem
w takiém położeniu, że mogę prędko dorobić się funduszu. Potrzeba mi tysiąc dwieście
franków i muszę je mieć za jakąbądź cenę. Nie mów ojcu o mojej prośbie; onby się
sprzeciwiał, a mnie pozostawałoby chyba zastrzelić się z rozpaczy, gdybym nie dostał tych
pieniędzy. Bliższe szczegóły opowiem przy widzeniu się, bo trzebaby zapisać całe tomy,
chcąc ci wyjaśnić obecne moje położenie. Nie przegrałem nic, dobra moja matko, nic nie
winienem, ale musisz mi dostać tę sumę, jeżeli dbasz o zachowanie życia, któreś mi dała.
Powiem ci tylko, że bywam u wice-hrabiny de Beauseant, która przyrzekła mi swą opiekę.
Muszę bywać w świecie, a nie mam za co kupić czystych rękawiczek. Potrafię żyć o chlebie i
wodzie, będę pościł w potrzebie, ale nie mogę obejść się bez narzędzi, któremi uprawia się
tutejsza winnica. Chwila obecna rozstrzyga, czy mam pójść drogą obraną, czy pozostać w
błocie.
Nie obce mi są nadzieje, któreście we mnie położyli i pragnę ziścić je jak najprędzej.
Dobra mateczko, sprzedaj jeden z swych dawnych klejnotów, ja ci go wkrótce odkupię. Znam
dobrze położenie rodziny naszej i umiem ocenić całą doniosłość podobnej ofiary; powinnaś
mi też wierzyć, że nie wymagam jéj bez potrzeby, bo chyba byłbym potworem. Chciej
widzieć w méj prośbie krzyk nieprzepartej konieczności. Cała nasza przyszłość zależy od téj
zapomogi, bez której nie mogę rozpocząć kampanii, a życie w Paryżu jest walką wiekuistą.
Gdyby nie było innego sposobu dostania pieniędzy, to powiedz ciotce, niech sprzeda swe
koronki, a ja przyślę jéj później jeszcze piękniejsze i t. d.
Napisał do obydwóch sióstr prosząc, by mu ofiarowały zaoszczędzone pieniądze. Przekonany
był, że siostry poniosą tę ofiarę z ra-
70
dością, lecz nie chciał, by inni członkowie rodziny wiedzieli cos o tern; odwołał się więc do
ich delikatności, potrącając przytém struny honoru, które w młodem sercu najmocniej są
napięte i dźwięczą najsilniej. Po napisaniu tych listów ogarnęło go jednak wzruszenie
mimowolne: zawahał się i zadrżał. Młody zapaleniec zna! szlachetność niepokalaną tych dusz
zagrzebanych w samotności, wiedział, że prośbą swą przyczyni siostrom niemało troski i
niemało radości; przeczuwał, że w swéj ustroni obie będą rozmawiały z niewysłowioną
przyjemnością o bracie ukochanym.
Sumienie Bugieniusza powstało promienne i ukazało mu obie siostry rachujące w tajemnicy
skarb swój drobny ; widział je, jak powodowane gieniuszem przebiegłym młodych dziewcząt,
posyłały pieniądze incognito, dopuszczając się raz pierwszy kłamstwa, które miało w sobie
coś wzniosłego.
— Serce siostry, to dyament najczystszy, to otchłań czułości — rzekł Eugieniusz i zawstydził
się tego, co napisał. — Jakaż to potęga leży w ich modłach, jak czystym lotem dusze ich
wznoszą się ku niebu! Czyliż siostry takie nie poświęciłyby się same z rozkoszą? Ach ! jakaż
boleść napełniłaby serce matki, gdyby nie mogła wysiać żądanej sumy ! I takie-to uczucia
czyste, takie ofiary straszliwe miały mu służyć za stopnie, po których zamierzał dojść do
Delfiny de Nucingen...
Kilka łez wymknęło mu się z pod powiek, niby ostatnia szczypta kadzidła, rzucona na święty
ołtarz rodzinny. Zaczął chodzić po pokoju miotany wzruszeniem rozpaczliwém. Ojciec Goriot
zobaczył go w tym stanie przeze drzwi nawpół otwarte.
— Co to panu? — zapytał wchodząc do niego.
— Ach, dobry mój sąsiedzie ! ja-m nie przestał być synem i bratem, tak jak pan nie przestałeś
być ojcem. Słusznie drżysz pan o hrabinę Anastazyą; oddała się ona jakiemuś Maksymowi de
Trailles, który przywiedzie ją do zguby.
Ojciec Goriot wyszedł jąkając jakieś słowa, których Eugieniusz nie mógł zrozumieć.
Nazajutrz Rastignac poniósł listy na pocztę. Wahał się do ostatniej chwili, aż wreszcie cisnął
je do skrzynki mówiąc. — Uda się niezawodnie! Słowo to fatalne, słowo gracza lub wodza
wielkiego, słowo, które więcej ludzi gubi, niż zbawia.
Poczekawszy dni kilka, Eugieniusz poszedł do pani de Restaud i nie został przyjęty. Trzy razy
powracał i trzy razy znajdował drzwi zamknięte, chociaż wybierał godziny, w których nie
mógł się spotkać z hrabią de Trailles. A więc słuszność była po stronie wice-hrabiny. Student
nasz przestał studyować prawo. Chodził na kursą po to tylko, by odpowiedzieć na apel, lecz
pokazawszy się na chwilę znikał natychmiast. Trzymał się zasady przyjętej przez
71
większość studentów i odkładał naukę do chwili, gdy się egzamina zbliżać będą. Postanowił
zbierać notatki z drugiego i trzeciego kursu, a potem, w ostatniej chwili, wyuczyć się prawa
gruntownie. Tymczasem przez piętnaście swobodnych miesięcy mógł pływać po oceanie
Paryża, bawić się w miłość lub zajmować się połowem bogactwa. W ciągu tego tygodnia dwa
razy widział panią de Beauséant, do której szedł w chwili, gdy powóz markiza d’Adjuda
wyjeżdżał za bramę. Sławna ta piękność, znana jako najpoetyczniesza postać na przedmieściu
Saint-Germain, odniosła jeszcze kilkudniowe zwycięztwo i powstrzymała na czas jakiś
małżeństwo panny de Rochefide i markiza d'Adjuda-Pinto. Lecz zagrożona utratą szczęścia
była ostatniemi czasy bardziej namiętna niż zwykle i przyśpieszyła znowu ostateczną
katastrofę.
Markiz d'Adjuda i Rochefidowie uważali tę sprzeczkę i zgodę jako okoliczność bardzo
pomyślną, spodziewali się bowiem, że pani de Beauséant oswoi się tymczasem z myślą o
małżeństwie i wyrzecze się dni szczęśliwych, poświęcając je przyszłości przewidzianej w
życiu mężczyzny. Pomimo najuroczystszych obietnic, ponawianych codziennie, pan d’Adjuda
grał komedyą a wice-hrabina chętnie pozwalała się oszukiwać. Woli staczać się po
schodach, niż odważnie oknem wyskoczyć, powiadała o niéj najlepsza przyjaciółka,
księżna Langeais.
Pomimo to wszystko ostatnie połyski jaśniały dość długo i wice-hrabina bawiła w Paryżu,
otaczając opieką młodego krewniaka, ku któremu powzięła zabobonne jakieś przywiązanie.
Eugieniusz okazał jej przyjaźń i uczucie w takiej chwili, kiedy kobieta w nikim nie widzi
litości szczerej, współczucia prawdziwego. Jeżeli słyszy słówko miodowe, to przekonana jest,
że zawdzięcza je tylko wyrachowaniu.
Eugieniusz chciał dobrze poznać grunt, nim się zdecydował wylądować w domu de
Nucingen, zaczął więc badać przeszłość ojca Goriot i zebrał wskazówki, które mniej więcej w
ten sposób streścić się dadzą. Jan Joachim Goriot był przed rewolucyą prostym robotnikiem w
fabryce makaronu. Zręczny, oszczędny i przedsiębierczy, został następcą swego pana, który
padł ofiarą pierwszego rozruchu w roku 1789. Goriot założył swą fabrykę przy ulicy de la
Jussienne, w bliskości rynku zbożowego i miał tyle zdrowego rozumu, że przyjął urząd
naczelnika sekcyi, przez co zyskał dla swego handlu protekcyą osób najbardziej wpływowych
w groźnym owym czasie.
Źródłem bogactwa stał się dla niego ów głód prawdziwy czy zmyślony, wskutek którego cena
zboża podniosła się okrutnie w Paryżu. Naród, zabijał się u drzwi piekarzy, a wybrani szli
sobie swobodnie kupować makaron włoski u kupców korzennych. W owym roku
72
obywatel Goriot zebrał kapitały i mógł później prowadzić handel z wyższością człowieka
posiadającego niezmierną moc pieniędzy. Stało się z nim to, co się dziać zwykło z ludźmi nie
posiadającemi żadnych szczególnych zdolności: mierność go zbawiła. Przytém nie wiedziano
nic o jego funduszach, aż dopóki nie minął czas groźny dla bogaczy, i nikt mu nie zazdrościł,
sądząc, że handel zbożowy pochłonął wszystkie jego myśli. Bo też Goriot nie miał równego
sobie znawcy, gdy trzeba było ocenić gatunek i pochodzenie ziarna, mąki lub otrąb, gdy
trzeba było przechować zboże przez czas długi, przewidzieć cenę, przepowiedzieć zbiór
obfity lub nieurodzaj albo wreszcie zakupić zboże za bezcen raz w Sycylii to znów aż na
Ukrainie. Można go było prawie wziąć za ministra. stanu, widząc jak śmiało prowadził swe
sprawy, jak jasno tłómaczył prawa przy wozu i wy wozu zboża, jak dalece zgłębiał ducha
tych praw i pojął ich wady. Cierpliwy, czynny i energiczny, wytrwały a skory w działaniu,
posiadał wzrok orli, uprzedzał i przewidywał wszystko, wszystko wiedział i wszystko ukryć
potrafił: jednem słowem z pojęcia był dyplomatą, a z wykonania żołnierzem. Takim to był
Goriot w głębi ciemnego swojego sklepiku, w którym przepędzał nawet chwile swobodne,
stojąc w progu z ramieniem wspartém o uszak; lecz wyszedłszy za próg ulubiony,
wychyliwszy się za obręb swojej specyalności, człowiek ten stawał sie znowu niepojętnym i
gburowatym wyrobnikiem, który nie może zrozumieć najprostszego dowodzenia, me pojmuje
żadnych rozkoszy duchowych i zasypia w teatrze; słowem przetwarzał się w jednego z owych
Dolibanów paryskich, znanych ze swéj głupoty. Ludzie tacy jak Goriot wszyscy są podobni
do siebie. Wszyscy prawie kryją w piersi wzniosłe jakieś uczucie. W sercu naszego
fabrykanta rozrosły się wyłącznie dwa uczucia, które go całkowicie pochłonęły tak, jak
handel zbożowy wyczerpał całą pojętność jego mózgu. Pojąwszy za żonę jednę córkę
bogatego fermera z okolic Brie, otoczył ją poszanowaniem religijnem i miłością bez granic.
Ukochał w niej istotę słabą, a jednak potężną, piękną a wrażliwą, która była zupełnem
przeciwieństwem jego samego. Jeżeli w sercu ludzkiem jest jakie uczucie wrodzone, to
niezawodnie musi w niem być owa duma, którą uczuwamy biorąc w opiekę słabszą istotę.
Postawmy obok miłość, to jest ową wdzięczność, którą czyste dusze płacą za swoje szczęście
niejednę anomalią moralną.
Po siedmiu leci ech szczęścia niezamąconego, Goriot stracił żonę, która zaczynała nad nim
wszechwładnie po-za sferą uczucia. Kto wie, może pod jej wpływem obudziłaby się natura
leniwa, możeby w niej rozwinęło się jaśniejsze pojęcie o świecie i życiu? Po stracie żony,
miłość ojcowska rozrosła się nad miarę
75
w sercu Goriot'a. Uczucie, któremu śmierć weszła w drogę, zwróciło się ku dwóm córkom, i
na razie zdawało się, że obie w zupełności na nie zasługują. Goriot pozostał wdowcem i
odrzucił najświetniejsze propozycye wszystkich kupców i fermerów, którzy pragnęli mieć go
za zięcia. Teść Goriot'a, który sam jeden mógł się poszczycić jego zaufaniem, twierdził, że
wdowiec postanowił dochować zmarłej żonie wierności małżeńskiej.
Handlarze zboża, niezdolni pojąć tak wzniosłego szaleństwa, nadali Goriot'owi jakiś
ośmieszający przydomek. Zdarzyło się raz, że zapijano jakąś ugodę i jeden z handlarzy
ośmielił się wymówić ów przydomek w obecności Goriot'a, za co tenże wyciął go pięścią po
ramieniu z taką siłą, że nieborak wyleciał na złamanie karku na róg ulicy Oblin. Goriot
otaczał swe córki przywiązaniem bez granic, miłością jakąś smętną i tkliwą. Wiedziano o tém
powszechnie; raz nawet jakiś konkurent Goriot'a pragnący oddalić go z rynku, bo sam chciał
zostać panem kursu, powiedział mu, że Delfina wypadła przed chwilą z powozu. Ojciec blady
i drżący opuścił wnet bazar i chorował kilka dni po tym fałszywym alarmie w skutek reakcyi
uczuć przeciwnych. Nie dotknął wprawdzie współzawodnika swą pięścią morderczą, lecz
wygnał go z bazaru, zmuszając go, aby w krytycznych okolicznościach ogłosił się bankrutem.
Rozumie się, że Goriot wychowywał swe córki nierozsądnie. Bogaty był, gdyż dochód jego
wynosił przeszło sześćdziesiąt tysięcy liwrów, pomimo to na własne potrzeby nigdy nie
wydawał więcej nad tysiąc dwieście franków? a resztę poświęcał z radością na dogodzenie
rozmaitym zachciankom córek. Najpierwsi mistrze udzielali im talentów, które cechują
świetne wychowanie, dano im pannę do towarzystwa, która na szczęście miała wiele rozsądku
i dobrego gustu. Panny jeździły konno, miały swój powóz, jedném słowem żyły tak, jak
gdyby były kochankami starego jakiego bogacza; nie było tak wygórowanego żądania,
któregoby ojciec nie spełnił z całą gotowością, a jedna pieszczota wynagradzała go sowicie za
wszystkie ofiary. Biedny człowiek ! uważał siebie za tak maluczką istotę wobec córek, które
aniołami były w jego oczach! Wszystko przyjmował od nich z wdzięcznością, nawet ból,
który mu zadawały. Gdy dorosły, mogły wybierać sobie mężów wedle upodobania, gdyż
każda dostała w posagu połowę majątku ojcowskiego. Piękna Anastazya zwabiła ku sobie
hrabiego de Restaud i porzuciwszy dom ojcowski, dała się unieść skłonnościom
arystokratycznym, które ją popchnęły w wysokie sfery społeczne. Delfina lubiła pieniądze,
poślubiła więc bankiera Nucingen'a, który pochodził z niemieckiej rodziny i nosił tytuł barona
ś. Państwa Rzymskiego. Goriot pozostał nadal fabrykantem włoskiego makaronu i prowadził
handel, do którego przyrósł już ca-
74
łą istotą, lubo zajęcie jego nie podobało się bardzo córkom i zięciom. Przez pięć lat opierał się
ich naleganiom, aż wreszcie zgodził się wycofać z handlu kapitał powiększony dochodem z
lat ostatnich. Pani Vauquer, do której przeniósł się w tym czasie, rachowała mu mniej więcej
dziesięć tysięcy liwrów dochodu. Rozpacz popchnęła biedaka do znanej nam gospody, gdyż
przekonał się, że obaj zięciowie wzbraniają swym żonom wziąć ojca do siebie a nawet, co
gorsza, przyjmować otwarcie jego odwiedziny.
Oto wszystko, co mógł powiedzieć o ojcu Goriot niejaki pan Muret, który nabył po nim
handel. Rastignac przekonał się więc, że przypuszczenia księżny de Langeais były
sprawiedliwe. W tern miejscu kończy się wstęp do téj głuchej, lecz przerażającej tragiedyi
paryskiej.
W pierwszych dniach grudnia Rastignac otrzymał dwa listy : od matki i od starszej siostry.
Spostrzegłszy to pismo tak dobrze znane, zadrżał z radości i trwogi. Dwie cieniuchne ćwiartki
papieru miały skazać na śmierć lub życie wszystkie jego nadzieje. Trwoga przejmowała go na
myśl, że rodzice żyli w niedostatku i obawiał się, czy nie zażądał od nich ostatniej kropli
krwi, której nie odmówiono-by ukochanemu dziecięciu. List matki był następującej treści :
Drogie dziecię, posyłam ci to, czego żądasz. Zrób dobry użytek z tych pieniędzy, bo
drugi raz nie byłabym w stanie zebrać tak wielkiej sumy bez wiedzy ojca, nawet gdyby szło o
zachowanie ci życia ; zresztą kto wie, czyby to nie zakłóciło harmonii naszych stosunków
rodzinnych? Chcąc jeszcze raz dostać tyle pieniędzy, musielibyśmy obciążyć majątek
długami. Trudno mi wyrokować o twych projektach, bo ich nie znam, zastanawia mię tylko
to, że obawiasz się powierzyć je matce. Nie trzeba było pisać całych tomów, dla matki dość
jednego słowa, a słowo to wybawiłoby mię z trwożliwej niepewności. Nie chcę taić, że list
twój sprawił na mnie bolesne wrażenie. Synu drogi! co mogło cię skłonić, byś obudził tak
wielki niespokój w sercu mojém? Pisząc to do mnie, musiałeś cierpieć wiele, bo ja-m też
wiele cierpiała czytając wyrazy skreślone twą ręką. Zastanów się, na jaką to wchodzisz
drogę? Czyliż życie i szczęście twoje zasadzać się ma na téin, byś wydawał się innym, niż
jesteś w rzeczy samej ; czyż potrzeba ci bywać w świecie, skoro to pociąga za sobą wydatki
pieniężne, których nie możesz ponosić i stratę czasu, który z korzyścią poświęcić możesz
nauce? Zawierz sercu matki, dobry mój Eugieniuszu, i bądź przekonany, że drogi kręte nie
wiodą do wielkiego celu. Młody człowiek w twojém położeniu powinien się starać o dwie
cnoty: o cierpliwość i rezygnacyą. Nie robię ci wymówek, nie chciałabym najmniejszą
goryczą zaprawiać naszej ofiary. Słowa moje to są słowa matki ufnej
75
lecz przewidującej. Ty wiesz, jakie są twe obowiązki, ja zaś wiem, że serce twe jest czyste i
zamiary dobre. Bez obawy więc mogę ci powiedzieć: Idź, mój jedyny, idź dalej! Drżę o
ciebie, bo matka jestem, lecz każdemu z twych kroków towarzyszyć będą nasze modły i
błogosławieństwa. Bądź ostrożny, drogie dziecię. Musisz być rozważnym, jak mąż dojrzały,
bo los pięciu istot ukochanych przez ciebie spoczywa na twéj głowie. Tak jest, przyszłość
nasza na tobie się opiera, a szczęście twoje jest i naszém szczęściem. Wszyscy błagamy Boga,
by cię wspierał w każdem twém przedsięwzięciu. Ciotka Marcillac okazała w tern zdarzeniu
dobroć niesłychaną i pojęła nawet odrazu to, coś pisał o rękawiczkach. Przyznała się potem z
uśmiechem, że ma słabość dla najstarszego z mych dzieci. Kochaj ją, kochaj, Eugieniuszu!
nie chcę mówić co zrobiła dla ciebie, zanim nie dopniesz swych zamiarów ; gdybyś się teraz
dowiedział, to pieniądze ofiarowane przez nią paliłyby ci ręce. Czy wy pojmujecie, dzieci, co
to znaczy zrobić dla kogo ofiarę ze swych pamiątek? Lecz czy jest ofiara taka, którejby dla
was żal było? Ciotka poleciła ucałować cię w czoło i powiedzieć, że chciałaby przesłać ci w
tym pocałunku zadatek szczęścia całego. Dobra, poczciwa ciotka napisałaby sama do ciebie,
gdyby nie to, że cierpi na reumatyzm w palcach. Ojciec twój ma się dobrze. Urodzaj 1819
roku przechodzi wszelkie oczekiwania. Bywaj mi zdrów, synu drogi, nie wspominam nic o
twych siostrach, gdyż Laura pisze do ciebie. Niech dla niej zostanie przyjemność doniesienia
ci o wszystkich drobnych przygodach życia rodzinnego. Oby Bóg dał ci powodzenie we
wszystkiém! O tak! powinno ci się powieść, mój Eugieniuszu, gdyż zadałeś mi boleść tak
wielką, że nie miałabym siły przenieść jéj powtórnie. Poznałam dopiero teraz, co to znaczy
być biedną, i zapragnęłam, bogactwa, żeby módz oddać je dziecku. Dosyć już, żegnaj mi
synu. Nie zostawiaj nas długo bez wiadomości o sobie i przyjm pocałunek, który ci matka
posyła.
Eugieniusz tonął we łzach, czytając list matki. Myślał o ojcu Goriot, który zgniótł srebrny
półmisek i sprzedał go, by mieć zaco wykupić weksel swej córki.
— A twoja matka czyż nie poświęciła również swych klejnotów! mówił sam do siebie. Ciotka
twa płakała pewnie sprzedając jedne ze swych relikwij. Jakiemże prawem śmiałbyś
przeklinać Anastazyą? Zrobiłeś dla egoizmu przyszłości to, co ona dla ukochanego człowieka
zrobiła ! Któż wart więcej: ty czy ona? — Coś mu szarpało wnętrzności i paliło uczuciem
nieznośnego gorąca. Chciał się wyrzec świata, postanawiał nie tknąć tych pieniędzy. Uczuł
wzniosłe i piękne wyrzuty sumienia, wyrzuty, które ludzie sądzący swych bliźnich tak rzadko
biorą w rachubę, a mocą których aniołowie niebiescy rozgrzeszają
76
przestępcę potępionego sądem ziemskim. Rastignac otworzył list siostry tchnący wdziękiem
niewinnym i serce jego oświeżyło się trochę:
List twój przybył w sarnę porę, drogi bracie. Agata i ja chciałyśmy tyle rozmaitych
użytków zrobić z naszych pieniędzy, że w końcu same-śmy nie wiedziały, od czego
rozpocząć. Tyś postąpił jak ów służący króla hiszpańskiego, który pobił zegarki swego pana :
przywiodłeś nas do zgody. Prawdziwie, ciągle-śmy się spierały o to, które z naszych życzeń
powinno być najpierwej zaspokojone, a nie wpadłyśmy na myśl, że można zrobić z pieniędzy
taki użytek, który zaspokoi od razu wszystkie nasze życzenia. Wiesz co, drogi Eugieniuszu,
Agata skakała z radości. Jedném słowem byłyśmy jak dwie waryatki przez caluteńki dzień a
telles enseignes (to styl ciotki), że mateczka zapytała nas surowo: Co wam dziś jest, moje
panny? Zdaje misie, że byłybyśmy jeszcze bardziej zadowolnione, gdyby nas troszeczkę
połajano. Kobieta musi być bardzo szczęśliwa, gdy cierpi za tego, kogo kocha. Ja tylko
pomimo całej radości wpadałam chwilami w smutek i zadumę. Nigdy chyba nie potrafię być
dobrą żoną, bo jestem zbyt rozrzutna. Kupiłam sobie przedtem dwa paski, piękną igiełkę do
przekałania dziurek w gorsecie i masę fraszek podobnych, dosyć, że miałam mniej pieniędzy
niż ta wielka Agata, co umie być oszczędną i zbiera dukaty jak sroka jaka. Wyobraź sobie, że
miała dwieście franków ! A ja, mój drogi, zebrałam tylko pięćdziesiąt talarów. Ale jestem aż
nadto ukarana i chciałabym wrzucić swój pasek do studni, bo odtąd nie będę mogła nosić go
bez przykrości. Jam cię okradła ! Nieoceniona Agata powiedziała mi: Poślijmy mu trzysta
pięćdziesiąt franków od obydwóch razem. Lecz nie mogłam wytrzymać, żeby ci prawdy nie
powiedzieć. Wiesz, w jaki sposób wypełniłyśmy twoje polecenia? wzięłyśmy nasze sławne
pieniądze i wybrałyśmy się sobie na przechadzkę. Dostawszy się na gościniec, pobiegłyśmy
bez namysłu do Ruffec, gdzieśmy po prostu oddały całą sumę panu Grimbert'owi, który
zawiaduje biurem pocztowém. Wracałyśmy lekkie i swobodne niby dwie jaskółki. Czy to
szczęście nas tak unosi? pytała Agata. Powiedziałyśmy sobie tysiąc rzeczy, których ci nie
powtórzę, panie Paryżaninie, bo dotyczy ciebie zbyt ściśle. O ! drogi bracie, jak my cię
kochamy ! oto masz w paru słowach to samo, o czém myśmy tak długo mówiły. Tajemnicy
nie zdradzimy, bo według słów ciotki, takie małe straszydełka jak my potrafią wszystko
zrobić, nawet milczeć w potrzebie. Mateczka i ciotka jeździły potajemnie do Angou-leme i
żadna me zdradziła wysokiej polityki, która kierowała ich wyprawą. Nie obeszło się przedtem
bez długich konferencyj, od których i pan baron i my obie zostaliśmy usunięci. W państwie
77
Rastignac'ow wszystkie głowy pełne są ważnych domysłów. Robota około sukni muślinowej
w kwiaty a jour, którą infantki haftują dla Jej Królewskiej Mości, postępuje dalej w
największej tajemnicy. Pozostają już tylko dwa bryty do wyhaftowania. Postanowiono
ostatecznie, że zamiast muru będzie płot od strony Verteuil. Naród prosty straci na tém, gdyż
będzie mniej owoców i szpalerów, ale za to przybysze z obcych stron będą się mogli cieszyć
pięknym widokiem. Na wypadek gdyby domniemany spadkobierca potrzebował chustek do
nosa, zawiadamiamy go, że wdowa po Marcillac'u zrobiła pewne odkrycie: kopiąc się w
swych skarbach i skrzyniach, znanych pod imieniem Herkulanum i Pompei, wygrzebała
nieznaną dotąd sztukę płótna holenderskiego; księżniczki Agata i Laura stają na jego rozkazy
z igłami i rękami, które są zwykle trochę za czerwone. Młodzi książęta don Henryk i don
Gabryel nie pozbyli się zgubnych swoich nałogów : przeładowują zawsze żołądek
winogronowemi powidłami, przyprowadzają siostry do rozpaczy, nie chcą się wcale uczyć,
wykręcają gniazda ptasie dla zabawki, sprawiają hałas nieznośny, i wbrew prawom krajowym
wycinają gałązki łozy, z których robią sobie laseczki. Nuncyusz papieski, zwany pospolicie
księdzem proboszczem, grozi im klątwą, jeżeli dłużej będą zapominać o świętych kanonach
gramatyki, a troszczyć się wyłącznie o prawa bzu wojowniczego. Bywaj mi zdrów, bracie
kochany ! nie uwierzysz, wiele modlitw za twe szczęście towarzyszy temu listowi, wiele się
w nim ukrywa miłości zadowolnionéj. Ach,, jakże wiele, wiele rzeczy będziesz miał do
opowiadania, skoro znów do nas przybędziesz. Mnie powiesz wszystko : jam przecie
najstarsza. Ciotka dała nam do zrozumienia, że ty masz powodzenie w świecie.
Mówią o jakiejś kobiecie i nie chcą dodać nic więcej.
Ma się rozumieć, że to tylko w naszej obecności. Powiedz jednak, Eugieniuszu, gdybyś
chciał, mybyśmy mogły obejść się bez chustek, a natomiast poszyć dla ciebie koszule z tego
płótna. Odpowiedz mi zaraz na to pytanie. Gdybyś potrzebował prędko koszul pięknych i
dobrze poszytych, tobyśmy się wzięły niezwłocznie do roboty. Jeżeli w Paryżu noszą koszule
nowym krojem, którego my nie znamy, to przyślij nam jedne na wzór; mianowicie
potrzebowałybyśmy formy mankietów. Bądź zdrów raz jeszcze! całuję cię w czoło z lewej
strony, w skroń, która do mnie wyłącznie należy. Zostawiam drugi arkusik dla Agaty, która
obiecała, że mego listu czytać nie będzie. Dla większej pewności jednak nie odejdę od niéj,
póki będzie pisała. Kochająca cię siostra
Laura de Rastignac.
78
— O tak ! — zawołał Eugieniusz - tak! muszę zostać bogatym za jakąbądź cenę. Czyż są
skarby, coby opłaciły takie przywiązanie? Jakżebym pragnął ofiarować im szczęście całego
świata! Tysiąc pięćset pięćdziesiąt franków! — rzekł po chwili. — Trzeba, żeby żaden
pieniążek nie poszedł na marne. Laura ma słuszność. To prawda! Wszak ja mam tylko grube
koszule. Gdy chodzi o szczęście czyje, dziewczę młodziuchne staje się przebiegłem jak
złodziej. Jaka ona niewinna a jak troskliwa o mnie! To anioł z nieba przebaczający błędy
ziemskie, których nawet zrozumieć nie może.
Eugieniuszowi zdawało się, że posiadł świat cały. Przywołał krawca, wypróbował go i zdobył
dla siebie. Zobaczywszy pana de Trailles, student zrozumiał dopiero, jaki - to wpływ krawcy
wywierają na życie młodzieży. W tym razie, niestety, nie ma średniej miary: krawiec bywa
albo nieprzyjacielem śmiertelnym albo przyjacielem, którego nam daje faktura. Eugieniusz
spotkał w swym krawcu człowieka, który pojął ojcowstwo swego rzemiosła i uważał siebie za
łącznik między teraźniejszością a przeszłością młodzieży. Nawzajem student wdzięczny
zapewnił mu stałe powodzenie jednym z owych dowcipów, z których miał kiedyś zasłynąć.
— Wiadomo mi —- mówił — że człowiek ten uszył dwie pary spodni, które przyczyniły się
niemało, że posiadacze ich wzięli w posagu kapitał przynoszący dwadzieścia tysięcy liwrów
dochodu. Cóż to za szczęście posiadać tysiąc pięćset franków i mieć odzieży tyle, ile się
zapragnie. Biedny Południowiec nie wątpił w téj chwili o niczém i szedł na śniadanie z tym
nieokreślonym wyrazem twarzy, który cechuje młodzieńca posiadającego choćby maluczki
kapitalik. Poczuwszy pieniądze w kieszeni, student wznosi we wnętrzu swéj istoty jakiś filar
idealny i silnie opiera się na nim. Od tej chwili zaczyna chodzić pewniej niż przedtem,
znajduje punkt oporu dla swéj dźwigni, spogląda śmiało i prosto, we wszystkich jego
poruszeniach zręczność się przebija ; wczoraj pokorny i nieśmiały byłby się pozwolił potrącać
każdemu ; dziś sam gotów potrącić pierwszego ministra. Dzieją się z nim rzeczy niesłychane :
wszystkiego chce i wszystko posiąść może, przychodzą mu naraz najrozmaitsze zachcenia,
jest nadzwyczaj wesoły, wspaniałomyślny, wylany. To ptak, co dawniej niezdolny do lotu,
dziś może szeroko skrzydła roztoczyć. Biedny student porywa okruchy przyjemności, jak
pies, który zdobywa sobie kość wśród tysiącznych niebezpieczeństw, rozgryzają uciekając i w
biegu szpik z niéj wysysa ; lecz młodzieniec, u którego kilka "sztuk złota pobrząkuje w
kieszonce od kamizelki, dobiera sobie przyjemności wedle upodobania, rozgatunkowuje je,
lubuje się niemi, buja po niebie i nie pojmuje już, co znaczy wyraz nędza. Cały Paryż do
niego należy. Wieku młody, w którym wszystko wydaje się tak świe-
79
tném, w którym się wszystko iskrzy i goreje! Wieku sił młodzieńczych, z których nikt nie
korzysta ani mężczyzna, ani kobieta! Wieku długów i ciągłej obawy, która potęguje wartość
każdej przyjemności ! Kto nie poznał lewego brzegu Sekwany, między ulicą Saint-Jacques a
ulicą Saints-Peres, ten nie poznał wcale wartości życia ludzkiego! — Ach gdyby Paryżanki
wiedziały! — myślał Eugieniusz, pożerając gruszki smażone, które pani Vauquer ceniła po
groszu sztukę — pewnie przyszłyby tutaj szukać miłości.
W téj chwili dzwonek dał się słyszeć przy drzwiach z kratą i posłaniec pocztowy wszedł do
sali jadalnej. Zapytawszy o pana Eugieniusza de Rastignac, podał mu dwa worki i książkę, w
której trzeba się było rozpisać. W téj chwili głębokie spojrzenie Vautrin'a padło na
Rastignac'a niby uderzenie bicza.
— Będziesz pan miał czém zapłacić za lekcye fechtunku i strzelania — powiedział.
— Zamorskie okręty przybyły — rzekła pani Vauquer, spoglądając na worki.
Panna Michonneau obawiała się spojrzeć na pieniądze, aby nie zdradzić swéj chciwości.
— Masz pan dobrą matkę — rzekła pani Couture.
— Pan ma dobrą matkę — powtórzył Poiret.
— Tak, mamunia ze wszystkiego się wyzuła — rzekł Vautrin. — Teraz będziesz pan mógł
dogadzać swym zachciankom, bywać w świecie, zajmować się połowem posagów i tańczyć z
hrabinami, które stroją się w wieńce kwiatów brzoskwiniowych. — Ale słuchaj, młodzieńcze,
z tém wszystkiém ucz się strzelać.
Vautrin zrobił ruch, jak gdyby brał na cel przeciwnika. Rastignac chciał dać posłańcowi na
piwo, lecz nie znalazł drobnych. Vautrin poszukał w kieszeni i rzucił dwadzieścia soldów
posłańcowi.
— Masz pan kredyt — rzekł spoglądając na studenta.
Rastignac musiał podziękować sąsiadowi, chociaż nie cierpiał go od owych kilku słów
cierpkich zamienionych po powrocie od pani de Beauséant. W ciągu ostatniego tygodnia
Eugieniusz i Vautrin nie przemówili do siebie, tylko w milczeniu badali jeden drugiego. Na-
próżno student pytał siebie, dlaczego tak było. Zapewne myśli udzielają się w prostym
kierunku z taką mocą, z jaką powstają i uderzają tam, gdzie je umysł posyła, na zasadzie
matematycznej, jaka kieruje pędem kuli wylatującej z moździerza. Skutki bywają rozmaite.
Bywają natury czułe, których myśli cudza czepia się z łatwością, wywołując w nich przewrót
zupełny; bywają też natury dziwnie tęgie, bywają czaszki opatrzone wałem spiżowym, o
który wola innych ludzi rozbija się i odskakuje jak kula od ściany; bywają wreszcie natury
miękkie i strzępiaste, w których myśl przy-
80
czepiona traci moc, tak jak kula traci siłę pędu w miękkiej ziemi reduty. Rastignac posiadał
jedne z owych głów pełnych prochu, co to gotowe wybuchnąć przy lada wstrząśnieniu. Był
jeszcze tak młody, że musiał koniecznie uledz takiemu udzielaniu się pojęć, takiej
zaraźliwości uczuć, której dziwaczne zjawiska zastanawiają nas nieraz. Wzrok jego moralny
był równie przenikliwy, jak oczy odznaczające się prawdziwie rysią bystrością. Każden zmysł
był 11 niego, rzec można, podwójny i posiadał tę niepojętą giętkość i przenikliwość, którą
podziwiać musimy u ludzi wyższych, u tych rębaczy, co to od razu trafiają w słabą stronę
każdego pancerza. Zresztą, w ciągu ostatniego miesiąca w Eugieniuszu rozwinęło się dużo
przymiotów i wad dużo. Wady rozbudzał wpływ świata i zadowolnienie żądz, które coraz
bardziej się rozrastały. W rzędzie jego przymiotów znajdowała się owa zapalczywość
południowa, która każe iść na spotkanie trudności i pokonać ją odrazu, zapalczywość, która
nie dozwala człowiekowi z po za Loary znieść niepewności najmniejszej. W oczach
mieszkańców północy przymiot ten staje się wadą; uważają bowiem, że taż sama
zapalczywość, co była źródłem powodzenia Murat'a, stała się później przyczyną jego śmierci:
Ztąd wniosek oczywisty, że Południowiec, który łączy w sobie przebiegłość północną z
nadloarską odwagą, jest człowiekiem doskonałym i może zostać królem Szwecyi.
Rastignac nie mógł być dłużej wystawionym na ogień bateryi Yautrin'a, nie wiedząc, czy
tenże jest jego przyjacielem, czy wrogiem. Chwilami zdawało mu się, że szczególny ten
człowiek odgaduje wszystkie jego namiętności i przenika najgłębsze tajniki jego serca;
napróżno jednak starał się odgadnąć go nawzajem. Vautrin zamknięty był w sobie i osłaniał
się głęboką tajemniczością sfinksa, który wszystko wie, widzi wszystko, ale nic nie mówi.
Dziś Eugieniusz poczuł pieniądze w kieszeni i postanowił stawić opór.
— Bądź pan łaskaw zaczekać — zawołał na Vautrin'a, który zabierał się do wyjścia,
wychyliwszy ostatnią kroplę kawy.
— Poco? — zapytał czterdziestoletni mężczyzna, wkładając kapelusz o szerokich skrzydłach,
przyczém sięgnął po laskę żelazną, którą umiał wywijać takiego młynka, że pewnie jeden
dałby sobie radę, gdyby go naraz opadło czterech rabusiów.
— Chcę panu oddać, com winien — odparł Rastignac, rozwiązując pośpiesznie worek, z
którego wyjął sto czterdzieści franków. — Przyjaźń przyjaźnią, a interes interesem — rzekł
podając pieniądze pani Vauquer. — Teraz rachunki nasze załatwione aż do świętego
Sylwestra. Proszę mi rozmienić sto sous.
— Przyjaźń interesem, a interes przyjaźnią — powtórzył Poiret, spoglądając na Vautrin'a.
81
— Proszę dwadzieścia su — powiedział Rastignac, podając pieniądze sfinksowi w peruce.
— To coś tak wygląda, jak gdybyś pan obawiał się być mi dłużnym? — zawołał Vautrin,
zapuszczając badawcze wejrzenie w duszę młodzieńca, przyczém na ustach jego pojawił się
ów uśmiech drwiący i cyniczny, za który Eugieniusz ze sto razy już omal się nie rozgniewał.
— A... tak — powiedział student, który wstał już od stołu i zabrał obydwa worki z
pieniędzmi, chcąc je odnieść do swego mieszkania.
Vautrin stał na progu, a student skierował się ku drzwiom wiodącym na schody.
— Wiesz co, panie margrabio de Rastignacorama? odpowiedź twa nie zupełnie jest grzeczna
— zawołał Vautrin uderzając laską we drzwi salonu i podchodząc do studenta, który go
zmierzył zimnem wejrzeniem.
Rastignac zamknął drzwi i zszedł z Vautrin'em aż na platformę, oddzielającą kuchnię od sali
jadalnej. Ztamtąd prowadziły do ogrodu drzwi, nad któremi znajdowała się wielka szyba
opatrzona kratą żelazną. Student zatrzymał się na platformie i powiedział wobec Sylwii, która
wychyliła się z kuchni:
— Panie Vautrin, jam nie margrabia i nie nazywam się Rastignacorama.
— Pewnie bić się będą — rzekła panna Michonneau obojętnym głosem.
— Bić się ! — powtórzył Poiret.
— Ale gdzie tam — odparła pani Vauquer głaszcząc swe talary.
— Ach! idą już pod lipy — zawołała panna Wiktoryna, która wstała, by zobaczyć, co się
dzieje w ogrodzie. - A jednak słuszność jest po stronie tego biednego młodzieńca.
— Chodźmy na górę, kochanie — rzekła pani Couture — takie sprawy wcale do nas nie
należą.
Pani Couture i Wiktoryna zbliżyły się do drzwi, lecz gruba Sylwia zastąpiła im drogę.
— Co to się stało ? — zawołała. — Pan Vautrin powiedział do pana Eugieniusza:
Musimy z sobą pogadać! i wziął go pod rękę i teraz idą obydwa hen tam przez
karczochy.
W tej chwili Vautrin zjawił się we drzwiach.
— Pani Vauquer — rzekł z uśmiechem — niech się pani nie przerazi: chciałbym spróbować
pistoletów tam pod lipami.
— Ach, panie ! — zawołała Wiktoryna składając ręce — za co chcesz pan zabić pana
Eugieniusza?
Vautrin odstąpił parę kroków i spojrzał uważnie na Wiktorynę.
82
— A, to co innego! — zawołał żartobliwie, spoglądając na biedną dziewczynę, której twarz
oblała się rumieńcem. — To bardzo miły młodzieniec, wszak prawda? Naprowadzasz mię
pani na dobrą myśl. Postaram się uszczęśliwić was oboje, moja piękna panienko.
Pani Couture wzięła wychowankę pod ramię i pociągnęła ją za sobą.
— Ależ, Wiktoryno — szepnęła jéj do ucha — nie pojmuję, co się dziś z tobą dzieje.
— Ja nie chcę, żeby strzelano z pistoletów koło mego domu — rzekła pani Vanquer. —
Chcesz pan powystraszać sąsiadów i sprowadzić mi na kark całą policyą?
— Zwolna tylko, mamo Vauquer — odparł Vautrin. — No, no, dobrze, pójdziemy strzelać na
właściwsze miejsce.
Powrócił do Rastignac'a i wziął go poufale pad ramię:
— Czy nie straciłbyś pan odwagi, gdybym cię przekonał, że o trzydzieści pięć kroków trafiam
w asa pikowego. Pan wydajesz mi się jakoś zbyt gorący i jestem pewien, że dałbyś się
zastrzelić jak kiep jaki.
— Pan się cofasz ? — rzekł Eugieniusz.
— Nie burz mi pan żółci — odparł Vautrin. — I bez tego aż nadto dziś ciepło. Chodźmy tam
usiąść — rzekł, wskazując na ławki zielone. — Nikt nas nie usłyszy, a ja potrzebuję
rozmówić się z panem. Jesteś pan sobie dobry chłopak i ja nie mam racyi źle ci życzyć.
Kocham cię, jak-em Tromp... (do pioruna !) jak-em Vautrin. Za co cię kocham? dowiesz się.
Tymczasem dowiodę, że cię znam tak, jak gdybyś był dziełem rąk moich. Połóż pan tutaj
swoje worki — rzekł, wskazując na stół okrągły.
Rastignac położył pieniądze na stół i usiadł powodowany ciekawością, jaką w nim obudziła
raptowna zmiana w obejściu się Vautrin'a. Ten sam człowiek, który przed chwilą groził mu
śmiercią, występował teraz w roli opiekuna.
— Chciałbyś pan bardzo wiedzieć, kto ja jestem, czém się zajmuję obecnie i czém się dotąd
trudniłem? - ciągnął daléj Vautrin. — Za-nadtoś ciekawy, kochanie. Czekaj-no, spokojnie
tylko. Niejedno jeszcze usłyszysz. Doznałem ja wielu nieszczęść... Słuchaj mię pan tylko,
później będziesz mi odpowiadał. Oto w trzech słowach całe moje życie dotychczasowe. Kto
jestem? Vautrin. Czém się zajmuję? Czém mi się podoba. I basta! Chcesz poznać mój
charakter? Jestem dobry dlatego, kto dla mnie jest dobry i umie sercem przemówić do mego
serca. Takiemu wszystko wolno ; wolno mu nawet kopać mię nogami, a ja nie powiem: strzeż
się. Ale, klnę się na mą fajkę! zły jestem jak szatan dla tego, kto mię zaczepi, albo mi się nie
podoba. A trzeba panu wiedzieć, że dla mnie zabić człowieka, to ot
83
tyle znaczy! — przy tych słowach plunął na ziemię. — Staram się tylko prędko śmierć zadać,
gdy już koniecznie zabić potrzeba. Jestem artystą co się zowie. Jak mnie pan widzisz,
czytałem pamiętniki Benveîmta Celliniego i to jeszcze po włosku! Był-to zuch prawdziwy !
on mię nauczył kochać piękno pod każdą postacią i naśladować Opatrzność, która, nie
przebierając, zabija nas po kolei. Przytém, czyż-to nie piękna gra, wystąpić samemu przeciw
wszystkim ludziom i być zawsze pewnym wygranej? Juzem ja długo rozmyślał o dzisiejszym
ustroju waszego nieładu społecznego. Pojedynek, kochanie, to gra dziecinna, to głupstwo.
Chyba głupiec może się spuszczać na los szczęścia, kiedy trzeba, żeby jeden z dwojga
żyjących ludzi poległ z ręki drugiego. Pojedynek! ależ to gra w cetno czy licho ! Ja trafiam
pięć razy z rzędu w asa pikowego i wpędzam jedne kulę na drugą z odległości trzydziestu
pięciu kroków! Posiadając taki talencik, można, zdaje się, być pewnym, że się powali
przeciwnika. Nie koniecznie ! jam o dwadzieścia kroków strzelał do człowieka i
spudłowałem. Tamten frant nie umiał trzymać pistoleta w ręku, a jednak, patrz pan ! —
mówił dziwny ten człowiek rozpinając kamizelkę, z pod której ukazała się pierś obrośnięta
ryżym włosem i kudłata, jak grzbiet niedźwiedzia ; był-to widok wywołujący uczucie wstrętu
i przestrachu. — Patrz pan ! ten młokos podkurzył mi sierść — ciągnął daléj, ująwszy palec
Eugieniusza i przykładając go do głębokiej blizny, którą miał na piersiach. — Ale w owych
czasach jam był dzieckiem jeszcze, miałem rok Ç dwudziesty pierwszy, tak jak pan teraz.
Wierzyłem jeszcze w cośkolwiek, wierzyłem w miłość kobiety i w całą kupę głupstw, na
które pan złapiesz się również. I teraz mieliśmy się bić, wszak prawda? Pan mógłbyś mię
zabić. Przypuśćmy, że ja leżałbym w ziemi, a gdzieżbyś się pan obrócił? Trzebaby zmykać do
Szwajcaryi i żyć tam kosztem tatusia, który nie ma wcale pieniędzy. Objaśnię panu, w jakiem
położeniu znajdujesz się obecnie, a objaśnię ze stanowiska człowieka, który zbadał dobrze
rzeczy ziemskie i przekonał się, że tylko dwie są drogi do wyboru : głupia uległość albo bunt.
Ja nie ulegam niczemu, czy to jasno? Wiesz, mój panie, czego ci potrzeba, by iść daléj tak,
jak-eś zaczął? Potrzeba miliona i to niezwłocznie ; inaczej moglibyśmy, z naszą główką,
oprzeć się w Saint-Cloud dla przekonania się o istnieniu Najwyższej Istoty. A ten milion ja
dam panu. Zatrzymał się i popatrzył na Eugieniusza. — Ach, ach, zaczynasz pan milej jakoś
spoglądać na tatusia Vautrina. Wyglądasz jak dziewczę, któremu mówią: do zobaczenia
wieczorem! i które stroi się, oblizując się jak kot po mleku. Wyśmienicie ! Oto jak rzeczy
stoją. Mamy sobie tatę, mamę, babkę cioteczną, dwie siostry (jednej osiemnaście, drugiej
siedemnaście lat), dwóch braciszków
84
(jednemu lat piętnaście, drugiemu dziesięć) oto spis całej załogi. Ciotka wychowuje pańskie
siostry. Proboszcz wykłada łacinę obu braciom. Cała rodzina żywi się częściej kasztanami niż
bulką, tatuś oszczędza spodni, mama sprawia tylko jedne suknię na zimę i jedne na lato,
siostrzyczki radzą sobie, jak mogą. Wiem ja wszystko, bo bywałem tam w południowej
Francyi. Inaczej być nie może, skoro pan potrzebujesz tysiąca dwustu franków na rok, a cały
wasz mąjąteczek przynosi tylko trzy tysiące rocznego dochodu. A jak to się obejść bez
kucharki i służącego, jak nie dbać o decorum, gdy tatko jest baronem? Co się zaś tyczy naszej
osoby, mamy sobie dość ambicyi, jesteśmy spokrewnieni z Beauséant'ami, a musimy chodzić
piechotą, pragniemy bogactwa, a nie mamy złamanego szeląga, jadamy bigosik Vauquer, a
smakują nam bardzo pyszne obiady na przedmieściu Saint-Germain, sypiamy na barłogu, a
marzymy o pałacu. Nie ganię wcale takich upodobań. Nie każdemu to, duszeczko, dano mieć
ambicyą. Proszę spytać, jakich to mężczyzn lubią kobiety? Ambitnych. Ambitny człowiek
bywa zawsze bogatszy od innych, we krwi ma więcej żelaza, a w sercu więcej zapału.
Kobieta zaś wtedy jest najszczęśliwsza i najpiękniejsza, gdy czuje się silną; dlatego też
przekłada zawsze nad innych człowieka potężnej siły, choćby ta siła ją sarnę zgnieść miała.
Wyliczyłem wszystkie pańskie żądze po to, by na końcu postawić pytanie. Pytanie to jest
następującej treści: — Mamy wilczy apetyt, ząbki nasze są ostre, ale co też włożymy do
garnka? Najpierw musimy zjeść kodeks; rzecz-to nie zabawna i niebardzo korzystna, ale cóż
robić! Niech i tak będzie. Kierujemy się na prawnika, zostajemy prezesem sądu kryminalnego
i wysyłamy biedaków, którzy więcej warci są od nas, z literami T. F. na ramieniu, by
przekonać bogaczy, że mogą spać spokojnie. To nie zabawne, a przytém tak powoli się
zdobywa. Najpierw trzeba męczyć się dwa lata w Paryżu, patrząc na smaczne łakotki, których
tknąć nam nie wolno. Niebardzo to przyjemnie łaknąć zawsze i nie módz się nasycić. Nie
byłoby się czego obawiać, gdybyśmy byli wybladli i należeli do gatunku mięczaków; lecz w
naszych żyłach krąży gorąca krew lwia, a przy dobrej ochocie zdolniśmy popełnić
dwadzieścia głupstw na dzień. Jakże tu wytrzymać okrutną męczarnią, jedne z
najstraszliwszych, jakie widziano w piekle bożem ? Przypuśćmy jednak, że pan będziesz
rozsądny, że mlekiem żywić się będziesz pisząc smętne elegie, potem zniósłszy niedostatek i
troski, któreby psa o wściekłość przyprowadziły, osiągniesz pan przy całem zaparciu, że cię
zrobią pomocnikiem jakiegoś kpa i zapakują do nędznej mieściny, gdzie rząd raczy rzucić
tysiąc franków na twe utrzymanie, jak się rzuca ochłapy kundlowi rzeźnika. Szczekaj za to na
85
złodziei, broń bogaczy, skazuj na gilotynę łudzi wielkiego serca. Ślicznie dziękuję! Zabraknie
panu protekcyi, to zgnijesz w pierwszym lepszym trybunale na prowincyi. Jeżeli do
trzydziestu lat nie pluniesz pan na całą tę sprawę, to może zostaniesz sędzią i będziesz
pobierał tysiąc dwieście franków rocznie. Skończywszy czwarty krzyżyk ożenisz się z jaką
młynarzówną, której posag zapewni ci sześć tysięcy stałego dochodu. Dziękuję! Przy
protekcyi, zostaniesz pan prokuratorem królewskim, będziesz pobierał tysiąc talarów pensyi i
zaślubisz córkę jakiego mera. Jeżeli odważysz się popełnić jaką podłostkę polityczną, tak
naprzykład przeczytać w jakim buletynie Villele zamiast Manuel (to rymuje tak dobrze, że
powinno uspokoić sumienie); to w czterdziestym roku będziesz prokuratorem generalnym, a z
czasem zostaniesz i delegatem. Lecz miejmy na względzie, drogie dziecię, że przedtem
będziemy musieli zadrasnąć nieraz czułe sumienie, przeżyć lat dwadzieścia w ciągłej trosce i
nędzy ukrywanej, że siostry nasze postarzeją tymczasem w stanie panieńskim. Dalej, mam
honor przypomnieć, że w całej Francyi jest tylko dwudziestu prokuratorów generalnych a
przynajmniej dwadzieścia tysięcy kandydatów na tę posadę, w liczbie których znajdą się i
tacy jegomoście, co gotowi sprzedać własną rodzinę, byle postąpić o jeden stopień wyżej.
Jeżeli zawód taki nie przypada panu do smaku, to zobaczymy co innego. Może pan baron de
Rastignac życzy sobie zostać adwokatem? Bardzo pięknie! Tylko trzeba dręczyć się przez lat
dziesięć, przeżywać tysiąc franków na miesiąc, mieć bibliotekę, gabinet, bywać w świecie,
zamiatać podniebienie językiem, wreszcie całować poły jakiegoś mecenasa, by dostać sprawę
do obrony. Zgodziłbym się jeszcze z tém wszystkiém, gdyby sam zawód był korzystny; ale
pokaż mi pan w Paryżu pięciu adwokatów, którzy by przeżywszy lat pięćdziesiąt, zarabiali
więcej jak pięćdziesiąt tysięcy franków rocznie. Ha! wolałbym zostać korsarzem niż spodlić
tak swą duszę. Zresztą, zkądże dostać złota? Wszystko to niezbyt wesołe. Pozostaje jedno
źródło — posag żony. Chcesz się pan ożenić, ależ to znaczy tyle, co uwiązać sobie kamień,
do szyi: przytém, jak się pan dla pieniędzy ożenisz, to cóż się stanie z uczuciem honoru i
szlachetności? Lepiej już odrazu podnieść rokosz przeciw ustawom ludzkim. Pojmuję
wreszcie, że mógłbyś. się pan czołgać jak wąż u stóp żony, przypochlebiać się matce, po-
pełniąc tysiące podłości, na które świnia-by się wzdrygnęła, tfu S gdybyś tém wszystkiém
szczęście miał okupić. Ale wziąwszy żonę dla pieniędzy, byłbyś pan z nią nieszczęśliwy, jak
ten kamień, co leży pod rynną. Bo lepiej walczyć z całym światem niż z własną żoną wojnę
prowadzić. Takie-to są, młodzieńcze, drogi rozstajne naszego żywota: wybieraj z nich jedne.
Jużeś wybrał, poszedłeś do ku-
80
zynki de Beauséant, gdzieś powąchał zbytku i do pani de Restaud, córki ojca Goriot, gdzieś
poznał Paryżankę. Gdyś potem powrócił do nas, jam od razu wyczytał na twém czole słowo:
wynieść się nad innych tak, wynieść się, chociażby niewiedzieć jakim kosztem. — Brawo —
pomyślałem — takiego zucha to lubię. Potrzebowałeś pan pieniędzy. Zkąd ich dostać? Trzeba
było obedrzeć siostry. Wszyscy bracia wyzyskują potrosze dobroć sióstr swoich. Lecz owe
tysiąc pięćset franków, któreś pan, i tak Bóg wie, jakim sposobem wydarł z kraju, gdzie
więcej bywa kasztanów niż pieniążków sto-susowych, wymkną się jeden za drugim jak
żołnierze na rabunek. A potem co będzie? będziesz pan pracował? Praca wtém znaczeniu, jak
pan ją teraz pojmujesz, zapewnia drągalom, w rodzaju Poiret'a, lokal u mamy Vauquer na
resztki żywota. W téj chwili może pięćdziesiąt tysięcy młodych ludzi, co się znajdują w
takich jak pan okolicznościach, postanawia dorobić się prędko fortuny. Pan jesteś tylko
jednostką téj liczby. Osądź pan teraz, wiele tu potrzeba trudów, wiele zajadłości w walce!
Musicie się zjadać wzajemnie jak pająki w garnku, zkądże bowiem wziąć pięćdziesiąt tysięcy
miejsc korzystnych? Wiesz pan, jakim sposobem można się wynieść na świecie? tylko za
pomocą świetnego gieniuszu lub zręczności, którą zepsucie wyrabia w człowieku. Trzeba
wpaść w tłum ludzi jak kula armatnia, lub wśliznąć się cicho, jak zaraza. Uczciwość do
niczego nie prowadzi. Ludzie nienawidzą gieniuszu, lecz uginają się przed jego potęgą,
starają się go spotwarzyć za to, że bierze wszystko bez podziału, lecz skłaniają się przed nim,
jeżeli jest wytrwały; jedném słowem czczą go na kolanach, jeżeli nie zdołają w błocie
zagrzebać. Zepsucie przeważa, a talent rzadko się spotyka. To też zepsucie jest bronią
mierności, której tak wiele na świecie, — wszędzie czujemy ostrze jego. Spotkasz pan jeszcze
kobiety, które wydają na stroje przeszło dziesięć tysięcy, gdy dochód ich mężów wynosi
wszystkiego sześć tysięcy franków na rok. Spotkasz pan urzędników, co będą kupowali dobra
ziemskie, lubo pensya ich ogranicza się do tysiąca dwustu franków. Spotkasz kobiety, co się
zwalały, byle tylko przejechać się z synem para Francyi, którego powóz może się toczyć po
środkowej alei w Longchamp. Widziałeś pan, jak biedny niedołęga Goriot musiał zapłacić
rewers podpisany przez córkę, której małżonek ma pięćdziesiąt tysięcy liwrów rocznego
dochodu. Założę się z panem, że nie stąpisz w Paryżu dwóch kroków, żebyś się nie natknął na
matactwo piekielne. Dałbym głowę za łodygę téj sałaty, że odkryłbyś pan gniazdo os w domu
pierwszej lepszej kobiety, która ci się podoba, choćby kobieta owa była bogata, piękna i
młoda. Wszystkie one wyłamują się z pod prawa i żyją w ciągłej wojnie z swemi mężami. Nie
skończyłbym nigdy, gdy-
87
bym chciał opowiadać panu do jakiego przemysłu uciekają się one dla kochanków, dla dzieci,
dla bytu, dla próżności, a rzadko z cnotliwych pobudek, bądź pan pewien. Dłatego-to
człowiek uczciwy jest nieprzyjacielem powszechnym. Ale, co to jest, według pańskich pojęć,
człowiek poczciwy? W Paryżu uczciwym jest ten, kto milczy i nie chce się dzielić z nikim.
Nie mówię bowiem o tych biednych niewolnikach, co to zawsze pracują i nie widzą nagrody
zâ swe trudy, tych nazywam bractwem pieszych posłańców Pana Boga. Prawda, że tu jest
cnota w pełnym rozkwicie swéj głupoty, lecz i nędza jest tu również. Zdaje się, że widzę,
jaką-to długą minę zrobiliby ci poczciwcy, gdyby Pan Bóg zażartował z nas i nie ukazał się
wcale w dzień sądu ostatecznego. Otóż, jeżeli pan pragniesz zdobyć sobie prędko pozycyą w
świecie, to musisz być bogatym lub przynajmniej takim się wydawać. Chcąc się wzbogacić,
trzeba rezykować grubo, gdyż inaczej gra się nie opłaci i bywaj zdrów! Masz pan sto
zawodów do wyboru, ale czy wiesz, że z grona ludzi, którzy się tym zawodom poświęcili,
wybierze się może dziesięciu takich, co się prędko zbogacili, za to wszystkich dziesięciu
okrzyczano za złodziei. Teraz wyprowadzaj pan wnioski z tego, coś słyszał. Pokazałem ci
wierny obraz życia. Widok to niezbyt piękny, przypomina bowiem kuchnię smrodliwą, a
każdy kto chce biesiadować, musi tu poprzednio ręce zwalać ; chodzi tylko o to, by później
wymyć je dobrze: na tern zasadza się cała moralność naszego wieku. Mam prawo mówić tak
o świecie, bo znam go dobrze. Sądzisz pan może, że ja świat potępiam? bynajmniej. Był on
zawsze jednaki. Moraliści nigdy zmienić go nie zdołają. Każdy człowiek jest ułomny, tylko
jeden może być mniej fałszywym niż drugi, a głupcy zarzucają pierwszemu brak moralności.
Nie myślę wynosić prostego ludu ponad klasę bogaczy; człowiek jest wszędzie jednaki, ten
sam na wierzchu, w środku i na spodzie. Na każdy milion tego bydła wyborowego, znajdzie
się dziesięciu zuchów, co się wybijają na wierzch nie dbając o nic, nawet o prawo ; ja do
takich należę. Co się tyczy pana, jeżeliś człowiek wyższy, to podnieś głowę i idź prostą drogą.
Lecz pamiętaj, że trzeba będzie walczyć z zawiścią, potwarzą i miernością, że z całym
światem przyjdzie stanąć do boju. Napoleon spotkał ministra wojny, imieniem Aubry, który o
mało nie wysłał go na wygnanie. Porachuj się pan z siłami! Przekonaj się, czy potrafisz
wstawać co dzień z nowym i to coraz nowym zasobem silnej woli. Po tém wszystkiém, chcę
zrobić panu propozycyą, którejby nikt nie odrzucił. Proszę dobrze słuchać! Mam ja, widzisz
pan, myśl pewną. Marzę zawsze o tém, żeby nabyć z jakie tysiąc włók ziemi gdzieś na
południu Stanów Zjednoczonych i wieść życie patryarchalne w swéj ogromnej posiadłości.
88
Chciałbym zostać plantatorem, mieć niewolników, handlować wolami, tytoniem, drzewem i
zebrać kilka milioników, dogadzając przytém wszystkim swym zachciankom i wiodąc życie
iście królewskie, o jakiem nie mamy nawet pojęcia tutaj, gdzie się trzeba gnieździć jak w
jamie do wypalania gipsu. Jam wielki poeta. Nie piszę poematów, gdyż składają się one z
czynów i uczuć. W chwili obecnej posiadam pięćdziesiąt tysięcy franków, za które mógłbym
kupić zaledwie czterdziestu negrów. Potrzeba mi zaś dwieście tysięcy franków, gdyż chcę
mieć dwustu negrów, aby zadowolnić moje zamiłowanie do życia patryarchalnego. Negry,
widzisz pan, to dobre dzieci, zktóremi można robić, co się podoba, nie zdając sprawy przed
ciekawym prokuratorem królewskim. Mając ten czarny kapitał w ręku, zrobię w dziesięć lat
od trzech do czterech milionów. Jeżeli mi się powiedzie, to z pewnością nikt mnie nie zapyta:
— Coś ty za jeden? Będę sobie pan Cztery-Miliony, obywatel Stanów Zjednoczonych. Będę
miał wówczas lat pięćdziesiąt, a w tym wieku nie będę jeszcze strupieszały i zabawię się
wedle upodobania. Jedném słowem, czy dasz mi pan dwieście tysięcy franków za to, że ci
nastręczę milion posagu? Dwadzieścia od sta za nastręczenie, cóż czy to za drogo? Trzeba
będzie, żebyś pan zasłużył na miłość swej żoneczki. Ożeniwszy się, zaczniesz zdradzać
niepokój wewnętrzny, zgryzotę, jedném słowem będziesz udawał smutnego przez dni
piętnaście, aż wreszcie jednej nocy nazwiesz żonę pieszczotliwie: moje kochanie ! i wyznasz
między dwoma pocałunkami, że masz dwieście tysięcy długu. Młodzi małżonkowie
najbardziej dystyngowani grają codzień tę komedyą. Młoda żona nie zamyka worka przed
tym który zdobył jéj serce. Może pan myślisz, że stracisz na tém wiele? Bynajmniej.
Nastręczy się panu jaki korzystny interes i odzyszczesz odrazu swoje dwieście tysięcy. Z
milionem kapitału i z taką główką, jaką pan posiadasz, można dorobić się znakomitej fortuny.
Ergo w sześć miesięcy możesz pan uszczęśliwić siebie, ukochaną kobietę i tatusia Vautrin'a,
że już nie wspomnę o całej rodzinie pańskiej, która dmucha zimową porą w palce, nie mając
drzewa na opał. Nie dziw się pan temu, co ci proponuję, ani temu, o co cie proszę ! Na
sześćdziesiąt świetnych małżeństw, które się zawierają w Paryżu, przynajmniej czterdzieści
siedem na podobnym targu sie opiera. Izba notaryuszów zmusiła niejakiego pana...
— Cóż mam czynić? — zapytał chciwie Rastignac, przerywając Vautrin'owi.
— Prawie nic — odparł tamten, nie mogąc powstrzymać poruszenia radości, jak rybak nie
może zapanować nad zadowolnieniem wewnętrznem, gdy czuje, że ryba bierze za wędkę. —
Uważaj pan dobrze. Serce dziewczyny biednej i nieszczęśliwej pragnie miłości,
89
jak gąbka sucha, i rozszerza się od każdej kropli uczucia, która na nie spada. Zalecać się
młodej osobie, co widzi przed sobą tylko osamotnienie, rozpacz i nędzę, i nie przeczuwa
nawet, że może być bogatą, zaiste ! to znaczy tyle, co mieć w ręku same asy i króle, to znaczy
brać bilet na loteryą, wiedząc, jakie numera będą wygrywały, lub grać na giełdzie, posiadając
najświeższe wiadomości. Wznosisz pan na silnych podstawach małżeństwo nierozerwane.
Niech-że dziewczyna owa posiądzie naraz miliony, a rzuci je panu pod nogi, jak garść
nędznego piasku: Bierz, mój luby! bierz Adolfie! Alfredzie! bierz, Eugieniuszu! zawoła
dziewczę, jeżeli Adolf, Alfred lub Eugieniusz byli tak mądrzy, że się przedtem poświęcali dla
niéj. A cóż to było za poświęcenie? Oto sprzedało się starą odzież, aby pojechać do Cadran-
Bleu na pasztet z grzybami, a wieczór przepędzić w Ambigu-Comique; oto zastawiło się
zegarek w lombardzie, żeby za otrzymane pieniądze kupić szal dla ukochanej. Nie
wspominam o tych głupstwach i dzieciństwach, o które kobiety dbają tak bardzo; nie mówię o
skrapianiu listów wodą, która uchodzi za łzy oddalonego kochanka, zdaje mi się bowiem, że
pan znasz bardzo dobrze mowę serca. Paryż, mój panie, to las dziewiczy, po którym krąży
dwadzieścia dzikich plemion; są tu Indyanie Illinois, są Huroni, a każde plemię żyje z łupu,
jaki zdobędzie na łowach społecznych; pan jesteś łowiec milionów. Chcesz je pan schwytać,
więc robisz zasadzki, zastawiasz sieci, nęcisz na wabika. Różne są sposoby polowania. Jedni
polują na posag, inni na likwidacyą; ci biorą na przynętę sumienia, owi przedają swych
abonentów, skrępowawszy im poprzednio ręce i nogi. Gdy łowiec wraca z torbą pełną
zwierzyny, to mu się kłaniają, ujmują go i wprowadzają do najlepszego towarzystwa.
Oddajmy sprawiedliwość téj ziemi gościnnej i przyznajmy, żeś pan trafił do miasta
najwyrozumialszego na całym świecie. Dumni arystokraci innych stolic europejskich nie chcą
przyjąć do swego koła milionera zniesławionego, lecz Paryż wyciąga ku niemu ramiona,
śpieszy na jego biesiady, jada u jego stołu i trąca się kieliszkiem z jego nikczemnością.
— Ale gdzież szukać takiej dziewczyny, o jakiej pan mówisz ? — zapytał Eugieniusz.
— Jest przed panem, na pańskie usługi!
— Panna Wiktoryna?
— Ona sama!
— Jakim sposobem?
— Ona cię kocha, mój panie, twoja mała baronowa de Rastignac!
— Ależ ona nie ma złamanego szeląga — odparł Eugieniusz zdumiony.
90
— A, jesteśmy w domu ! Jeszcze dwa słowa — rzekł Vautrin — a wszystko się wyjaśni.
Ojciec Taillefer — to stary łotr, o którym powiadają, że zamordował jednego z swych
przyjaciół podczas rewolucyi. To jeden z owych zuchów, o których ja powiadam, że mają
niezawisłe przekonania. Jest on bankierem i głównym wspólnikiem domu Fryderyk Taillefer i
spółka. Ma syna jedynaka, któremu chce zostawić całe mienie ze szkodą Wiktoryny. Ale ja
nie ścierpię takiej niesprawiedliwości. Podobny jestem do don Quixota, lubię występować w
obronie słabego przeciw silnym. Gdyby Bóg zechciał powołać do siebie tego syna, to
Taillefer przyjąłby córkę; chciałby mieć jakiegokolwiek spadkobiercę, bo to jest słabość
natury ludzkiej, a ja jestem przekonany, że się już więcej dzieci nie doczeka. Wiktoryna jest
łagodna i miła, potrafi w krótkim czasie opanować ojca. Zrobi z uczucia bicz i będzie
poganiać starego, wodząc go za nos wedle upodobania. Wtedy będziesz ją pan mógł zaślubić,
bo ona nie zapomni zpewnością pańskiego przywiązania. Ja podejmę się roli Opatrzności i
zrobię to, że Pan Bóg zechce powołać do siebie młodego Taillefer'a. Mam jednego
przyjaciela, dla którego-m się kiedyś poświęcił : jest-to pułkownik armii loarskiéj, który
przeszedł niedawno do gwardyi królewskiej. Człowiek ten polega zawsze na mojém zdaniu i
teraz stał się ultra-rojalistą, nie należy on do tych głupców, co to nie chcą za nic zmienić
swych przekonań. Słuchaj, mój aniołku, udzielę ci tu dobrej rady, nie dbaj o przekonania
więcej, jak się dba o wyrazy. Sprzedawaj je, gdy ich od ciebie zażądają. Człowiek, który się
przechwala, że nigdy nie zmienia raz powziętych przekonań, to ni mniej ni więcej tylko
głupiec, który zamierza iść zawsze w prostym kierunku i wierzy w swą nieomylność. Nie ma
na świecie zasad, są tylko wypadki, nie ma praw, są tylko okoliczności. Człowiek wyższy
umie korzystać z trafu i z okoliczności. Gdyby były zasady i prawa stałe, to narody nie
zmieniałyby ich tak, jak się zmienia koszulę. Pojedynczy człowiek nie jest obowiązany być
mędrszym od całego narodu. Człowiek, który najmniej zasług położył dla Francyii wart jest,
by go w najlepszym razie pomieścić na wystawie machin z nadpisem La Payette, czczony jest
jak fetysz jaki m to, że wszystko widział w czerwoném świetle, gdy przeciwnie książę, na
którego każdy rzuca kamieniem, a który tak nienawidzi ludzkość całą, że ciska jej w twarz
gradem przekleństw zasłużonych ; książę ów, powiadam, oparł się podziałowi Francyi na
kongresie Wiedeńskim, a ludzkość obrzuca błotem tego, który zasłużył aa koronę. O, znam ja
takie sprawy! zbadałem tajemnice niejednego człowieka! Dosyć tego! wtedy powiem, że
mam przekonanie niezachwiane, gdy znajdę trzy głowy zgadzające się na użycie.
91
jednego środka, ale długo chyba na to czekać będę! W trybunale trudno znaleźć trzech
sędziów, którzyby zgodnie pojmowali jeden artykuł prawa. Ale powracam do mego
człowieka. Ten gotów-by nanowo ukrzyżować Chrystusa, gdybym ja tego zażądał. Dosyć, by
tatuś Vautrin szepnął jedno słówko a przyjaciel jego poszuka zwady z tym kpem, który nie
dał nigdy sto sous swojej biednej siostrze, i...
Tu Vautrin podniósł się, stanął niby na stanowisku i zrobił ruch fechmistrza, który naciera na
przeciwnika. I to w cieniu — dodał.
— Ale-ż to zgroza ! — zawołał Eugieniusz. — Pan pewnie żartujesz, panie Vautrin?
— No, no — spokojnie dodał tamtem. — Nie udawaj pan dziecka; a wreszcie gniewaj się,
unoś wiele się podoba, jeżeli ci to sprawia ulgę! Powiedz, że-m nikczemnik, że-m
niegodziwiec, tylko nie nazywaj mnie złodziejem i szpiegiem! Dalej-że, mów pan, wylej żółć
całą! Przebaczam ci, młodzieńcze, to tak właściwe twemu wiekowi! I ja byłem nie lepszy.
Radzę tylko dobrze rozważyć. Przyjdzie czas, że się nie cofniesz przed gorszym postępkiem.
Zaczniesz się przymilać jakiej pięknej kobiecie i będziesz brał od niéj pieniądze. Już-eś pan o
tem myślał — ciągnął Vautrin — bo jak-żebyś sobie radę dał, gdybyś nie zamiezrał ciągnąć
zysków ze swéj miłości. Cnota, mój panie studencie, nie daje się rozdzielać na części ; jest
cała lub zupełnie jéj nie ma. Każą nam pokutować za winy nasze. To znów piękny system,
mocą którego przez skruchę oczyszczamy się ze zbrodni. Uwieść kobietę, żeby się wznieść na
wyższy szczebel drabiny społecznej, rzucić kość niezgody pomiędzy członków jednej
rodziny, wreszcie jawnie lub skrycie popełnić tysiąc podłości dla zadowolnienia swych
zachcianek lub w widokach osobistych : czy pan sądzisz, że to są uczynki wiary, miłości i
nadziei? Czemuż taki frant, który przez jedne noc wydziera dziecku połowę majętności,
odsiaduje tylko dwa miesiące więzienia, a nieborak jakiś, co skradł bilet stufrankowy wśród
potępiających go okoliczności, musi iść za to na galery?... To próbka naszych praw.
Wszystkie są niedorzeczne. Elegant w rękawiczkach popełnił zbrodnię bez przelewu krwi, a
zbrodniarz otworzył drzwi wytrychem : oto dwie sprawki nocne! Między tém, co ja dziś
proponuję, a tém, co pan spełnisz kiedyś, jest tylko jedna różnica: tam się obejdzie bez
przelewu krwi, a tu się bez niego obejść nie może. I pan wierzysz, że jest coś stałego na tym
świecie ! Pogardzaj pan ludźmi i szukaj w sieci kodeksu oczek, przez które wymknąć się
można. Pod wielką fortuną, która powstała z niewiadomego źródła, ukrywa
92
się zawsze zbrodnia; zapomniano o niéj tylko dlatego, że była szybko spełniona.
— Przestań pan, nie chcę już dłużej słuchać, bo mógłbym zwątpić o sobie. Dotychczas
uczucie jest jedyną moją mądrością.
— Jak sobie chcesz, piękne dziecię. Sądziłem, żeś silniejszy — rzekł Vautrin — teraz nie
powiem już nie więcej. Ale, jeszcze ostatnie słowo. — Spojrzał w oczy studentowi: —
Posiadasz pan moje tajemnicę — powiedział.
— Człowiek, który odmawia panu, potrafi pewnie zapomnieć o pańskiej tajemnicy.
— Dobrześ pan powiedział, to mi się podoba. Inny, widzisz pan, może nie być tak
skrupulatnym. Proszę pamiętać o tém, co ja chcę zrobić dla pana. Daję jeszcze panu
piętnaście dni. Możesz przyjąć lub odrzucić.
— Cóż-to za żelazna głowa u tego człowieka ? — szepnął Rastignac, patrząc na Vautrin'a,
który oddalał się spokojnie, założywszy laskę pod ramię. Powtórzył mi bez ogródki to, co
pani de Beauséant powiedziała w sposób przyzwoitszy. Szarpał mi serce żelaznemi szponami.
Dlaczegóż ja chcę być u pani de Nucingen? On przeniknął odrazu pobudki, jakie mnie do
tego skłaniają. Rozbójnik ten powiedział mi o cnocie więcej, niż wszyscy ludzie i wszystkie
książki, które-m przeczytał. Jeżeli to prawda, że z cnotą nie można wchodzić w żadne układy,
to ja poprostu okradłem swe siostry! — zawołał Eugieniusz, rzucając worek na stół. Usiadł na
ławce i pogrążył się w bezwładnem jakiemś rozmyślaniu. — Być wiernym cnocie, o jakież to
wzniosłe męczeństwo ! Tak ! wszyscy wierzą w cnotę; lecz któż jest cnotliwy? Narody
ubóstwiają swobodę; a gdzież jest naród swobodny na ziemi? Dziś moja młodość jasna jak
niebo bez chmur, ale zapragnę być wielkim lub bogatym i będę zmuszony kłamać, płaszczyć
się, czołgać i podnieść się z ziemi, i znowu schlebiać i udawać, i będę musiał zostać lokajem
tych, co przede-mną kłamali, płaszczyli się i czołgali. Trzeba bowiem służyć tym ludziom,
zanim się ich wspólnikiem zostanie. O, nie S Ja pragnę pracy szlachetnej, świętej ; pragnę
dzień i noc pracować, byle tylko własnym trudem przyszłość sobie wywalczyć. Mozolnie
zdobywać ją będę, ale za-to bez żadnej złej myśli złożę codzień głowę do snu. Coż
piękniejszego, jak spojrzeć na swe życie i przekonać się, że ono czyste jak lilia? Ja staję
wobec życia jak młodzieniec wobec swéj narzeczonej. Vautrin pokazał mi, jak to bywa po
dziesięcioletmem pożyciu. Do licha! ja głowę tracę. Nie chce myśleć o niczem... serce jest
najlepszym przewodnikiem.
Tu gruby głos Sylwii obudził go z marzenia. Kucharka oznajmiała o przybyciu krawca.
Eugieniusz rad był z téj okoliczności
93
i stanął przed nim, trzymając w ręku oba worki z pieniędzmi. Przymierzył strój balowy i
przebrał się w kostium poranny, który przeistaczał go zupełnie.
— Śmiało mogę się mierzyć z panem de Trailles — rzekł do siebie. Trzeba przyznać, że mam
teraz szlachetną postawę.
— Pytałeś mię pan — rzekł ojciec Goriot, wchodząc do Eugieniusza — czy nie znam jakiego
domu, w którym bywa pani de Nucingen?
— A tak.
— Otóż w przyszły poniedziałek pani de Nucingen będzie na balu u marszałka Carigliano.
Gdybyś pan mógł tam być, to-byś mi potem powiedział, czy moje córki dobrze się bawiły, jak
były ubrane ; wszystko musiałbyś mi powiedzieć.
— Jak-żeś się pan o tém dowiedział, dobry ojcze Goriot? — rzekł Eugieniusz, sadzając go
przy ognisku.
— Panna służąca mej córki powiedziała mi o tém. Wiem ja o wszystkiém, co one robią przez
Teresę i Konstancyą — dodał wesoło.
Staruszek podobny był w téj chwili do młodzieńca rozkochanego, który z radością knuje
podstęp mający go zbliżyć do narzeczonej.
— Pan zobaczysz obiedwie! — zawołał, zdradzając naiwnie zazdrość, która mu serce
ściskała.
— Nie wiem jeszcze — odparł Eugieniusz. — Udam się do pani de Beauséant i zapytam, czy
nie może mię przedstawić pani marszałkowej.
Eugieniusz pomyślał nie bez pewnej radości, że ukaże się wice-hrabinie w nowym stroju.
Moraliści nazywają otchłanią serca ludzkiego to, co się składa po prostu z takich myśli
łudzących, z takich mimowolnych poruszeń miłości własnej. Owe nagłe zmiany, o których
tak wiele rozprawiają, owe przewroty gwałtowne, wszystko to są ustępstwa, jakie robimy dla
własnej przyjemności. Eugieniusz zobaczył na sobie wykwintne odzienie, eleganckie
rękawiczki i obuwie i wnet zapomniał o wszystkich postanowieniach cnotliwych.
Młodzieniec, co się przychyla ku złemu, nie śmie przejrzeć się w zwierciedle sumienia, a
człowiek dojrzały nieraz już odważył się w nie spojrzeć ; na tém zasadza się cała różnica
między temi dwiema fazami życia naszego. Od kilku dni dwaj sąsiedzi, Eugieniusz i ojciec
Goriot, stali się szczeremi przyjaciółmi. Przyjaźń mimowolna powstała z tych samych
pobudek psychicznych, które wytworzyły uczucie wręcz przeciwne między Vautrm'em i
studentem. Śmiały filozof, który zechce wykazać wpływ uczuć naszych na świat fizyczny,
znajdzie dowód ich materyalności w stosunkach,
94
jakie się wytwarzają między ludźmi i zwierzętami. Żaden fizyognomista nie odgadnie na
pierwszy rzut oka charakteru człowieka, a pies przeczuje odrazu, czy obcy przybysz lubi go,
czy nie lubi. Atomy haczykowate, wyraz przysłowiowy, jest jednym z owych faktów, które
pozostają w mowie naszej, by zadawać kłam bredniom filozoficznym tych ludzi, którzy
lubują się w oczyszczaniu słów pierwotnych od późniejszych naleciałości. Przeczuwamy, gdy
nas ktoś kocha. Uczucie odbija się na wszystkiém i przenika przestrzeń najdalszą. List może
zawierać w sobie duszę całą; jest on tak wierném echem głosu znajomego, że dusze wrażliwe
uważają list za jeden z najcenniejszych skarbów miłości. Ojciec Goriot, którego uczucie ślepe
dorosło do zenitu psiej natury, przewąchał współczucie, dobroć i sympatyą młodzieńczą, z
jaką serce studenta zwracało się ku niemu. Jednak skłonność wzajemna, co się niedawno
obudziła, nie doprowadziła ich jeszcze do żadnych zwierzeń. Eugieniusz zdradził się z chęcią
poznania pani de Nucingen, nie przeto, żeby miał rachować na pomoc Goriot'a, ale sądził, że
stary z kolei powie o tém córce. Goriot raz tylko mówił z nim o swych córkach po tém, co
Eugieniusz pozwolił sobie powiedzieć publicznie, gdy powrócił z pierwszej wizyty.
— Łaskawy panie — powiedział mu nazajutrz — jak pan mogłeś uwierzyć, że pani de
Restaud obraziła się na pana za to, żeś wymówił moje imię? Obiedwie moje córki bardzo mię
kochają. Jestem najszczęśliwszym ojcem. Tylko zięciowie źle się ze mną obeszli. Nie
chciałem, żeby drogie te istotki cierpiały w skutek moich nieporozumień z ich mężami,
dlatego-m postanowił widywać się z niemi potajemnie. Sama tajemniczość odwiedzin daje mi
tysiące uciech, których nie pojmują inni ojcowie, co mogą widywać swe córki, kiedy im się
podoba. A ja niezawsze mogę je widywać; czy pan to pojmujesz ? Zato, gdy piękna pogoda,
idę na Pola Elizejskie, dowiedziawszy się poprzednio od służących, że córki moje tam będą.
Oczekuję ich na przesmyku; serce mi bije, gdy powozy się zbliżają; podziwiam ich piękność
podniesioną strojem wykwintnym, a one rzucają mi w przelocie miły uśmieszek, co niby
blask słońca rozpromienia mi świat cały. I stoję znów, czekając, aż będą wracały. I
spostrzegam je raz jeszcze ! Powietrze je odświeżyło, zarumieniło im twarze. Słyszę, jak
wszyscy mówią dokoła : Jaka to piękna kobieta ! Serce mi się raduje, boć to
przecie krew moja ! Kocham rumaki, co je unoszą i chciałbym być pieskiem, którego one
trzymają na kolanach. Ich uciecha, to życie moje. Każdy kocha po swojemu; moje
przywiązanie nie szkodzi nikomu, pocóż więc ludzie mną się zajmują? Ja-m tak szczęśliwy w
swojém przekonaniu ! Czyliż się to prawu sprzeciwia, że ja idę popatrzeć na córki
95
w chwili, gdy się one na bal wybierają? Jakże-m zmartwiony, gdy się spóźnię, i służący mówi
mi: Pani już nie ma. Paz czekałem aż do trzeciej po północy, żeby spojrzeć na
Naście, której przez dwa dni nie widziałem. Zato ledwie-m nie skonał z radości. O mnie nie
mów pan, proszę, chyba po to, by ocenić dobroć mych córek. One chciałyby obsypać mię
rozlicznemi darami, ale ja nie dopuszczam do tego: Bierzcież swoje pieniądze, powiadam.
Cóż chcecie, żebym z niemi robił? Mnie nic nie trzeba. W samej rzeczy, łaskawy panie, cóż ja
jestem? nędzny trup, którego dusza przebywa zawsze z córkami. Gdy pan zobaczysz
baronowę de Nucingen, to powiesz mi, która ci się lepiej podoba — dodał poczciwiec po
chwili, widząc, że Eugieniusz wybiera się do Tuilleries, by tam oczekiwać chwili, w której
można będzie udać się do pani de Beauséant.
Przechadzka ta miała wielki wpływ na los studenta. Kilka kobiet zwróciło nań uwagę. Bo też
był tak piękny, tak młody, tak elegancki we wszystkich swych ruchach! Widząc, że jest
przedmiotem powszechnej uwagi i podziwu, zapomniał zupełnie o siostrach, o ciotce
zubożałej i o wszystkich zasadach cnotliwych; nad głową jego przeleciał ów demon, którego
tak łatwo wziąć za anioła, ów szatan o skrzydłach tęczowych, co rozsiewa rubiny, wypuszcza
swe strzały złociste na szczyty pałaców, oblewa rumieńcem twarze kobiece, przyodziewa
próżnym blaskiem trony wątpliwego pochodzenia; usłuchał głosu ducha próżności, której
blichtr bierzemy nieraz za godło potęgi. Słowa Vautrin'a, pomimo całego cynizmu, utkwiły
mu w sercu tak głęboko, jak się wrażają w pamięć dziewicy wstrętne rysy starej faktorki,
która jéj szepce do ucha : Złoto i miłość popłyną ci strumieniem ! Po bezcelowej
przechadzce, Eugieniusz udał się koło godziny piątej do pani de Beauséant, gdzie został
rażony jednym z tych pocisków okrutnych, przeciw którym serca młode bywają zawsze
bezbronne. Dotychczas wicehrabina przyjmowała go zwykle z uprzejmością serdeczną i z
owym wdziękiem pełnym słodyczy, który się nabywa przez wychowanie arystokratyczne, ale
wtedy tylko jest prawdziwym, gdy z serca pochodzi. Dziś pani de Beauséant powitała go
oziębłem skinieniem głowy i rzekła krótko:
— Panie de Rastignac, nie mogę przyjąć pana w téj chwili ! jestem zajęta...
Dla Rastignac'a, który nauczył się już patrzeć na wszystko okiem badawczém, słowa te, ruch,
spojrzenie, dźwięk głosu, były historyą charakteru i obyczajów całej kasty. Ujrzał żelazną
rękę pod rękawiczką jedwabną, prywatę i egoizm pod wdziękiem udanym, drzewo pod
lakierem. Usłyszał nakoniec to wszechwładne Ja, które się odzywa i pod pióropuszem
królewskim i pod hełmem ostatnie-
96
go rycerza. Eugieniusz zawierzył nazbyt łatwo jéj słowu i zaufał szlachetności kobiety. Jak
wszyscy nieszczęśliwi, zawarł chętnie przymierze rozkoszne, które łączy dobroczyńcę z
obdarowanym. Pierwszy paragraf tego przymierza uświęca zupełną równość serc
szlachetnych. Dobroczynność łączy najściślej dwie istoty , jest-to uczucie niebiańskie,
uczucie niepojęte i rzadkie, jak miłość prawdziwa. I dobroczynność i miłość jest udziałem
dusz wzniosłych. Rastignac pragnął być na balu u księżnej Carigliano, zniósł zatem ten objaw
złego humoru wice-hrabiny.
— Pani — wyrzekł głosem wzruszonym — nie śmiałbym pani utrudzać, gdyby tu nie szło o
rzecz ważną; pozwól mi pani zaczekać trochę, może później znajdziesz chwilę swobodną,
którą mi zechcesz poświęcić.
— Dobrze więc, zapraszam dziś pana na obiad — odrzekła zawstydzona trochę szorstkością
słów swoich; w gruncie bowiem była to kobieta dobra i szlachetna.
Eugieniusza wzruszyła taka zmiana raptowna, pomimo to jednak, odchodząc rzekł do siebie:
Czołgaj się, znoś wszystko ! Jakież-to muszą być inne kobiety, skoro najlepsza z nich, w
chwili złego humoru, zapomina o obietnicy i obchodzi się z tobą, jak z trzewikiem zużytym?
A więc każden dba tylko o siebie! Wprawdzie dom jéj nie jest sklepem, i moja-to wina, że
potrzebuję jéj pomocy. Dobrze mówi Vautrin, trzeba stać się kulą armatnią.
Gorzkie rozmyślania studenta rozwiały się bez śladu, gdy przypomniał sobie, że czeka go
przyjemny obiad u wice-hrabiny. Dziwna fatalność kierowała najdrobniejszemi wypadkami
jego życia, usiłując popchnąć go na drogę, na której, według słów strasznego sfinksa z
gospody Vauquer, trzeba było, jak na polu bitwy, zabijać, żeby nie być zabitym, oszukiwać,
żeby nie być oszukanym. Wchodząc na tę drogę, trzeba było odrzucić sumienie i serce, a
wdziać maskę i okpi-wać ludzi bez litości, trzeba było, jak w Lacedemonii, uchwycić
szczęście pokryj omu, żeby zasłużyć sobie na wieniec.
Gdy Eugieniusz przyszedł na obiad, wice-hrabina spotkała go ze zwykłą sobie dobrocią.
Oboje udali się do sali jadalnej, gdzie już wicehrabia oczekiwał żony. Trzeba było podziwiać
przepych stołu, który, jak wiadomo, podczas Restauracyi posunięty był do najwyższego
stopnia. Pan de Beauséant, jak wszyscy ludzie przesyceni, znajdował jedyną przyjemność w
dobrem jedzeniu; można go było zaliczyć do smakoszów szkoły Ludwika XVIII i księcia
Escars ; to też stół jego odznaczał się zastawą zbytkowną i wytwornemi potrawami. Był-to
widok nieznany dla Eugieniusza, który nigdy jeszcze nie był w takim domu, gdzie
wytworność i zbytek przechodzą z pokolenia na pokolenie. Wyszły już były z mody kolacye
dawane na zakończe-
97
nie balów za czasów Cesarstwa, na których wojskowi nabierali sił, ażeby być w
przygotowaniu na wszelkie potyczki, które musieli staczać w kraju i za jego obrębem.
Eugieniusz zaczynał już nabierać téj pewności siebie, która miała być w późniejszym czasie
jedną z cech jego charakteru, i to powstrzymało go od okazania głupowatego zachwytu. Po
raz pierwszy oglądał tu srebra rzeźbione i tysiączne wymysły zbytkowego stołu, pierwszy raz
w życiu widział służbę krzątającą się bez najmniejszego hałasu, a żywa wyobraźnia
przedstawiała mu całą wyższość tego życia wykwintnego wobec niedostatku, na który chciał
się skazać rano. Przeniósł się myślą na chwilę do swéj gospody mieszczańskiej i uczuł tak
silny wstręt, że przysiągł sobie opuścić ją w styczniu i przeprowadzić się do schludniej szego
mieszkania, a zarazem uwolnić się od Vautrin'a, którego dłoń szeroką czuł na swém ramieniu.
Wziąwszy na uwagę zepsucie ukryte i jawne, które ukazuje się w Paryżu pod tysiącznemi
postaciami, rozsądny człowiek zadaje sobie pytanie, jak rząd mógł zgromadzić tu młodzież
zakładając szkoły; jakim cudem piękne kobiety mogą tu być szanowane i jakim sposobem
złoto wystawione u wekslarzy nie znika czarodziejskim sposobem z ich szkatułek ? Lecz, z
drugiej strony, kto się zastanowi nad tern, że w Paryżu młodzież popełnia tak niewiele
zbrodni, że nawet nie jest zbyt pochopną do występku, ten musi skłonić głowę z szacunkiem
przed wytrwałemi Tantalami, którzy walczą z sobą niezmordowanie i najczęściej zwycięztwo
odnoszą ! Chcąc pokazać najdramatyczniejszą stronę dzisiejszej naszej cywilizacyi, trzebaby
odmalować dobrze walkę, jaką biedny student musi staczać z Paryżem.
Pani de Beauséant spoglądała ciągle na Eugieniusza, spodziewając się, że powie, po co dziś
przyszedł do niéj, lecz młody człowiek nie chciał dotykać tego przedmiotu w obecności wice-
hrabiego.
— Czy jedziemy dziś razem na operę? — zapytała wice-hrabina zwracając się do męża.
— Nie możesz wątpić, że całem sercem chciałbym ci być posłusznym — odrzekł wice-hrabia
z udaną zalotnością, którą student wziął za dobrą monetę, — ale dziś muszę być koniecznie w
Teatrze Rozmaitości, bo potrzebuję się widzieć z pewną osobą.
— Z kochanką — pomyślała wice-hrabina.
— Alboż d'Adjuda dziś nie będzie? — zapytał małżonek.
— Nie — odparła żona z niechęcią.
— Ha! jeżeli ci koniecznie potrzeba towarzysza, to wesprzyj się na ramieniu pana de
Rastignac.
Wice-hrabina spojrzała na Eugieniusza z uśmiechem.
98
— To mogłoby pana bardzo narazić — powiedziała.
— Francuz kocha się w niebezpieczeństwie, bo wśród niebezpieczeństw sława się zdobywa,
tak mówi pan de Chateaubriand — odparł Eugieniusz z ukłonem.
Po chwili rącze konie niosły go wraz z panią de Beauséant do modnego teatru. Weszli do
jednej z łóż położonych naprzeciw sceny i Eugieniusz sądził, że się znalazł w jakimś
czarodziejskim świecie, bo wszystkie lornetki zwróciły się na niego i na panią de Beauséant,
która miała na sobie strój przepyszny. Z zachwytu w zachwyt przechodził.
— Chciałeś pan ze mną pomówić — rzekła pani de Beauséant. — Ach! patrz pan, oto pani
Nucingen znajduje się w trzeciej loży za nami. Siostra jéj i pan de Trailles są po drugiej
stronie.
Mówiąc to wice-hrabina spoglądała na lożę Bochefidów. Przekonała się, że markiza tam nie
ma i twarz jéj zajaśniała wyrazem zadowolnienia.
— Jaka ona prześliczna! — powiedział Eugieniusz, przyglądając się pani Nucingen.
— Ma takie jasne rzęsy.
— Tak, ale co to za kibić wysmukła!
— Ręce jéj są zbyt duże.
— Ale jakie piękne oczy!
— Twarz ma za długą.
— Ściągłe rysy nadają jéj jakiś wyraz szlachetny.
— To całe jéj szczęście. Patrz pan tylko, jak ona podnosi i opuszcza lornetkę! Goriot przebija
się we wszystkich jéj poruszeniach — mówiła dalej wice-hrabina ku wielkiemu zdziwieniu
Eugieniusza.
Pani de Beauséant patrzyła na salę i zdawała się nie zwracać wcale uwagi na panią de
Nucingen, a jednak widziała najlżejsze jéj poruszenie. Wśród publiczności było bardzo wiele
pięknych kobiet; ale Delfina de Nucingen spostrzegła odrazu, że młody kuzynek pani de
Beauséant zajęty był wyłącznie jéj osobą i tryumfowała na myśl, że piękny i wytworny
młodzieniec nikogo nad nią nie widzi.
— Panie de Rastignac, jeżeli pan nie przestaniesz wpatrywać się w nią tak uporczywie, to
możesz jaki skandal wywołać. Nic pan nie zrobisz, jeżeli tak odrazu będziesz się rzucał
ludziom na szyję.
— Droga kuzynko — rzekł Eugieniusz — opieka twoja nieraz już mi się przydała; jeżeli
zechcesz dokończyć dzieła, to będę cię prosił tylko o jedne łaskę; z twéj strony, pani, nie
wielka to ofiara, a dla mnie rzecz niezmiernej wagi. Muszę wyznać, żem zakochany.
— Już?
— Tak jest.
99
— I to w téj kobiecie?
— Czyżby moje uczucie nie zostało odtrącone gdzieindziej? — zapytał Eugieniusz,
zatrzymując na kuzynce wzrok przenikliwy. Księżna de Carigliano żyje w przyjaźni z księżną
de Berry, pani musisz znać ją dobrze, otóż chcę prosić, byś raczyła przedstawić mię księżnej i
zabrała mię z sobą na bal, który ma być u niéj w poniedziałek. Spotkałbym tam panią de
Nucingen i mógłbym przystąpić do pierwszego ataku.
— Z największą chęcią — odparła wice-hrabina. — Jeżeli to prawda, żeś pan ją odrazu sobie
upodobał, to jestem pewna, że twe sprawy sercowe pójdą doskonale. Widzisz pan de Marsay'a
w loży księżnej Galathionne? Pani de Nucingen jest w rozpaczy, dla niéj to męka prawdziwa.
W takiej chwili najlepiej jest właśnie zbliżyć się do kobiety, a mianowicie do takiej żony
bankiera. Wszystkie te panie z Chaussée d’Antin lubią bardzo zemstę.
— A pani cóżbyś robiła w takim razie?
— Ja cierpiałabym w milczeniu.
W téj chwili margrabia d’Adjuda ukazał się w loży pani de Beauséant.
— Spieszno mi było przyjść tutaj i dlatego byle jak pokończyłem dziś wszystkie sprawy —
rzekł markiz. — Wyznaję to przed panią, żeby postępek mój stracił charakter ofiary.
Oblicze wice-hrabiny jaśniało dziwnym blaskiem. Eugieniusz pojął dopiero, jak to się
przejawia miłość prawdziwa, która w niczém nie jest podobna do przesadnej kokieteryi
paryskiej.
Popatrzył na kuzynkę z niemém uwielbieniem, poczém westchnął i ustąpił swe miejsce panu
d’Adjuda. Jakże szlachetną, jak wzniosłą istotą jest kobieta, która umie kochać duszą
całą! rzekł do siebie. Czyliż ten człowiek miałby ją zdradzić dla jakiej lalki bezdusznej! Czyż
podobna ją zdradzić? Wściekłość bezsilna zawrzała mu w sercu. Chciałby rzucić się do
nóg pani de Beauséant, chciałby mocą piekielną przenieść ją do swego serca, jak orzeł
porywa białe jagniątko, co spoczywało u boku swéj matki, i unosi je z doliny, w górę, do
gniazda swojego. Był smutny i upokorzony, bo nie miął jeszcze kochanki, nie posiadał
własnego obrazu w tém olbrzymiém Muzeum piękności. Mieć kochankę, myślał sobie, i
zajmować w świecie stanowisko prawie królewskie, to jest prawdziwy dowód potęgi! I
spojrzał na panią de Nucingen, jak człowiek znieważony spogląda na swego przeciwnika.
Wice-hrabina zwróciła się ku niemu i wynurzyła mu w jedném mgnieniu oka serdeczną
wdzięczność za jego dyskrecyą. Akt pierwszy skończył się właśnie.
— Czy znasz pan dostatecznie panią de Nucingen, żeby przed-
100
stawić jéj pana de Rastignac? — zapytała wice-hrabina margrabiego
d'Adjuda.
— Pani de Nucingen będzie bardzo rada poznać pana — rzekł markiz.
Piękny Portugalczyk powstał i ujął studenta pod ramię. Za chwilę obaj stanęli przed panią de
Nucingen.
— Mam honor przedstawić pani kawalera Eugieniusza de Rastignac, kuzyna wice-hrabiny de
Beauséant. Osoba pani sprawia na nim niezmierne wrażenie. Chcąc go uszczęśliwić,
postanowiłem ułatwić mu zbliżenie się do ubóstwianego ideału.
Markiz wymówił te słowa tonem żartobliwym, przez co złagodziła się myśl trochę gburowata,
która nie razi wcale kobiety, gdy jest dobrze wypowiedziana.
Pani de Nucingen uśmiechnęła się i wskazała Eugieniuszowi miejsce swego męża, który
wyszedł przed chwilą.
— Nie śmiem zachęcać pana, byś został ze mną — wyrzekła. — Kto ma szczęście znajdować
się przy pani de Beauséant, ten nie opuszcza swego stanowiska.
— Zdaje mi się — rzekł Eugieniusz po cichu — że kuzynka będzie mi wdzięczna, gdy
pozostanę przy pani. Przed przybyciem pana markiza — dodał głośno — mówiliśmy właśnie
o pani i zastanawialiśmy się nad dystynkcyą, która panią cechuje.
Pan d'Adjuda wyszedł.
— Więc pan na prawdę pozostajesz ze mną? — rzekła baronowa. — Poznamy się bliżej, a
pani de Restaud obudziła we mnie wielką chęć poznania pana.
— Widzę, że pani de Restaud jest bardzo przewrotna, bo przecie zakazała wpuszczać mię do
swego domu.
— Jak-to?
— Wyznam sumiennie, w jaki sposób przyszło do tego, lecz powierzając pani tajemnicę,
błagam o jak największą pobłażliwość. Sąsiaduję oddawna z ojcem pani. Nie wiedziałem, że
pani de Restaud jest jego córką i byłem tak nieostrożny, żem najniewinniéj w świecie
wspomniał o panu Goriot przed siostrą pani, przez co obraziłem na siebie i ją i jéj męża. Nie
umiem pani opowiedzieć, jak surowo księżna de Langeais i moja kuzynka potępiały tę
apostazyą córki. Opowiadałem im całą scenę, a one śmiały się do upadłego. Pani de
Beauséant porównywała ciebie, pani, z twą siostra, odzywała się bardzo przychylnie o pani i
opowiadała mi, żeś nieskończenie dobra dla mego sąsiada, pana Goriot. Bo i jakże mogłabyś
pani nie kochać tego człowieka? on ubóstwia panią tak namiętnie, że ja zaczynam być
zazdrosnym o to. I dzisiaj przez dwie godziny mówiliśmy z nim o pani. Byłem przejęty
słowami pana
101
Goriot i powiedziałem dziś przy obiedzie kuzynce mojej, że niepodobieństwem jest, abyś pani
była również piękną, jak jesteś kochającą. Gorące moje uwielbienie podobało się pani de
Beauséant, która zabrała mię na operę, mówiąc ze zwykłym swym wdziękiem, że będę mógł
sam zobaczyć panią.
— Jak-to — rzekła bankierowa — jużeś pan zasłużył na mą wdzięczność? Jeżeli tak pójdzie,
to będziemy wkrótce dobremi przyjaciółmi.
— Wierzę, że przyjaźń dla ciebie, pani, nie byłaby uczuciem pospolitém, pomimo to,
przyjacielem twym nie chcę być nigdy.
Kobietom podobają się takie głupstwa stereotypowe, do których uciekają się zwykle
debiutanci. Wydają się one bezmyślne, gdy je na zimno czytamy, lecz ruch, wyraz głosu i
spojrzenie młodzieńca nadają im wartość nieocenioną. Pani de Nucingen zauważyła, że
Rastignac jest nadzwyczaj miłym chłopakiem. Nie mogąc odpowiedzieć na śmiałą jego
mowę, uciekła się do zwykłej taktyki kobiecej i zaczęła mówić o czém inném.
— Tak jest, siostra moja krzywdzi siebie, postępując w ten sposób z biednym naszym ojcem,
który był dla nas istną Opatrznością. Co do mnie, to uległam wtedy dopiero, gdy pan de
Nucingen rozkazał mi wyraźnie, bym przyjmowała ojca tylko o rannych godzinach. Ale
płakałam z téj przyczyny i byłam długo bardzo nieszczęśliwa. To okrucieństwo mego męża,
który i przedtem już zdradzał charakter brutalski, przyczyniło się najwięcej do zakłócenia
harmonii naszego pożycia. Ludzie myślą pewnie, żem ja najszczęśliwsza ze wszystkich kobiet
w Paryżu, a w rzeczy samej, jam bardzo nieszczęśliwa. Mogę się wydać nierozsądną, że się
tak zwierzam przed panem. Lecz pan znasz mego ojca, a z tego tytułu i dla mnie obcym nie
jesteś.
— Pani nie spotkasz w życiu drugiego człowieka, coby tak szczerze jak ja pragnął należeć do
pani — rzekł Eugieniusz. — Czegóż panie wszystkie szukacie? Szczęścia — ciągnął dalej
głosem przenikającym do głębi duszy.
— A na czemże zasadza się szczęście kobiety? Na tem, żeby być kochaną, ubóstwianą, żeby
mieć przyjaciela, któremu można powierzyć wszystkie pragnienia i zachcianki, każde
skąpienie i radość każdą; przed którym można otworzyć duszę do dna, nie obawiając się
zdrady, i ukazać wszystkie jéj wady miluchne i wszystkie piękne przymioty. Wierz mi pani,
takie serce oddane i namiętne może uderzać tylko w piersi młodzieńca, co się jeszcze nie
pozbył swych złudzeń i gotów umrzeć na skinienie kobiety, co nie zna świata i nie pragnie go
poznać, bo kochanka jest mu światem całym. Ja, widzi pani, przybywam z głębi prowincyi —
proszę się nie śmiać z mej naiwności — jam tak niedoświadczony,
102
bo dotychczas tylko piękne dusze spotykałem na świecie. Sądziłem, że się obejdę bez miłości,
lecz spotkałem kuzynkę, która pokazała mi zblizka swoje serce i pozwoliła się domyślić
niezmierzonych skarbów namiętności. Teraz jestem, jak Cherubin, kochankiem wszystkich
kobiet, aż dopóki nie przyjdzie czas, że jednej z nich oddam cała duszę. Przyszedłszy tu,
zobaczyłem cię, pani, i zdało mi się, że prąd jakiś popycha mię ku tobie. Jam tyle już myślał
przedtem o tobie, pani! Lecz nawet w marzeniu nie mogłem cię wyobrazić tak piękną, jak
jesteś na jawie. Pani de Beauséant zabroniła mi patrzeć na panią bez przerwy. O, bo ona nie
pojmuje, jak to miło patrzeć na takie usteczka różane, na taką płeć białą i takie oczy łagodne.
Teraz i ja mówię nierozsądnie, lecz pozwól mi pani tak mówić.
Kobiety lubią niezmiernie, gdy im kto prawi słodkie słówka, Najsurowsza skromnisia słucha
ich chętnie, wtedy nawet, gdy nie może na nie odpowiedzieć. Po takim wstępie, Eugieniusz
plótł zalotnie stłumionym głosem wszystko, co tylko na myśl mu przyszło. Pani de Nucingen
zachęcała go uśmiechem, pomimo to jednak spoglądała od czasu do czasu na de Marsay'a,
który nie opuszczał loży księżnej Galathionne. Rastignac pozostał przy pani de Nucingen, aż
dopóki mąż po nią nie przyszedł.
— Będę bardzo szczęśliwy — rzekł Eugieniusz — jeżeli pani pozwoli, żebym złożył jéj
swoje uszanowanie przed balem księżnej de Carigliano.
— Jeszeli baronofa saprasza pana — rzekł sam baron tłusty Alzatczyk, o twarzy okrągłej,
która zdradzała niebezpieczną przenikliwość — to upefniam, że bandziesz pan u nas gościem
posządanym.
— Poszło mi wcale nieźle, bo ona niebardzo się przestraszyła, gdym zapytał: Czy będziesz
mię kochała? Bydlę moje już okiełznane, wskoczmy teraz na nie i kierujmy niém wedle
upodobania.
Tak myślał Eugieniusz, idąc pożegnać panią de Beauséant, która powstała, i zabierała się do
wyjścia wraz z panem d'Adjuda, Biedny student nie wiedział, że baronowa była dziś
roztargniona, gdyż oczekiwała od de Marsaya jednego z tych listów, od których się serce
krwawi... Eugieniusz, szczęśliwy z mniemanego powodzenia, towarzyszył wice-hrabinie aż
do przedsionka, gdzie trzeba było zaczekać na powóz.
— Kuzynek pani nie podobny do siebie samego — zaśmiał się markiz po odejściu
Eugieniusza. — On gotów bank rozbić. Zwinny jest jak węgorz, i zdaje mi się, że daleko
zajdzie. To też pani tylko mogłaś mu dobrać taką kobietę, która potrzebowała, by ja ktoś
pocieszył.
103
— To tylko pytanie — rzekła pani de Beauséant — czy ona nie kocha jeszcze tego, który ją
porzucił.
Student szedł piechotą z Teatru Włoskiego na ulicę Neuve-Sainte-Genevieve, tworząc sobie
w myśli najpiękniejsze plany na przyszłość. Widział on dobrze, że pani de Bestaud
przyglądała mu się z wielką uwagą, najpierw, gdy się znajdował w loży wice-hrabiny, a
później, gdy siedział obok pani de Nucingen; to mu dało nadzieję, że dom hrabiny otworzy się
przed nim nanowo. Mógł już rachować na cztery ważne stosunki w samem sercu arystokracyi
paryskiej, bo nie wątpił, że potrafi się również podobać pani marszałkowéj. Nie zastanawiając
się zbytecznie nad środkami, odgadł zawczasu, że w zawiłej grze spraw tego świata, trzeba
uczepić się za system kół, żeby się dostać na wierzch machiny, a czuł w sobie dość siły, żeby
je zahamować.
Jeżeli pani de Nucingen zajmie się mą osobą, to ja nauczę ją panować nad mężem. Mąż
ten robi interesa pieniężne, więc i ja z jego pomocą będę mógł prędko dorobić się
fortuny. Nie sformułował tego tak jasno; nie był jeszcze dość dobrym politykiem, by
pojąć dokładnie swe położenie, ocenić je i obrachować, jakie korzyści mogą z niego
wypłynąć; myśli jego unosiły się na widnokręgu w kształcie lekkich obłoczków; nie było w
nich jeszcze cierpkości właściwej rozumowaniom Vautrin'a, a jednak ogniowa próba
sumienia odkryłaby w nich wiele złego. Takie-to tranzakcye doprowadzają zwolna do téj
łatwej moralności, którą wyznaje pokolenie współczesne. Dziś trudniej niż kiedy spotkać
człowieka prawego, o woli silnej, co się nigdy nie nagnie ku złemu ; człowieka, dla którego
najmniejsze zboczenie z prostej drogi jest zbrodnią niedarowaną ; trudniej dziś o wspaniałe
wzory uczciwości, którym zawdzięczamy dwa arcydzieła, najpierw Ałcesta Moliera, później
Jenny Deans i jéj ojca w dziele Walter-Scotta. Kto wié, może nie mniej piękny, nie mniej
dramatyczny byłby obraz przedstawiający drogi wykrętne, na które człowiek ambitny
popycha swe sumienie, idąc do celu obok z występkiem i starając się o zachowanie pozorów.
Wracając do swéj gospody, Rastignac rozkochał się na dobre w pani de Nucingen, która
wydała mu się teraz lekka i wysmukła jak jaskółka. Wyobraźnia malowała mu żywo
upajającą słodycz jéj oczu oraz płeć białą i przejrzystą, przez którą widać było, jak krew
przebiegała falą różową ; przypomniał sobie połysk włosów jasnych i czerwony dźwięk jéj
głosu. Być może, że chód prędki, co krew jego wprawiał w szybszy obieg, potęgował jeszcze
tę grę wyobraźni. Student zapukał silnie do drzwi ojca Goriot.
— Sąsiedzie — zawołał - widziałem panią Delflnę.
— Gdzie?
104
— W Teatrze Włoskim.
— Jakże się ona bawiła? Ale proszę wejść...
Mówiąc to, stary wstał w jednej koszuli, otworzył drzwi, poczém prędko powrócił do łóżka.
— O, mów-że mi pan o niéj — powiedział.
Eugieniusz znalazł się po raz pierwszy w mieszkaniu Goriot'a i osłupiał na widok nory, w
której żył ojciec, bo w téj chwili przyszła mu na myśl świetna tualeta córki. W oknie nie było
firanek; obicia poodskakiwały od ścian w skutek wilgoci i poskręcały się, ukazując w kilku
miejscach tynk zakopcony. Nieborak Goriot leżał w ubogiém łóżeczku, pod kołdrą cienką i
wyszarzaną; na nogach miał watowaną przykrywkę, na którą pani Vauquer ofiarowała
rozmaite kawałki, wybrane ze starych sukien. Podłoga była wilgotna i zapylona. Naprzeciw
okna stała komoda staroświecka z drzewa różanego, dziwnie pękata i ozdobiona rączkami
bronzowemi, które naśladowały winną latorośl uwiniętą liśćmi i kwiatami; nieco dalej widać
było stary zydel, na którym znajdował się dzban z wodą, miska i cały przybór do golenia. W
kącie stały trzewiki; w głowach, przy łóżku, mała szafka pozbawiona drzwiczek i płyty
marmurowej; dalej, w rogu komina, na którym nie było najmniejszego śladu ognia, widać
było stół czworogranny z drzewa orzechowego, na którym Goriot pogniótł niedawno srebrną
wazę. Biurko, na którem leżał kapelusz starego, fotel wyplatany i dwa krzesła dopełniały
nędznego umeblowania. Nad łóżkiem, żerdź przywiązana szmatą do stołowania,
podtrzymywała kotarę z nędznej jakiejś tkaniny w kraty czerwone i białe. Najbiedniejszy
tragarz, co mieszka gdzieś na poddaszu, posiada bez wątpienia sprzęty porządniejsze od tych,
któremi pani Vauquer zapełniła mieszkanie Goriot'a. Serce się ściskało i chłód przejmował na
widok téj izdebki przypominającej najsmutniejszą celę więzienną. Eugieniusz postawił świecę
na szafce przy łóżku ; szczęściem Godot nie zwrócił uwagi na twarz jego, która zdradzała
uczucia wewnętrzne. Stary zwrócił się ku niemu, otulając się kołdrą aż po sarnę brodę.
— No, którąż pan wolisz? panią de Restaud, czy panią de Nucingen?
— Wolę panią Delfinę, bo ona szczerzej kocha pana — rzekł student.
Na te słowa serdeczne stary wyciągnął rękę z pod kołdry i ścisnął dłoń Eugieniusza.
— Dziękuję, dziękuję — rzekł głosem wzruszonym. — Cóż ona mówiła o mnie?
Student powtórzył wyrazy baronowej, upiększając je po swojemu, a stary słuchał tego jak
słów bożych.
105
— Drogie dziecię! o tak, tak, ona mię szczerze kocha. Lecz nie wierz pan temu, co mówiła o
Anastazyi. Widzisz pan, one zazdroszczą jedna drugiej; lecz to dowodzi tylko ich
przywiązania. I pani de Restaud kocha mię również; wiem to dobrze. Ojciec pojmuje swe
dzieci, tak jak Bóg ludzi pojmuje; ojciec widzi głąb ich serca i przenika ich zamiary. Córki
moje kochają mię jednakowo. O jakżebym ja był szczęśliwy, gdyby los zdarzył mi był
lepszych zięciów. Ale nie ma widocznie zupełnego szczęścia na ziemi. Czemuż nie mieszkam
u nich ! Nie pragnąłbym nic więcej, tylko słyszeć ich głosy, wiedzieć, że są niedaleko,
widzieć je, gdy przychodzą i wychodzą znowu, tak jak za owych czasów, gdy jeszcze u mnie
mieszkały; o czuję, jak serce skakałoby mi z radości. Czy one były dziś pięknie ubrane ?
— Tak — odparł Eugieniusz. — Ale, panie Goriot, powiedz mi pan, jak możesz mieszkać w
takiej dziurze, kiedyś tak bogato powydawał córki za mąż?
— A co-by mnie z tego przyszło, gdybym miał lepsze mieszkanie? — rzekł napozór niedbale.
— Już-to ja nie potrafię tego wytłumaczyć, bo nie umiem dwóch słów zwięźle powiedzieć.
Cała moja istota tu się mieści — dodał, przyciskając rękę do serca. — Żyję tylko życiem
mych córek. Jeżeli one się bawią; jeżeli są szczęśliwe i postrojone; jeżeli stąpają po miękkich
kobiercach : to cóż mię obchodzi, z jakiego sukna zrobione moje odzienie i jak wygląda kąt,
w którym mam noc przepędzić?... Ja zimna nie czuję, gdy wiem, że im ciepło, i nudów nie
znam, gdy wiem, że one się śmieją. Nic mię w świecie nie smuci oprócz ich zmartwienia.
Gdy pan zostaniesz ojcem, gdy posłyszysz szczebiot swych dzieci i powiesz sobie : To
cząstka mojej istoty! gdy poczujesz, że te maleństwa, które są kwiatem krwi twojej, każdą jéj
kropelką połączone są z tobą: to będzie ci się zdawało, żeś zrośnięty z niemi, że odczuwasz
krok ich każdy. Ja słyszę wszędzie głos moich córek, jedno smutne spojrzenie ich oczu krew
we mnie ścina. Kiedyś i pan się przekonasz, że szczęście dzieci naszych stokroć nam droższe
od szczęścia własnego. Nie potrafię panu tego wytłómaczyć: są-to jakieś wzruszenia
wewnętrzne, od których błogo się człowiekowi robi. Jedném słowem, ja żyję życiem
potrójnem. Chcesz pan, to ci powiem coś zabawnego. Wiesz, kiedym ja pojął Boga? wtedy,
gdy ojcem zostałem. Bóg jest całą swą Istotą obecny na każdem miejscu, bo stworzenie całe
wyszło z Niego. Otóż taki sam stosunek łączy mnie z memi córkami. Tylko jam córki ukochał
mocniej, niż Bóg świat kocha, bo świat nie jest tak piękny jak Bóg, a córki moje piękniejsze
są ode-mnie. Dusza moja tak ściśle z niemi połączona, że dziś naprzykład miałem przeczucie,
że pan je zobaczysz. Mój Boże! gdyby się zna-
106
lazł człowiek, co-by mojej Delfince dał zakosztować takiego szczęścia, jakiego doznaje
kobieta szczerze kochana, to ja-bym mu buty czyścił, wszystkie jego rozkazy spełniałbym
najskwapliwiéj. Dowiedziałem się od pokojówki Delfiny, że ten mały de Marsay jest psem
niegodziwym. O, świerzbiałyż mi ręce, żeby mu kości pogruchotać. Bo jakto można nie
kochać tego klejnotu, téj kobiety, co ma głos słowiczy, a piękna jest jak posąg jaki! Gdzież
ona miała oczy, kiedy szła za tego bałwana Alzatczyka! O, im obydwom należało wybrać
sobie pięknych młodzieńców. Ale cóż, zrobiły, jak chciały!
Ojciec Goriot wzniosły był w téj chwili. Nigdy dotąd Eugieniusz nie widział go w całym
blasku miłości ojcowskiej. Zaiste, jest-to rzecz godna uwagi, jaką siłę porywającą posiadają
uczucia prawdziwe. Najpospolitsze stworzenie przemienia się pod wpływem szczerego i
potężnego uczucia; z serca jego wypływa prąd jakiś niepojęty, który odmienia wyraz
fizyognomii, ożywia ruchy, głosowi nadaje dźwięk nowy. Często istota tępa i nierozwinięta
może, pod wpływem namiętności, zadziwić wielką wymową myśli, jeżeli nie słowa; rzekłbyś,
że w takiej chwili przenosi się w jakieś sfery promienne. I z naszym poczciwcem stało się to
samo : głos i ruchy jego nabrały tej siły udzielającej się, jaka cechuje zwykle znakomitego
aktora. Ale, czyż najpiękniejsze uczucia człowieka nie są poezyą jego pragnień?
— To pan dowiesz się z przyjemnością, że pani Delfina zerwie prawdopodobnie z tym de
Marsay'em. Gagatek ten porzucił ją dla księżnej Galathionne. Co do mnie, muszę wyznać, że-
m się zakochał w pani Delfinie.
— Czy być może? — zawołał ojciec Goriot.
- Tak jest; i ja-m się Jej dosyć podobał. Przez całą godzinę mówiliśmy o miłości, a po jutrze,
to jest w sobotę, zamierzam być u niej.
- O, mój drogi panie! jakże ja cię kochać będę, jeżeli potrafisz jej się podobać. Pan jesteś
dobry; nie dręczyłbyś jéj pewnie. A gdybyś ją zdradził, to trzeba wiedzieć, że ja-bym cię
zabił. Bo to, widzisz, kobieta nie kocha dwa razy. Ale, Boże mój, co ja plotę! Panie
Eugiemuszu, tu za zimno dla pana. Mój Boże wiec pan z nią mówiłeś ? Co mi kazała
powiedzieć?
- Nic - rzekł Eugieniusz w duchu. - Kazała powiedzieć - dodał głośno - ze przysyła panu
serdeczny pocałunek córki.
— Bądź zdrów, sąsiedzie; śpij dobrze. Obyś miał sny przyjemne; ja będę marzyć błogo o tym
jednym wyrazie, któryś mi przymosł od niej Niech Bóg spełni wszystkie twe życzenia! Byłeś
dziś dla mnie dobrym aniołem, przyniosłeś mi tchnienie méj córki.
107
— Biedaczysko — myślał Eugieniusz, kładąc się do łóżka — los jego może wzruszyć
najtwardsze serce. A córka tyle o nim myślała, co o Wielkim Mogole.
Od téj chwili Goriot widział w swym sąsiedzie przyjaciela i powiernika, którego los zdarzył
mu niespodzianie. Zawiązały się między niemi stosunki takie, jakie jedynie mogły zbliżyć
starego Goriot'a do zupełnie obcego człowieka. Namiętność nie myli się nigdy w rachubie.
Goriot przeczuwał, że sam zbliży się więcej do Delfiny, że będzie nawet milej widziany,
jeżeli Eugieniusz potrafi się jéj podobać. Przytém powierzył studentowi najcięższą z swych
boleści. Delfina nie zaznała jeszcze rozkoszy miłości, ta sama Delfina, o której szczęściu
ojciec marzył przynajmniej tysiąc razy na dzień. Eugieniusz zaś był, według jego zdania,
najmilszym w świecie młodzieńcem i mógł obudzić w sercu Delfiny uczucie, którego dotąd
nie znała. Nadzieja ta stała się pobudką przyjaźni dla młodego sąsiada, która się codzień
zwiększała, a bez której nie znalibyśmy zapewne rozwiązania niniejszej powieści.
Następnego poranku, przy śniadaniu, wszyscy stołownicy zdziwili się bardzo niezwykłemu
zachowaniu się Goriot'a. Stary spoglądał na Eugieniusza z wyraźną czułością; przy stole zajął
miejsce obok niego i kilkakrotnie wszczynał z nim rozmowę. Twarz Goriot'a, podobna
zwykle do maski gipsowej, wyglądała dziś zupełnie inaczej. Vautrin nie widział studenta od
czasu owéj długiej konferencyi; dziś spotkał go po raz pierwszy i usiłował wyczytać, co się w
jego duszy dzieje. Eugieniusz rozmyślał przeszłej nocy o szerokiej drodze życia, co się przed
nim otwierała, przyczém nie zapomniał oczywiście o posagu panny Taillefer; teraz zaś
spoglądał na nią mimowolnie takim wzrokiem, jakim najcnotliwszy młodzieniec patrzy na
bogatą dziedziczkę. Oczy ich spotkały się przypadkiem. Biedne dziewczę pomyślało, że
Eugieniusz prześlicznie wygląda w nowym stroju. Spojrzenie, które zamienili, było tak
znaczące, iż Rastignac pojął odrazu, że stał się dla niéj przedmiotem tych żądz niejasnych,
które dziewczę nosi zwykle w sercu, aż dopóki nie spotka istoty ponętnej, dla której to serce
uderzy. Nad uchem Eugieniusza głos jakiś wołał natrętnie : Osiemset tysięcy
franków! Lecz jednocześnie stanęło przed nim wspomnienie dnia, wczorajszego, i
pomyślał sobie, że uczucie wyrachowane dla pani de Nucingen mogło się stać skuteczną
prezerwatywą od tych myśli niedobrych, które mimowoli go prześladowały.
— Dawano wczoraj Cyrulika Sewilskiego — rzekł student. — Jaka-to rozkoszna ta muzyka
Rossiniego; nigdy-m jeszcze nic podobnego nie słyszał. Mój Boże ! co to za szczęście mieć
własną lożę w Operze Włoskiej!
108
Ojciec Goriot pochwycił w lot wyrazy studenta, tak jak pies zda się chwytać skinienie swego
pana.
— Dobrze to być mężczyzną — rzekła pani Vauquer — opływacie panowie jak pączki w
maśle i robicie wszystko, co się wam podoba.
— Jak pan wróciłeś do domu? — zapytał Vautrin.
— Piechotą — odparł Eugieniusz.
— Co do mnie — rzekł kusiciel — nie zadawalniałbym się półprzyjemnościami; chciałbym
pojechać powozem, przepędzić wieczór we własnej loży i wygodnie powrócić do domu.
Wszystko lub nic, to moja zasada.
— Bardzo chwalebna — rzekła pani Vauquer.
— Czy nie pójdziesz pan do pani de Nucingen? — rzekł Eugieniusz zcicha do Goriot'a. —
Jestem pewien, że przyjmie dziś pana z otwartemi rękoma, bo zechce dowiedzieć się tysiąca
drobnych szczegółów dotyczących mojej osoby. Wiadomo mi, że pani Delfina oddałaby
wszystko w świecie, żeby tylko być w domu kuzynki mojéj, wicehrabiny de Beauséant. Otóż
nie zapomnij pan powiedzieć baronowej, że ja zrobię wszystko, co będzie w mojéj mocy,
żeby spełnić jéj życzenie.
Rastignac odszedł pośpiesznie do Szkoły Prawa, pragnął bowiem jak najmniej czasu spędzać
w tym wstrętnym domu. Cały dzień prawie błąkał się bez celu, dręczony tą gorączką głowy,
której doznaje młodzież oddająca się zbyt wybujałej nadziei. Przechadzał się właśnie po
ogrodzie Luksemburskim, zatopiony w głębokich rozmyślaniach o życiu społecznem, na
które naprowadziło go rozumowanie Vautrin'a, gdy spotkał się oko w oko z Bianchon'em.
— Zkąd-żeś-to wziął tę minę poważną? — zapytał student medycyny, biorąc go pod ramię i
idąc z nim w stronę pałacu.
— Dręczą mnie myśli niedobre.
— Jakie? W każdym razie nie trudno się z nich wyleczyć.
— Jakim-że-to sposobem?
— Jedyny sposób: ulegać im bez oporu.
— Kpisz sobie, nie wiedząc, o co chodzi. Czytałeś Roussa?
— Czytałem.
— Czy przypominasz sobie ten ustęp, gdzie autor zapytuje, co-by czytelnik zrobił, gdyby
mógł, nie ruszając się z Paryża, siłą woli tylko zabić jakiegoś mandaryna w Chinach?
— Przypominam.
— I cóż ty na to ?
— Zachciałeś ! Ja myślę już o trzydziestym trzecim mandarynie.
109
— Nie żartuj. Słuchaj, gdybyś wiedział, że to rzecz prawdopodobna, że chodzi tylko o twe
skinienie, powiedz, jakbyś postąpił?
— A czy ten mandaryn bardzo stary? Wreszcie, młody czy stary, sparaliżowany czy zdrów,
co mi tam! słowo daję, że... Do licha! Nie, ja-bym się nie zgodził.
— Dzielny z ciebie chłopak, Bianchon! Ale, słuchaj jeszcze, gdybyś kochał kobietę tak, że
gotów-byś duszę za nią oddać i gdybyś potrzebował pieniędzy, masę pieniędzy, na stroje dla
niéj, na powóz, wreszcie na wszystkie jéj zachcianki?
— Ależ ty mi rozum odbierasz i chcesz, żebym rozumował.
— Słuchaj, Bianchon, wylecz mię, ja-m waryat. Mam dwie siostry, dwóch aniołów czystości i
wdzięku, i pragnę, żeby obie były szczęśliwe. Jak zdobyć przez pięć lat dwieście tysięcy
franków na posag dla nich ? Bywają, widzisz, takie okoliczności w życiu, że trzeba grać w grę
hazardowną, bo szkoda marnować szczęście na groszową wygrane.
— Ależ ty stawiasz pytanie, które spotyka każdego człowieka na progu życia, i chcesz
mieczem przeciąć węzeł gordyjski. Na to, mój kochany, trzeba być Aleksandrem, inaczej za
taki postępek można się oprzeć na galerach. Co do mnie, zadawalniam się skromną
egzystencyą, która mnie czeka na prowincyi, gdzie zajmę po-prostu miejsce mego ojca.
Pragnienia ludzkie zadawalniają się równie dobrze w najciaśniejszem kółku, jak i w
najszerszej przestrzeni. Napoleon nie jadał dwóch obiadów dziennie, a kochanek nie mógł
mieć więcej od pierwszego lepszego studenta. Szczęście ludzkie, mój drogi, musi się zawsze
pomieścić między podeszwą a wierzchołkiem głowy; raz płaci się za nie milion, drugi raz sto
luidorów, ale wartość jego wewnętrzna jest zawsze jednaka. Mojem więc zdaniem nie warto
godzić na życie twego Chińczyka.
— Dziękuję ci, Bianchon! Słowa twe przyniosły mi ulgę. Będziemy zawsze przyjaciółmi.
— Wiesz co ? — rzekł student medycyny — byłem na lekcyi Cuvier'a i wracając przez Ogród
Botaniczny, widziałem jak panna Michonneau i Poiret rozmawiali przed chwilą z pewnym
jegomościem, który w czasie przeszłorocznych zamieszek krążył zawsze w pobliżu Izby
Deputowanych. Coś mi się widzi, że to jest agent policyjny, który przybrał pozór uczciwego
mieszczanina. Zwróćmy baczną uwagę na tę parę: powiem ci później dlaczego. Bywaj zdrów;
o czwartej muszę odpowiedzieć na apel.
Po powrocie do domu Eugieniusz znalazł Ooriot'a, który nań oczekiwał.
— Patrz pan — rzekł stary — oto list od niéj. Cóż, czy nie ładne pismo?
110
Eugieniusz rozpieczętował list i przeczytał:
Dowiedziałam się od ojca, że pan jesteś zwolennikiem muzyki włoskiej. Byłabym
bardzo szczęśliwa, gdybyś zechciał przyjąć miejsce w mojej loży. W sobotę ma być Fodor i
Pellegrini, spodziewam się więc, że mi pan nie odmówisz. Pan de Nucingen prosi wraz ze
mną, żebyś pan zechciał być u nas na obiedzie. Obecność pańska będzie dla niego
niezmiernie pożądana, bo uwolni go od pełnienia pańszczyzny małżeńskiej, to jest od
towarzyszenia mi do teatru. Nie odpowiadaj pan, tylko przybądź osobiście przyjąć me
podziękowanie.
— Pokaż mi pan list — rzekł stary, widząc, że Eugieniusz skończył czytać. Pan nie
odmówisz, nie prawdaż ? - dodał wąchając papier. — Jak to pachnie! Wszak to jéj palce
dotknęły się do tego!
— Kobieta nie rzuca się tak pierwszemu lepszemu mężczyźnie na szyję - myślał student. —
Ja-m potrzebny jéj, jako przynęta na de Marsay'a. Chyba żal wielki mógł skłonić ją do takiego
postępku.
— No, o czemże pan myślisz? — zapytał ojciec Goriot.
Eugieniusz nie wiedział, że niektóre kobiety owéj epoki opanowane były szałem próżności;
nie wiedział, że taka bankierowa gotowa była ponieść największą ofiarę, byle tylko ułatwić
sobie przystęp do jakiego z domów na przedmieściu Saint-Germain. Moda ówczesna kazała
przenosić nad wszystkie kobiety te, które miały przystęp do wybranego kółka z przedmieścia
Saint-Germain; nazywano je paniami z Petit-Château, a pani de Beauséant, przyjaciółka jéj
księżna de Langeais i księżna de Maufrigneuse zajmowały najpierwsze miejsce w ich gronie.
Rastignac nie miał pojęcia o tém, jak namiętnie kobiety z Chaussée d'Antin pragnęły się
dostać do wyższej sfery, w której jaśniały konstelacye przynoszące chlubę płci pięknej.
Wszelako nieufność Eugieniusza nie przyniosła mu szkody; przeciwnie oziębiła go bardzo, a
przez to pozwoliła mu postawić własne warunki, zamiast przyjmować je od innych.
— Tak jest, pójdę — powiedział.
Teraz ciekawość tylko wiodła go do pani de Nucingen, ale kto wie, czy namiętność nie
popchnęłaby go ku téj kobiecie, gdyby ona wzgardziła nim na razie. Nie można wszakże
powiedzieć, żeby obojętnie oczekiwał dnia jutrzejszego i godziny, w której miał ujrzeć
baronową.
Pierwsza intryga jest dla młodzieńca prawie tak ponętna, jak pierwsza miłość. Pewność
powodzenia wyrządza tysiąc błogich uczuć, do których się mężczyźni nie przyznają, a które
stanowią cały powab niejednej kobiety. Zbytnia łatwość powodzenia tak samo
111
jak opór przyczynia się do podniecenia żądzy. To pewna, że wszystkie namiętności ludzkie
powstają pod wpływem jednej z tych dwóch przyczyn, które rozdzielają świat uczucia na dwa
obozy. Być może, że rozdział taki jest wynikiem ważnej kwestyi o znaczeniu temperamentu,
która bez zaprzeczenia rządzi społeczeństwem ludzkiém. Prawda, że melancholicy potrzebują
pobudzającego wpływu kokieteryi, lecz i to być może, że ludzie nerwowi lub sangwinicy
cofają się, gdy opór trwa zbyt długo. Innemi słowy, o ile elegia jest limfatyczna, o tyle znów
dytyramb jest wyłącznie żółciowy. Eugieniusz ubierał się starannie i napawał się tém
uczuciem zadowolnienia ze swéj osoby, którego młodzi ludzie nie śmieją zdradzić z obawy
śmieszności, a które jednak pochlebia bardzo ich miłości własnej. Zaczesując włosy myślał
sobie, że spojrzenie pięknej kobiety prześlicznie się po kruczych jego puklach. Mizdrzył się
po dziecinnemu, jak młode dziewczę, co się na bal stroi; przyglądał się z przyjemnością
wysmukłej swéj figurze i rozgładzał starannie fałdki surduta. To pewna, myślał, że można
znaleźć niezgrabniejszych ode mnie! Zszedł na dół w chwili, gdy wszyscy stołownicy byli już
zebrani do stołu i wysłuchał z uśmiechem głośnej salwy wykrzykników, które-mi przyjęto
strój jego wykwintny.
Jest-to rys charakterystyczny właściwy obyczajom gospody mieszczańskiej, że strój
wytworny zwykł obudzać między mieszkańcami niezmierne zdumienie. Na widok nowej
sukni każdy sąd swój wydać musi.
— Kt, kt, kt, kt — ozwał się Bianchon klaskając językiem jak gdyby zachęcał konia do biegu.
— Postawa księcia lub para, — rzekła pani Vauquer.
— Może się pan wybiera na podboje? — zagadnęła panna Michonneau.
— Kukuryku! — krzyknął malarz.
— Proszę oświadczyć moje uszanowanie szanownej małżonce pańskiej — rzekł urzędnik z
Muzeum.
— Czy pan masz żonę? — zapytał Poiret.
— Żonę, i to jaką jeszcze! Kolor trwały, cena od dwudziestu pięciu do czterdziestu, deseń w
kraty, według najświeższej mody, daje się prać, nosi się doskonale, pół niciana, pół
bawełniana, pół wełniana, leczy od bólu zębów i innych chorób uznanych przez Akademią
Medyczną! Wyborna przy tém dla dzieci i jeszcze skuteczniejsza od bólu głowy, od zbytku
soków jako też od cierpień przełyku, oczu i uszu — wywoływał Vautrin z komiczną
płynnością i z wyrazem iście szarlatańskim. A wieleż ta osobliwość kosztuje? zapytacie
państwo. Dwa sous. Nie. Ani złamanego szeląga. Jest-to resztka zapasów przygotowanych dla
Wielkiego Mogoła. Wszyscy
112
monarchowie europejscy nie wyłączając grrrrrubego księcia Badeńskiego pragnęli oglądać tę
osobliwość. Proszę iść naprost ! proszę wstąpić do kasy. Dalejże muzyka! Bruum, la, la, trin!
la, la, bum, bum ! Panie klarnecisto ! — zawołał ochrypłym głosem — wać-pan grasz
fałszywie, ja ci palce poodbijam!
— Mój Boże, co to za miły człowiek — rzekła pani Vauquer do pani Couture, jabym się
nigdy nie znudziła w jego towarzystwie.
Wśród śmiechów i żartów, które nastąpiły po komicznej przemowie Vautrin'a, Eugieniusz
pochwycił przelotne spojrzenie panny Taillefer, która zaraz potem pochyliła się ku pani
Couture i szepnęła jéj kilka słów do ucha.
— Kabryolet czeka — rzekła Sylwia.
— Gdzież on będzie na obiedzie? — zapytał Bianchon.
— U pani baronowej de Nucingen.
— U córki pana Goriot — dorzucił student.
Przy tych słowach oczy wszystkich zwróciły się na ex-fabrykanta, który spoglądał na
Eugieniusza z pewnym rodzajem zazdrości.
Rastignac zatrzymał się na ulicy Saint-Lazare, przed jednym z tych domów o wysmukłych
kolumnach i lekkich portykach, które uchodzą za wzór piękna w Paryżu. Był-to dom
prawdziwie bankierski, pełen wymysłów kosztownych, strojny w sztukaterye i mozajki
marmurowe. Znalazł panią de Nucingen w małym saloniku, obwieszonym malowidłami
włoskiemi, którego ozdoby przypominały kawiarnię. Baronowa była smutna. Usiłowała
szczerze ukryć swe zmartwienie i przez to właśnie obudziła ciekawość Eugieniusza, który
spodziewał się, że jego obecność uszczęśliwi tę kobietę, a tymczasem znalazł ją zrozpaczoną.
Zawód ten podrażnił jego miłość własną.
— Bardzo niewiele jeszcze mam prawa do zaufania pani — rzekł Eugieniusz, który usiłował
nadaremnie zbadać przyczynę jéj zakłopotania, spodziewam się jednak, że pani
powiedziałaby mi z całą otwartością, gdybym jéj zawadzał.
— Zostań pan — rzekła baronowa — bez pana byłabym zupełnie samotna. Nucingen nie
będzie na obiedzie, a ja nie chciałabym zostać sama jedna, potrzebuję dziś rozrywki.
— Coż to pani?
— O! panu tego nie powiem — zawołała — prędzej każdemu innemu.
— A ja chcę wiedzieć. Bo widocznie tajemnica pani ma jakiś związek z moją osobą.
— Być może! Ale nie — poprawiła się — to po prostu sprzeczki małżeńskie, które trzeba
pogrzebać na dnie serca. Czyż nie mówi-
113
łam panu onegdaj? ja nie jestem bynajmniej szczęśliwa. Złote łańcuchy ciężą bardziej niż
wszelkie inne.
Gdy kobieta wyznaje, że jest nieszczęśliwa, a wyznaje to przed młodzieńcem, któremu nie
zbywa na dowcipie, który wié, że wykwintnie ubrany i ma w kieszeni tysiąc pięćset franków
do wyrzucenia; to młodzieniec taki musi stracić głowę, musi pomyśleć to, co Eugieniusz
powiedział.
— Czegóż pani możesz żądać? — zapytał student. — Jesteś piękna, młoda, kochana, bogata.
— Nie mówmy o mnie — zawołała ze złowrogiem jakiemś wstrząśnieniem głowy. — Zjemy
obiad sam na sam, a później będziemy słuchali rozkosznej muzyki. Jakże mię pan znajdujesz?
— zagadnęła znów powstając, żeby lepiej pokazać przepyszną swą suknię z kaszmiru białego
w perskie desenie.
— Pragnąłbym, żebyś pani była moją — rzekł Eugieniusz. — Jakżeś pani prześliczna!
— Smutną miałbyś pan własność — odpowiedziała z uśmiechem pełnym goryczy. — Nic tu
nie zapowiada nieszczęścia, ale pozory kłamią, bo ja jestem w rozpaczy. Troski sen mi
odbierają i czuję, że zbrzydnę niezadługo.
— O, to niepodobna! — zawołał student. — Ale ciekaw jestem, co-to są za troski, których
miłość szczera nie zdołałaby rozpędzić?
— Ach! gdybym powierzyła panu swoje zmartwienia, to zacząłbyś mnie pan pewnie unikać.
Dotychczas uczucie pańskie dla mnie jest tylko galanteryą, na którą tak nie trudno zdobyć się
mężczyźnie, lecz gdybyś mię kochał szczerze, to musiałbyś rozpaczać wraz ze mną. Widzisz
pan, że nie mogę nic więcej powiedzieć. Przez litość — poczęła po chwili — mówmy o czém
inném. Chodź pan zobaczyć moje apartamenta.
— Przeciwnie, zostańmy tutaj — odparł Eugieniusz — siadając na kanapce przed kominkiem
obok pani de Nucingen, którą wziął za rękę.
Ona nie broniła mu ręki, nawet oparła się na dłoni młodego człowieka ruchem, w którym czuć
było siłę skoncentrowaną, zdradzającą głębokie wzruszenie.
— Posłuchaj mię pani — rzekł Rastignac — błagam cię, powiedz mi swoje zmartwienie.
Chcę dać dowód, że kocham cię tylko dla ciebie samej. Albo powierzysz mi swe troski, które
ja rozproszę, choćbym miał sześciu ludzi zabić dla ciebie, albo pójdę ztąd i nie wrócę więcej.
— Dobrze więc! — zawołała zmyślą rozpaczną i uderzyła się w czoło — za chwilę wystawię
pana na próbę. Tak — rzekła do siebie — nie ma już innego środka ! — Zadzwoniła.
114
— Czy powóz pana barona zaprzężony? — zapytała kamerdynera.
— Tak jest.
— Ja go biorę, panu baronowi dacie mój powoź i moje konie.
Obiad będzie dopiero o siódmej.
— Chodź-że pan, proszę - rzekła do Eugiemusza, który me rozumiał sam, czy we śnie, czy na
jawie, jedzie z baronową powozem pana de Nucingen.
— Do Palais-Royal-— zawołała na woźnicę - koło Teatru Francuskiego.
W drodze zdawała się wzburzona i nie chciała odpowiadać na zapytania Eugieniusza, który
nie mógł pojąć, co znaczy ten opór niemy, zacięty i nieczuły.
— Ona wymknie mi się za chwilę —- mówił do siebie.
Powóz się zatrzymał; baronowa powstrzymała jedném spojrzeniem nierozważne słowa
studenta, który zaczynał się unosić.
— Czy pan mię szczerze kochasz? — zapytała.
— Szczerze — odpowiedział, starając się ukryć ogarniający go niepokój.
— Nie pomyślisz o mnie nic złego, o cokolwiekbądź będę cię prosiła?
— Nie.
— Gotówżeś być mi posłusznym?
— Bez wahania.
— Czyś pan był kiedy w domu gry? — spytała drżącym głosem.
— Nigdy.
— Ach! oddycham. Szczęście panu posłuży. Oto moja kieska — mówiła baronowa. — Weź
ją pan, proszę! jest w niej sto franków, to jest całe mienie kobiety, której ludzie szczęścia
zazdroszczą. Idź pan z tém do domu gry. Nie umiem wskazać drogi, wiem tylko, że gdzieś w
Palais-Royal. Spróbuj pan gry, zwanej ruletą, rezykuj te sto franków i przegraj wszystko lub
przynieś mi sześć tysięcy franków. Za powrotem opowiem przyczynę mego zmartwienia.
— Niech mię dyabli porwą, jeżeli rozumiem, co mam zrobić; ale będę posłusznym -
powiedział Eugieniusz; a jednocześnie pomyślał z sobie z radością: Ona się kompromituje ze
mną; nie będzie mi więc mogła nic odmówić.
Eugieniusz zabiera ładną sakiewkę i podąża z nią do najbliższego domu gry, pod numerem
dziewiątym, który mu wskazał jakiś handlarz odzienia. Stanąwszy u celu, wchodzi na schody,
pozwala sobie zabrać kapelusz i zapytuje, gdzie jest ruleta. Ku wielkiemu
115
zdziwieniu obecnych posługacz miejscowy podprowadza go do długiego stołu. Cała
publiczność spogląda na Eugieniusza, który pyta bez zawstydzenia, gdzie ma położyć swą
stawkę.
— Połóż pan luidora na jednym z tych trzydziestu sześciu numerów; jeżeli numer wyjdzie,
będziesz pan miał trzydzieści sześć luidorów — mówi mu szanowny jakiś starzec o białych
włosach.
Eugieniusz rzuca sto franków na numer dwudziesty pierwszy odpowiadający liczbie lat jego.
Nie zdołał się jeszcze opamiętać, gdy krzyk podziwu obił się o jego uszy. Wygrał, nie
wiedząc jak i kiedy.
— Proszę-ż wziąć pieniądze — mówi znów poważny jegomość — w tym systemie nie
wygrywa się dwa razy.
Eugieniusz bierze z rąk jego łopatkę, zgarnia trzy tysiące sześćset franków i kładnie je na
czerwone, lubo jeszcze nic a nic gry nie rozumie. Widzowie spoglądają nań z radością
widząc, że dalej grać zamierza. Koło obraca się, Eugieniusz wygrywa powtórnie i bankier
rzuca mu znowu trzy tysiące sześćset franków.
— Teraz masz pan siedm tysięcy dwieście franków — mówi mu stary jegomość do ucha.
Jeżeli pan zechcesz posłuchać mojej rady, to przestań grać, bo czerwone już przeszło osiem
razy. Jeżeliś miłosierny, to wywdzięczysz się za dobrą radę, wspomagając dawnego prefekta
napoleońskiego, który znajduje się w bardzo krytyczném położeniu.
Rastignac odurzony patrzy obojętnie, jak siwowłosy jegomość zabiera mu z rąk dziesięć
luidorów. Unosząc swoje siedem tysięcy franków, student nie pojmuje wcale, jakim
sposobem je wygrał, tylko dziwi się szczęściu własnemu.
— No cóż? dokądże mię pani teraz zawieziesz? — zapytał Delfiny, pokazując jej siedem
tysięcy, skoro tylko drzwiczki od powozu zostały zamknięte. Delfina pochwyciła go w uścisk
gwałtowny i ucałowała żywo, ale nie namiętnie.
— Wybawiłeś mię! i łzy radości spływały obficie po jej twarzy. Wszystko ci powiem, mój
przyjacielu. Będziesz mi pan przyjacielem, nieprawdaż? Ja-m bogata, opływam w dostatki, na
niczém mi pozornie nie zbywa. A jednak, któż uwierzy, że pan de Nucingen nie daje mi do
rąk ani grosza: sam utrzymuje dom, powozy, sam płaci za moje loże w teatrze, a na stroje
przeznacza mi sumę nie wystarczającą; człowiek ten każe mi przez wyrachowanie znosić
nędzę tajemną. Ja znów jestem zbyt dumna, abym go prosić miała. Byłabym najnędzniejszą
istotą, gdybym kupowała jego pieniądze za taką cenę, za jaką chce mi je sprzedawać!
Dlaczego ja, com mu wniosła siedemset tysięcy franków posagu, pozwoliłam się tak wyzuć
ze wszystkiego? Przez dumę, przez pogardę. Wychodzimy za
116
mąż tak młode jeszcze, tak naiwne! Prośba o pieniądze, z którą, trzeba się było zwrócić do
męża, nie chciała mi przejść przez usta, nie śmiałam jéj wymówić i przeżywałam własne
zaoszczędzone pieniądze, lub to, co mi dawał biedny mój ojciec; później musiałam się
zadłużyć. Małżeństwo stało się dla mnie najokrutniejszym zawodem; ja nawet mówić o niém
nie mogę; dość panu wiedzieć, że wyskoczyłabym oknem, gdybym zmuszona była żyć z
Nucingen'em i nie miała osobnych apartamentów. Trzeba było przyznać się przed nim, że
miałam długi, że, jak każda młoda kobieta, wydawałam na klejnoty, na rozmaite zachcianki
(biedny ojczysko tak nas przyzwyczaił, żeśmy sobie niczego odmawiać nie umiały);
cierpiałam mękę prawdziwą, lecz w końcu znalazłam odwagę wyznać mu wszystko. Alboż
nie miałam własnego funduszu? Nucingen uniósł się, powiedział, że go rujnuję, coś
okropnego! Wolałabym wtedy być o sto stóp pod ziemią. Zapłacił wprawdzie, bo miał cały
mój posag, ale odtąd przeznaczył mi na osobiste wydatki pensyjkę, którą przyjęłam dla
świętego spokoju. Później chciałam odpowiedzieć miłości własnej pewnego człowieka,
którego i pan znasz także. Zawiodłam się na nim, to prawda, lecz byłabym niesprawiedliwa,
gdybym nie uznała szlachetności jego charakteru. A jednak człowiek ten porzucił mię
niegodnie! Nie należałoby opuszczać kobiety, której rzuciło się w potrzebie garść złota.
Trzebaby kochać ją wiecznie ! Ty, duszo dwudziestoletnia, piękna, młoda i nieskalana, ty mię
spytasz, jak kobieta może przyjmować złoto od mężczyzny? Mój Boże! czyż to nie jest rzecz
naturalna, że się wszystkiém dzielimy z istotą, której zawdzięczamy szczęście nasze? Czyliż
dając wszystko, można się troszczyć o jakąś drobną cząsteczkę całości? Pieniądze zaczynają
nabierać wagi wtedy dopiero, gdy uczucie znika. Czyż dwie kochające się istoty nie są
złączone na całe życie? Czyż która z nich myśli o rozdziale, gdy sądzi, że jest szczerze
kochaną? Przysięgacie nam miłość wieczną, i jakże chcecie później, żeby interesa nasze
niebyły wspólne? O, pan nie wiesz, com ja dziś wycierpiała, gdy Nucingen odmówił mi
sześciu tysięcy franków, on, co pewnie nie mniej daje miesięcznie kochance swojej, jakiejś
dziewczynie z opery. Chciałam się zabić. Szalone myśli przychodziły mi do głowy. Były
chwile, żem zazdrościła losu prostej służącej. Czyż mogłam się udać do ojca? ależ to byłoby
szaleństwo! Anastazya i ja zrujnowałyśmy go już do szczętu: biedny mój ojciec sprzedałby
siebie samego, gdyby mógł wziąć sześć tysięcy franków za swą osobę. Pocóż było
przywodzić go napróżno do rozpaczy? Pan wybawiłeś mię od wstydu i śmierci, bo pijana
byłam boleścią. Ach! winnam była panu to objaśnienie: dziwnie nierozważnie postąpiłam dziś
z panem. Gdyś pan ztąd odszedł, gdym cię straciła.
117
z oczu, chciałam uciec piechotą... dokąd? nie wiem sama. Oto życie większej części kobiet
paryskich: nazewnątrz zbytek, a w duszy troski okrutne. Znam biedne istoty jeszcze
nieszczęśliwsze ode mnie. Są przecie kobiety, które muszą prosić swych dostawców o
przedstawianie fałszywych rachunków. Inne zmuszone są okradać własnych mężów: jedni
sądzą, że kaszmir kupiony za sto luidorów kosztuje pięćset franków, drudzy, że kaszmir
wartujący pięćset franków płaci się po sto luidorów. Są nawet takie biedne istoty, które muszą
głodzić swe dzieci i szachrować w najrozmaitszy sposób, żeby zarobić sobie na suknię. Ja
przynajmniej nie splamiłam się żadnem nędznem oszustwem. To była moja ostatnia troska.
Niektóre kobiety sprzedają się swym mężom, żeby później panować nad niemi, a ja jestem
przynajmniej swobodna! Gdybym chciała, to Nucingen zasypałby mię złotem, lecz wolę
płakać, wsparłszy głowę na sercu człowieka, o którym wiem, że wart jest mego szacunku!
Ach, dziś wieczorem de Marsay nie będzie miał prawa patrzeć na mnie, jak na kobietę
zapłaconą przez niego!
Ukryła twarz w obu dłoniach, nie chcąc pokazać, że płacze; lecz Eugieniusz odsunął zlekka
jéj ręce. Jakże wspaniale wyglądała w téj chwili !
— Ach, to coś okropnego mieszać tak pieniądze z uczuciem ! Pan nie będziesz mógł mię
kochać! — zawołała.
Eugieniusz wzburzony był tą mieszaniną dobrych uczuć, które tak wysoko mogą podnieść
kobietę, z występkami, do których popycha ją dzisiejszy ustrój społeczny. Przemawiał
łagodnie i pocieszająco, podziwiając tę piękną istotę, która wydała naiwnie nierozważny
krzyk boleści.
— Przyrzecz mi pan, że nie użyjesz tego za broń przeciw mnie samej.
— Ach, pani, nie byłbym zdolny do czegoś podobnego - odparł student.
Pochwyciła jego rękę i przycisnęła ją sobie do piersi ruchem zdradzającym żywą
wdzięczność.
— Otom, dzięki panu, swobodna i wesoła. Żyłam pod naciskiem ręki żelaznej. Teraz wieść
będę życie skromne, nic nie będę wydawała. Pan przyjmiesz mię taką, jaką będę, nie prawdaż,
przyjacielu drogi? Weź pan to — mówiła dalej — zatrzymując dla siebie tylko sześć biletów
bankowych. Sumiennie winnam panu tysiąc talarów, bo wyobrażałam sobie, że gram z panem
na współkę.
Eugieniusz wzbraniał się jak dziewczyna, lecz w końcu musiał przyjąć pieniądze, gdyż
baronowa powiedziała: Będziesz pan moim wrogiem, jeżeli nie zechcesz być wspólnikiem. —
Zachowam więc te pieniądze, żeby mieć o czém spróbować znów szczęścia w razie potrzeby
— rzekł Eugieniusz.
118
— Obawiałam się tych słów — zawołała Delfina, blednąc. — Jeżeli chcesz pan, żebym była
czémkolwiek dla ciebie, to musisz mi przysiądz, że nigdy do gry nie wrócisz. Mój Boże! jaż-
bym miała cię zgorszyć ! Wolałabym raczej umrzeć z boleści.
Zatrzymali się właśnie przed domem baronowej. Rażące to przeciwieństwo nędzy i dostatku
zdumiewało studenta, któremu mimowolnie przychodziły na myśl złowrogie słowa Vautrin'a.
— Spocznij pan tam — rzekła baronowa, wchodząc do swego pokoju i wskazując mu
kanapkę stojącą przed kominkiem — ja będę pisała list niezmiernie trudny! Poradź mi pan.
— Nie pisz pani nic — rzekł Eugieniusz — włóż bilety bankowe w kopertę, zaadresuj i
odeślij je przez swoje pannę służącą.
— Nieoceniony z pana człowiek ! — zawołała. — Oto co znaczy mieć dobre wychowanie. To
tchnie prawdziwym Beauséant'em — dodała z uśmiechem.
— Jaka ona śliczna! — mówił sobie w duchu Eugieniusz, który czuł się coraz bardziej
zakochanym. Zaczął oglądać pokój tchnący rozkoszną elegancyą bogatej kurtyzany.
— Jak-że się panu podoba ? — zapytała baronowa, dzwoniąc na pannę służącą.
— Tereso, zanieś to sama do pana de Marsay i oddaj mu do rąk. Jeżeli go nie zastaniesz, to
odniesiesz mi list.
Przed odejściem Teresa nie omieszkała zmierzyć Eugieniusza złośliwem spojrzeniem.
Poproszono na obiad. Rastignac podał ramię pani de Nucingen, która powiodła go do
rozkosznej sali jadalnej, gdzie czekał ich stół zbytkowny, podobny do tego, który student
podziwiał niedawno u swéj kuzynki.
— Przychodź pan do mnie na obiad za każdą rażą, gdy mamy operę włoską. Po obiedzie
będziesz mi towarzyszył do teatru.
— Przyzwyczaiłbym się chętnie do tego słodkiego życia, gdyby ono mogło potrwać długo;
lecz ja-m biedny student, który musi jeszcze zdobyć sobie przyszłość na świecie.
— Przyszłość się zdobędzie! — zaśmiała się baronowa. Widzisz pan wszystko jakoś daje się
zrobić na świecie: i ja nie spodziewałam się juz być tak szczęśliwą.
Leży to w naturze kobiet, że chcą dowieść niepodobieństwa na podstawie rzeczy możliwych,
a fakta zastępują przeczuciem. Gdy nam de Nucingen weszła tegoż wieczora do loży swojej w
towarzystwie Rastignac’a, twarz
jéj jaśniała wyrazem zadowolnienia, który czynił ją tak piękną, że każden, kto na nią spojrzał,
nie mógł się powstrzymać od potwarczych domysłów, przeciw którym kobiety są
bezbronne,lubo często bywa, że jedynie na mocy takich domysłów ludzie wierzą w występek
nieistniejący. Znając Paryż, nie
119
wierzy się temu, co tam mówią, a nie mówi się tego, co tam robią. Eugieniusz trzymał w swej
dłoni rękę baronowej, a uścisk mniej lub więcej żywy starczył im za rozmowę, w której
wypowiadali wrażenia wywołane muzyką. Był-to dla nich wieczór uroczy. Wyszli razem i
pani de Nucingen postanowiła odwieźć Eugieniusza swoim powem aż do Pont-Neuf. Przez
całą drogę Rastignac błagał napróżno o jeden z tych pocałunków, których nie skąpiła mu
wcale w Palais-Royal i wyrzucał jéj taką niekonsekwentność.
— Pierwej — odparła baronowa — był-to objaw wdzięczności za poświęcenie się
niespodziewane, a teraz byłaby-to już obietnica.
— A pani nie chcesz mi żadnej obietnicy uczynić, niewdzięczna? — zawołał Rastignac
nadąsany.
Baronowa podała mu wreszcie rękę do pocałowania, ale uczyniła przedtem ruch niecierpliwy,
który tak bardzo podoba się zakochanym, a on przyjął dłoń podaną z dąsem, który znowu ją
zachwycił.
— Do zobaczenia w poniedziałek na balu — powiedziała Delfina.
Noc była jasna, księżycowa. Wracając piechotą do domu, Eugieniusz zagłębił się w poważne
rozmyślania. Był zarazem szczęśliwy i niezadowolniony: uszczęśliwiała go dzisiejsza
przygoda, w skutek której miał się prawdopodobnie zbliżyć do przedmiotu swych pragnień,
do jednej z najpiękniejszych i najbardziej wykwintnych kobiet w Paryżu; smucił się zaś tém,
że cały plan, jaki sobie na przyszłość ułożył, musiał uledz zmianie. Teraz dopiero pojął te
myśli niejasne, które niedawno snuły mu się po głowie. Niepowodzenie daje nam zazwyczaj
poznać siłę naszych pragnień. Im bardziej Eugieniusz poznawał życie paryzkie, tém mniéj
życzył sobie zostać biednym i nieznanym. Gniótł bilet tysiąc-frankowy, który miał w kieszeni
i próbował przekonać siebie wykrętnem rozumowaniem, że pieniądze te są jego własnością.
Tak przybył na ulicę Neuve-Sainte-Genevieve. Wchodząc na schody, zobaczył światło w
mieszkaniu Goriot'a. Stary zostawił drzwi przymknięte i zapalił świecę z obawy, żeby student
nie zapomniał przyjść opowiedzieć mu jego córkę, tak się bowiem wyrażał. Eugieniusz nic
przed nim nie ukrywał.
— Ależ — zawołał Goriot uniesiony rozpaczą i zazdrością — im się zdaje, że-m ja
zrujnowany, a ja mam jeszcze tysiąc trzysta liwrów dochodu. Mój Boże! biedna mała, czemuż
nie przyszła do mnie? byłbym sprzedał dochody, byłbym kapitał naruszył, a pozostała suma
wystarczyłaby mi na dożywocie. Dlaczegóż, dobry sąsiedzie, nie przyszedłeś powiedzieć mi o
swym kłopocie? Jak miałeś serce stawić na kartę owe nędzne sto franków? na myśl o tém
serce mi pęka. Oto jacy bywają zięciowie! O! zdusiłbym ich,
120
gdyby wpadli teraz w moje ręce. Mój Boże, trzebaż to było płakać ! czyż ona płakała !
— Wsparłszy głowę na mojej kamizelce — powiedział Eugieniusz.
— O, daj-że mi ją pan! — zawołał ojciec Goriot. — Jak-to! więc tu spływały łzy mojej córki,
drogiej mojej Delfiny, która nie płakała nigdy będąc małą! O, ja kupię panu drugą kamizelkę,
téj nie noś więcej, zostaw mi ją! Według kontraktu, Delfina powinna korzystać ze swego
majątku. Ach, jutro zaraz pójdę do adwokata Derville'a. Wyrobię to, że kapitał jej zostanie
oddany na procenta. Znam sieja na prawie; stary ze mnie wilk, — potrafię jeszcze zęby
pokazać.
— Patrz, ojcze, oto tysiąc franków, które ona chciała mi dać jako pieniądze wygrane na
współkę. Zachowaj ten bilet dla niej w tej oto kamizelce.
Goriot popatrzył na Eugieniusza, pochwycił dłoń jego, a łza stoczyła mu się po twarzy i
spadła na rękę młodzieńca.
— Będziesz szczęśliwy w życiu — powiedział starzec. — Bo, widzisz, Bóg jest
sprawiedliwy. Znam się ja na uczciwości i mogę zapewnić, że mało jest ludzi podobnych do
ciebie. Chcesz więc być także ukochaném mojém dziecięciem ? No, dosyć, pora spać. Możesz
spać spokojnie, bo jeszcze ojcem nie jesteś. Ona płakała, i ja się o tern dowiaduję, ja, co-m
zajadał spokojnie jak głupiec, podczas gdy ona tam cierpiała ; ja, co zaprzedałbym Ojca, Syna
i Ducha Św., żeby im obydwom łzy jednej oszczędzić!
— Daję słowo — myślał Bugieniusz, kładąc się do łóżka — zdaje mi się, że całe życie będę
uczciwym człowiekiem. Jak-to słodko iść za natchnieniem sumienia!
Zdaje się, że tylko ci, co wierzą w Boga, zdolni są robić dobro w tajemnicy, a Eugieniusz
wierzył w Boga. Nazajutrz, przed balem, Rastignac poszedł do pani de Beauséant, która
zabrała go z sobą, obiecując przedstawić księżnej de Carigliano. Marszałkowa przyjęła go
niezmiernie uprzejmie, a w gronie gości była już pani de Nucingen. Delfina wystroiła się,
żeby podobać się wszystkim, a tém samém jeszcze bardziej zachwycić Eugieniusza, na
którego spojrzenie czekała niecierpliwie, chociaż zdawało się jej, że swą niecierpliwość
doskonale ukrywa. Dla tego, kto umie odgadywać wzruszenia kobiety, chwila taka pełna jest
uroku. Któż z nas nie lubi drożyć się z uznaniem, ukrywać zalotnie swe zadowolnienie, czytać
mimowolne wyznanie w niepokoju, który wywołujemy, wreszcie igrać z obawą, którą
możemy rozproszyć jednym uśmiechem? Tego wieczora student nasz zmierzył całą
doniosłość swego położenia i pojął, że miano kuzyna pani de Beauséant dawało mu już pewne
121
stanowisko w świecie. Przypisywano mu już wielkie powodzenie u pani de Nucingen, co
dodawało mu tyle wagi, że młodzież ścigała go zazdrosném spojrzeniem; Eugieniusz pojął, że
obudza zazdrość i pierwszy raz doznał rozkoszy zadowolnionéj próżności. Przechodząc z
salonu do salonu, od jednego kółka gości do drugiego, słyszał, jak wszyscy unosili się nad
jego szczęściem. Wszystkie kobiety przepowiadały mu świetne powodzenie. Delfina, przejęta
obawą na myśl, że może go utracić, obiecała dać mu wieczorem pocałunek, od którego tak
stanowczo wzbraniała się przed paru dniami. Podczas balu Rastignac otrzymał kilka
zaproszeń. Kuzynka zaprezentowała go niektórym paniom mającym pretensyą do elegancyi,
których domy uchodziły za najbardziej przyjemne. Ujrzał się naraz rzuconym w sfery
najpiękniejszego i najbardziej arystokratycznego świata paryskiego, i wieczór ów miał dla
niego urok świetnego debiutu, o którym pamięta się do późnej starości, jak dziewczę pamięta
o balu, na którym miało wielkie powodzenie. Nazajutrz wobec wszystkich stołowników.
Eugieniusz opowiadał Goriotowi przy śniadaniu o swych tryumfach. Słuchając go, Vautrin
uśmiechał się w sposób szatański.
— I pan sądzisz — zawołał ten logik okrutny — że modny młodzieniec może mieszkać przy
ulicy Neuve-Sainte-Genevieve, w domu Vauquer, w téj gospodzie, która, lubo wielce
szanowna pod każdym względem, nie jest jednak wcale modnym hotelem? Jest-to gospoda
zamożna, piękna w swym dostatku, a nawet dumna z tego, że stała się chwilowém
schronieniem jednego z Rastignac'ow; lecz z tém wszystkiem znajduje się przy ulicy Neuve-
Sainte-Genevieve i nie wie nic o zbytku, bo jest nawskroś patryarchalnorama. — Młody mój
przyjacielu — ciągnął daléj Vautrin tonem nawpół ojcowskim, a nawpół żartobliwym —
chcąc znaczyć cośkolwiek w Paryżu, potrzeba mieć trójkę koni, tilbury na rano, a karetę na
wieczór, to jest trzeba wydać przynajmniej dziewięć tysięcy franków na powozy. Przyténi,
byłbyś pan niegodny swego losu, gdyby krawiec kosztował cię tylko trzy tysiące, a perfumy
tylko sześćset franków, gdybyś na szewca i na kapelusznika wydawał tylko po sto talarów
rocznie. Oprócz tego i praczka kosztuje przynajmniej tysiąc franków. Modni młodzieńcy
muszą dbać bardzo o piękność bielizny, boć przecie na to najwięcej zwraca się uwagi. Miłość
i świątynia wymagają pięknych obrusów na swe ołtarze. Narachowaliśmy już tedy czternaście
tysięcy. Nie wyliczam tego, co się przegra w karty, co się straci na zakłady i na podarunki;
wiem tylko, że na te drobne wydatki nie podobna rachować mniej, jak dwa tysiące franków
rocznie. Wiodłem ja życie tego rodzaju i wiem, co to kosztuje. Proszę teraz dodać, do tych
wydatków nieodbicie potrzebnych, trzy-
122
sta luidorów na delikatesy, a tysiąc franków na różne swawole. Cóż, synku, musimy mieć
dwadzieścia pięć tysiączków rocznie, lub wpadamy w błoto, wystawiamy się na pośmiewisko
i jesteśmy pozbawieni przyszłości, powodzenia, kochanek! Ale, zapomniałem jeszcze o
kamerdynerze i groomie! Czy to Krzysztof będzie roznosił pańskie liściki miłosne? Może
będziesz je pan pisywał na takim papierze, na jakim obecnie pisujesz? Ależ to byłoby
samobójstwo rozmyślne. Chciej pan wierzyć człowiekowi staremu i doświadczonemu ! —
ciągnął mówca daléj, a gruby głos jego brzmiał rinforzando. Pozostaje panu jedno z dwojga:
wygnać się na cnotliwe poddasze i poślubić pracę nieustanną, lub obrać sobie inną drogę.
I Vautrin mrugnął, spoglądając na pannę Taillefer, jak gdyby chciał przypomnieć i streścić w
tém jedném spojrzeniu wszystkie zasady gorszące, które zasiał w sercu studenta po to, by je
zepsuły. Minęło znów dni kilka, a Rastignac pędził życie niezmiernie lekkomyślne.
Obiadował prawie zawsze z panią de Nucingen, a później wszędzie jéj towarzyszył. Powracał
do siebie o trzeciej lub czwartej po północy, wstawał o południu, ubierał się, poczém jechał
znów z Delfiną, jeżeli pogoda sprzyjała. Marnował czas nieoględnie, nie znając jego wartości;
a każdą lekcyą zbytku, każdą jego ponętę przyjmował z takiém upragnieniem, z jakiem
kielich palmy daktylowej pochłania pyłek zapładniający. Grał rezykownie, przegrywał i
wygrywał wiele, aż w końcu przyzwyczaił się do nieumiarkowanego życia młodzieży
paryskiej. Z pierwszych wygranych pieniędzy odesłał tysiąc pięćset franków matce i siostrom,
dołączając do tego piękne podarunki dla wszystkich. Zapowiedział był wprawdzie, że opuści
dom Vauquer, lecz styczeń dobiegał już do końca, a Eugieniusz nie ruszył się jeszcze z
dawnego mieszkania i nie wiedział, jak się z niego wydostanie. Wszyscy prawie młodzieńcy
podlegają jednemu prawu, które napozór zdaje się niewytłómaczone, ale przy bliższem
zbadaniu objaśnia się młodością samą i tym szałem, z jakim młodzież rzuca się ku
przyjemnościom. Bogaty czy ubogi, młodzieniec nie ma wcale pieniędzy na potrzeby
codzienne, ale na zachcianki nigdy mu ich nie zabraknie. Marnotrawi nieoględnie to, co może
dostać na kredyt, ale oszczędza skwapliwie wszystkiego, co się kupuje za grosz gotowy;
rzekłbyś, że się mści za to, czego nie ma, rozpraszając to wszystko, czego dostać może. Chcąc
jasno tę rzecz wyrazić, powiedzmy, że student troszczy się daleko więcej o zaoszczędzenie
kapelusza, niż o zachowanie całego odzienia w dobrym stanie. Wielkość zarobku usposabia
naturalnie krawca do chętnego poczekania, gdy przeciwnie skromność sumy żądanej sprawia,
że kapelusznik jest najbardziej nieprzystępnym ze
123
wszystkich istot, z któremi student musi wchodzić w układy. Gdy w teatrze młodzieniec
przyciąga lornetki pięknych pań widokiem prześlicznej kamizelki, to można przypuszczać, że
nogi jego obchodzą się bez skarpetek; pończosznik bowiem należy też do molów toczących
sakiewkę młodzieży. Rastignac nie stanowił wyjątku. Worek jego, zawsze próżny dla pani
Vauquer, zawsze pełny, gdy chodziło o zadowolnienie wymagań próżności, doświadczał
przeciwności i powodzeń nieprzewidzianych, które rozmijały się zawsze z terminem wypłaty.
Chcąc opuścić smrodliwą i nędzną gospodę, w której czuł się ciągle upokorzonym, musiałby
zapłacić gospodyni za cały miesiąc i kupić meble do swych apartamentów kawalerskich, a to
było dotąd rzeczą niemożliwą. Gdy nie było o czem gry rozpocząć, Rastignac zabierał zegarki
i łańcuchy złote, które ponabywał przedtem za pieniądze wygrane w karty, i umiał zanieść je
do lombardu, do tego smutnego i dyskretnego przyjaciela młodzieży; lecz brakło mu pomysłu
i odwagi, gdy potrzebował pieniędzy na stół i mieszkanie, lub na kupno narzędzi, bez których
nie można się było obejść przy eksploatowaniu życia wykwintnego. Bezsilnym był wobec
konieczności powszedniej, wobec długów, które zaciągał dla zaspokojenia potrzeb
najpierwszych. Postępował jak większa część ludzi, którzy wiodą takie nierozsądne życie :
odwlekał do ostatniej chwili zaspokojenie należności, które w oczach mieszczan uchodzą za
dług święty. Czynił tak, jak Mirabeau, który nie zwykł był płacić za chleb, aż dopóki ten-że
nie przedstawił mu się pod groźną postacią wekslu. Około tego czasu Rastignac przegrał dużo
i musiał się zadłużyć. Zaczynał pojmować, że niepodobna było żyć dłużej w ten sposób, nie
mając stałych dochodów. Jęczał pod dotkliwemi ciosami chwiejnego położenia, lecz nie miał
siły wyrzec się rozkoszy takiego życia i pragnął wieść je nadal za jakąbądź cenę. Traf
pomyślny, co miał dopomódz mu do zrobienia majątku, stał się prostą mrzonką, a przeszkody
rzeczywiste wzrastały z dniem każdym.
Patrząc zbliska naszycie domowe pana i pani de Nucingen, przekonał się, że kto chce zmienić
miłość w narzędzie powodzenia, ten musi napić się rozmaitych upokorzeń i zaprzeć się
szlachetnych idei, które odkupują błędy miłości. Eugieniusz poślubił to życie świetne
nazewnątrz lecz toczone wewnętrznie przez wszystkie taeniae zgryzoty, przeplatane
uciechami ulotnemi, za które trzeba drogo płacić ciągłą troską i niepokojem; upodobał je i
tarzał się w niém jak Roztrzepaniec La Bruyere'a w brudzie rynsztoka, lecz dotychczas, jak
Roztrzepaniec odzienie tylko powalał.
— Czy nie zabiliśmy tylko mandaryna? — zapytał go raz Bianchon, wstając od stołu.
124
— Nie umarł dotychczas, ale już charcze — odparł Eugieniusz.
Student medycyny wziął te słowa za żart, ale Eugieniusz nie myślał żartować. Po długiej
przerwie jadł dziś znowu w gospodzie, ale w czasie obiadu dziwnie jakoś był zamyślony Po
deserze nie wyszedł jak zwykle, lecz pozostał w sali jadalnej obok panny Taillefer, na którą
rzucał od czasu do czasu wyraziste spojrzenia Niektórzy goście jedli jeszcze orzechy przy
stole, mm przechadzali się kończąc rozpoczętą rozmowę. Według przyjętego zwyczaju, każdy
odchodził, kiedy mu się podobało, przeciągając pobyt w miarę zajęcia jakie obudzał
przedmiot rozmowy, albo stosownie do stopnia ociężałości, jakiej doznawał przy trawieniu.
W zimie rzadko się zdarzało, żeby sala jadalna została opróżniona przed ósmą, ale w
późniejszych godzinach zostawały zwykle tylko cztery kobiety, wynagradzając sobie
przymusowe milczenie, które musiały zachowywać w tern zgromadzeniu męzkiem. Vautrin
spostrzegł zamyślenie Eugieniusza i pozostał w sali jadalnej, choć narazie udawał, że zabiera
się do prędkiego wyjścia. Unikał później wzroku Eugieniusza, który musiał sądzić, że go nie
ma w sali. Widział, jak wszyscy mieszkańcy gospody porozchodzili się zwolna do swych
mieszkań, lecz sam pozostał skrycie na swém stanowisku. Wyczytał, co się działo w duszy
studenta, i przeczuwał, że musi już nastąpić jakiś objaw stanowczy. Kastignac ujrzał się
rzeczywiście w trudném położeniu, w jakiem znajdował się pewnie niejeden młody człowiek.
Pani de Nucingen zakochana, a może zalotna tylko, dała mu poznać wszystkie wzruszenia
namiętności prawdziwej, posiłkując się dyplomacyą niewieścią, w której Paryżanki zwykły
celować. Naraziła się na obmowę, byle tylko zatrzymać przy sobie kuzyna pani de Beauséant,
a teraz wahała się, czy należało nadać mu rzeczywiście takie prawa, jakie mu powszechnie
przypisywano. Drażniąc przez cały miesiąc zmysły Eugieniusza, potrafiła w końcu poruszyć
jego serce. W pierwszych dniach zdawało się studentowi, że on będzie rozkazywał; lecz
wkrótce pani de Nucingen otrzymała przewagę za pomocą tej taktyki, która obudziła w sercu
Eugieniusza wszystkie złe i dobre uczucia dwóch lub trzech ludzi, które śpią w piersi
młodego Paryżanina. Gzy to było wyrachowanie ze strony Delfiny ? Nie, kobiety zawsze są
prawdziwe, nawet wtedy, gdy postępują najfałszywiej, bo zawsze ulegają jakiemuś uczuciu
przyrodzonemu. Być może, że Delfina, która poddała się narazie Eugieniuszowi i pokazała
mu zbyt wielką przychylność, ulegała teraz uczuciu godności, które kazało jej cofnąć swe
obietnice lub zawiesić je przynajmniej. Paryżanka, którą namiętność unosi, zwykła się wahać
w chwili upadku, zwykła wystawiać na próby serce tego, komu ma oddać przyszłość całą. Za
pierwszym razem pani de Nu-
125
cingen zawiodła się we wszystkich nadziejach, a wierność jej dla młodego samoluba została
nieuznana. Miała więc prawo być teraz nieufną. Może też raziło ją postępowanie Eugieniusza,
który stał się zarozumiałym dzięki łatwemu powodzeniu i zdradzał pewne lekceważenie
wynikające z dziwnych stosunków, jakie się między niemi zawiązały. Chciała zapewne
wydać się wspaniałą, imponującą i wielką w oczach młodego człowieka ; ona, co tak długo
była małą wobec tego, który ją opuścił. Nie chciała uchodzić za łatwą zdobycz w przekonaniu
Eugieniusza, a to dlatego właśnie, że on wiedział, iż przedtem należała do de Marsay'a.
Wreszcie miłość owego młodzieńca zepsutego, który był istnym potworem, miało w sobie coś
tak poniżającego, że Delfina z rozkoszą zagłębiała się teraz w kwiecistą krainę prawdziwej
miłości, przyglądała się z zachwytem widokom nieznanym, wsłuchiwała się długo w szmer
wietrzyka, który pieścił ją swym nieskalanym powiewem. Prawdziwa miłość wynagradzała za
kłamaną. Będzie się to niestety powtarzało zbyt często, dopóki mężczyźni nie pojmą, jak
wiele kwiatów łamie się w duszy młodej kobiety pod ciosami pierwszego zawodu. Mniejsza
wreszcie o pobudki, dosyć że Delfina igrała sobie z Rastignac'iem i znajdowała w tém
przyjemność, może dlatego, że czuła się kochaną, i wiedziała, iż wszystkie zgryzoty
Eugieniusza pierzchną, gdy ona tego najmiłościwiej zachcieć raczy. Eugieniusz zaś nie chciał
przez szacunek dla siebie samego, żeby pierwsza walka zakończyła się jego porażką, i
postanowił wytrwać w pogoni, jak myśliwy, który chce koniecznie zastrzelić kuropatwę na
pierwszej uroczystości św. Huberta. Ciągły niepokój, niezadowolnienie miłości własnej,
napady rozpaczy zmyślonej lub prawdziwej, wszystko to przywiązywało go coraz bardziej do
Delfiny. Cały Paryż dawał mu panią de Nucingen, a on nie zbliżył się do niéj ani na jotę
więcej, jak w pierwszym dniu znajomości. Wpadał w bezsilną wściekłość, bo nie wiedział
jeszcze, że kokieterya kobiety zapewnia czasami korzyści, które więcej są warte od całej
przyjemności, jaką mogłaby dać jéj miłość. Epoka, w której kobieta walczy jeszcze z
miłością, przyniosła już Rastignac'owi plon naj pierwszych swych owoców; miały one smak
wyborny, choć były jeszcze zielone i nieco kwaskowate, tylko trzeba było płacić za nie
niezmiernie drogo.
Zdarzało się niekiedy, że student nie miał grosza przy duszy i nie widział przed sobą żadnej
przyszłości; wtedy starał się stłumić głos sumienia i myślał o ponętnej drodze do fortuny,
którą Vautrin ukazał mu w małżeństwie z panną Taillefer. Owóż i teraz była-to jedna z takich
chwil, w których nędza przemawiała do niego tak natrętnie, że prawie mimowolnie dał się
wplątać w intrygę straszliwego sfinksa, którego wzrok trzymał go nieraz pod czarodziejskiém
126
zaklęciem. Po odejściu Poiret'a i panny Michonneau, którzy zabawili najdłużej w sali
jadalnej, Rastignac mniemał, że jest sam tylko z panią Vauquer i z panią Couture, i spojrzał
na pannę Taillefer tak wyraziście, że dziewczę oczy spuściło.
— Czy masz pan jakie zmartwienie, panie Eugieniuszu ? — zapytała Wiktoryna po
chwilowém milczeniu.
— Któż nie ma zmartwień! — odparł Eugieniusz. My, młodzi, nie mielibyśmy może trosk
żadnych, gdybyśmy wiedzieli, że jest ktoś, co nas kocha szczerze i poświęceniem swojém
może zapłacić nam za wszystkie ofiary, któreśmy zawsze ponieść gotowi.
Za całą odpowiedź panna Taillefer rzuciła mu wejrzenie, które nie było wcale dwuznaczne.
— Dziś pani jesteś pewna swego serca; ale czy możesz ręczyć, że się ono nigdy nie zmieni?
Na ustach młodej dziewczyny zaigrał uśmiech, który, niby promień wytryskający z duszy,
oblał twarz jéj takim blaskiem, że się Eugieniusz przestraszył gwałtownego wybuchu uczucia.
— Jak-to ! a gdybyś pani miała być jutro bogatą i szczęśliwą, gdyby majątek olbrzymi spadł
ci z nieba, czyż pomimo to nie przestałabyś kochać biednego młodzieńca, który ci się podobał
w dniach niedoli?
Skłoniła wdzięcznie głową.
— Nawet gdyby młodzieniec ten był bardzo nieszczęśliwy? Nowe skinienie.
— Co to znów za brednie? — zapytała pani Vauquer.
— Proszę nam nie przerywać — rzekł Eugieniusz — my się porozumiewamy.
— Chyba kawaler Eugieniusz de Rastignac zamierza wejść w związki małżeńskie z panną
Wiktoryna Taillefer? — ozwał się gruby głos Vautrin'a, który ukazał się niespodzianie we
drzwiach sali jadalnej.
— Ach! jak-żeś mię pan przestraszył! — zowołały jednocześnie pani Couture i pani Vauquer.
— Mógłbym zrobić gorszy wybór — zaśmiał się Eugieniusz, który nigdy jeszcze nie doznał
tak silnego wzruszenia, jak teraz na głos Vautrin'a.
— Dosyć tych niestosownych żartów, panowie! — zawołała pani Couture. — Pójdźmy ztąd,
drogie dziecię.
Pani Vauquer poszła za swemi lokatorkami, żeby przepędzić u nich wieczór i zaoszczędzić
sobie kawałek świecy i trochę paliwa. Eugieniusz został sam-na-sam z Vautrin'em.
— Wiedziałem dobrze, że pan dojdziesz do tego — rzekł Vautrin z zimną krwią. — Ale
słuchaj pan, ja umiem też być delika-
127
tnym. Nic pan teraz nie postanawiaj, bo w tej chwili nie jesteś w normalném usposobieniu.
Pan masz długi; chciałbym, żeby nie namiętność, nie rozpacz, lecz zimny rozum przywiódł
pana do mnie. Może potrzebujesz kilku tysięcy dukatów? Proszę, weźmiesz pan? Tu szatan
sięgnął do kieszeni i wyjąwszy z pugilaresu trzy bilety bankowe, rozpostarł je przed oczyma
studenta. Eugieniusz był w najokropniejszém położeniu. Przegrał markizowi d’Adjuda i
hrabiemu de Trailles sto luidorów na słowo. Nie miał pieniędzy i nie śmiał iść wieczorem do
pani de Restaud, która zaprosiła go na jeden z tych skromnych wieczorków, na których pije
się herbatę z ciastkami i przegrywa się po sześć tysięcy franków w wista.
— Mój panie — rzekł Eugieniusz, powstrzymując z trudnością drżenie konwulsyjne — chciej
pan zrozumieć, że po tém, coś mi powierzył, ja nie mogę zaciągać żadnych zobowiązań
względem pana.
— A tak! Przykroby mi było, gdybyś pan mówił inaczej — zawołał kusiciel.
— Piękny z pana młodzieniec, delikatny, dumny jak lew, a łagodny jak dziewczątko. Dyabeł
miałby piękną zdobycz z pana. Podoba mi się bardzo taki gatunek młodzieży. Jeszcze dwie
lub trzy chwile głębokiego zastanowienia, a ujrzysz pan świat takim, jakim jest rzeczywiście.
Przekonasz się, że człowiek wyższy dogadza wszystkim swym zachciankom a niekiedy tylko
odgrywa sceny cnoty ku wielkiemu zadowolnieniu głupców, którzy mu się przyglądają z
parteru. Niezadługo będziesz pan do nas należał. Ach! mógłbyś wszystko osiągnąć przy mojej
pomocy. Nie miałbyś jednego pragnienia, któreby nie zostało zaraz spełnione ; mógłbyś żądać
wszystkiego: dostojeństw, majątku, kobiet. Cała cywilizacya zmieniłaby się dla pana w
ambrozyą. Byłbyś naszym pieszczoszkiem, naszym Benjaminem, za którego pozwolilibyśmy
się wytępić wszyscy. Spłaszczylibyśmy wszystko, co-by ci stawało na zawadzie. Chyba masz
mię pan za łotra, jeżeli po tém wszystkiém nie możesz się jeszcze pozbyć swych skrupułów.
Ale wiedz pan, że de Turenne był-to człowiek takiej uczciwości, jaką pan posiadasz jeszcze w
swojém przekonaniu, a jednak obrabiał on pewne sprawki z łotrami i nie widział w tém nic
uwłaczającego dla siebie. Cóż, nie chcesz mi pan nic zawdzięczać? Niech i tak będzie —
począł znów Vautrin z uśmiechem. — Weź pan te papierki i napisz na tém — mówił, dostając
z pugilaresu papier stemplowy — ot tu w poprzek : Przyjęto za sumę trzy tysiące pięćset
franków, wypłacalną za rok. A teraz postaw pan datę ! Procent jest dość wielki, żeby uwolnić
pana od wszelkich skrupułów ; możesz nazwać mię żydem i nie czuć się obowiązanym do
żadnej wdzięczności. Dziś jeszcze wolno panu mną pogardzać, bo-m przekonany, że jutro
kochać mię będziesz. Znajdziesz we mnie te otchłanie niezgłębione, te nie-
128
zmierne uczucia spotęgowane, które głupcy nazywają występkami ; lecz nigdy nie ujrzysz
mnie podłym i niewdzięcznym. Jedném słowem, synku, nie jestem ja ani pionkiem, ani
słoniem tylko wieżą.
— Któż pan jesteś? — zawołał Eugieniusz — stworzonyś chyba po to, by mię dręczyć.
— Ależ nie, ja-m dobry człowiek, bo chcę się sam zabłocić, byle pana raz nazawsze uchronić
od błota. Pytasz pan siebie, zkąd się wzięło takie poświęcenie? Dobrze! powiem ci to kiedyś
cichutko do ucha. Zdumiałeś się pan, gdym ci pokazał rozstrój ustroju społecznego i ruch
machiny, lecz pierwszy przestrach przeminie i pogodzisz się z myślą, że na ludzi trzeba
patrzeć jak na żołnierzy, co postanowili poledz w służbie tych, którzy sami namaszczają się
na królów. Czasy zmieniły się bardzo. Dawniej mówiono do śmiałka : Oto sto dukatów, zabij
mi takiego-to jegomościa, i zasiadano najspokojniej do wieczerzy, kazawszy sprzątnąć
człowieka za jedno tak, lub jedno nie. Dziś ja ofiarowuję panu piękną fortunę za jedno
skinienie głowy, które pana w niczém nie naraża, a pan się wahasz. Taki-to już wiek
zniewieściały.
Eugieniusz podpisał weksel i zamienił go na bilety bankowe.
— Słuchaj-no pan, pomówmy rozsądnie — zaczął Vautrin znowu. — Chcę pojechać za kilka
miesięcy do Ameryki i zająć się uprawą tytoniu. Będę przysyłał panu cygara w dowód
przyjaźni. Jeżeli zdołam się wzbogacić, to będę ci pomagał. A jeżeli pozostanę bezdzietnym
(co jest rzeczą możliwą, bo nie mam wielkiej ochoty odradzać się w ablegrach), no! to zapiszę
ci wszystko. Czy to się nazywa być przyjacielem? Ależ ja cię kocham, panie Eugieniuszu.
Mam tę słabość, że lubię namiętnie poświęcać się dla innych i poświęcałem się już w swojém
życiu. Widzisz, synku, sfera, w której ja żyję, jest wyższa niż sfera innych ludzi. Ja patrzę
zawsze na cel, a czyny uważam za środki. A wiesz czém jest dla mnie człowiek? Ot czém! —
i klasnął paznogciem wielkiego palca, zasunąwszy go między zęby. — Człowiek jest
wszystkiém lub niczém. Jest mniej niż niczém, gdy się nazywa Poiret; można go rozetrzeć jak
pluskwę, płaski jest i śmierdzi. Ale człowiek podobny do pana jest bogiem : to już nie
machina powleczona skórą, lecz teatr, w którym poruszają się najpiękniejsze uczucia. Ja żyję
uczuciami. Uczucie — czyż to nie świat cały w jednej myśli? Spójrz pan na ojca Goriot :
córki stały się dla niego wszechświatem, nicią, którą kieruje się wśród całego stworzenia.
Otóż, dla mnie, co-m zbadał życie do gruntu, istnieje jedno tylko uczucie prawdziwe:
przyjaźń dwóch mężczyzn. Piotr i Jaffier, to mój ideał. Umiem VENISE SAUVEE na pamięć.
Czyś pan spotkał takiego chwata co-by wysłuchał przyjaciela, który mówi: Pomóż mi
zakopać tru-
129
pa! i poszedł z nim w milczeniu, nie nudząc go morałami? A ja-m to zrobił. Nie
wyznałbym tego przed kim innym; lecz pan jesteś człowiek wyższy, panu można wszystko
powiedzieć, bo wszystko pojąć potrafisz. Nie będziesz długo brodził po tych bagniskach, w
których mieszkają otaczające nas karzełki. No, rzecz skończona. Pan się ożenisz. A teraz do
ataku! Moja broń żelazna i nigdy nie mięknie, cha, cha !
Vautrin wyszedł, żeby nie krępować studenta i nie doczekać się przeczącej odpowiedzi.
Rzekłbyś, że wiedział o tym słabym oporze, o téj walce, którą ludzie toczą z sobą i za pomocą
której usprawiedliwiają później swoje czynności naganne.
— Niech sobie robi co chce, a ja nie myślę żenić się z panną Taillefer ! — rzekł Eugieniusz
do siebie.
Narazie opanowała go wewnętrzna gorączka na myśl, że zawarł przymierze z człowiekiem,
który w nim wstręt obudzał, a jednocześnie rósł w jego oczach przez sam cynizm swych
zasad i przez odwagę, z jaką deptał społeczność całą; niebawem jednak ochłonął, ubrał się i,
zażądawszy fiakra, pojechał do pani de Restaud. Od kilku dni hrabina okazywała szczególne
względy młodzieńcowi, którego powodzenie w wyborowém kółku wielkiego świata
zapowiadało, że wpływ jego stanie się kiedyś bardzo potężnym. Eugieniusz oddał, co był
winien panom de Trailles i d'Adjuda, a przepędziwszy część nocy przy wiście, odzyskał
wszystko, co stracił był poprzednio. Przesądny, jak większa część ludzi, których przyszłość
nie jest jeszcze zapewniona i z których każdy jest mniej więcej fatalistą, widział w swém
szczęściu nagrodę nieba za to, że postanowił wytrwać na dobrej drodze.
Następnego poranku pilno mu było zapytać, czy Vautrin ma jeszcze jego weksel. Odebrawszy
odpowiedź twierdzącą, oddał mu trzy tysiące franków, zdradzając przytém dosyć naturalne
zadowolnienie.
— Wszystko idzie dobrze — powiedział mu Vautrin.
— Lecz ja nie jestem pańskim wspólnikiem — rzekł Eugieniusz.
— Wiem, wiem — przerwał Vautrin. — Dziecinnisz się pan jeszcze. Zatrzymują cię na
wstępie rzeczy małej wagi.
W dwa dni później Poiret i panna Michonneau siedzieli wśród ustronnej alei Ogrodu
Botanicznego, na ławce oblanej promieniami słońca, i prowadzili rozmowę z jegomościem,
którego Bianchon nazwał słusznie podejrzaną figurą.
— Nie pojmuję — mówił pan Gondureau — zkąd się biorą skrupuły pani. Jego ekscelencya
minister policyi generalnej państwa...
— Ach, jego ekscelencya minister policyi generalnej państwa... — powtórzył Poiret.
130
— Tak, jego ekscelencya zajmuje się tą sprawą, — rzekł Gondureau.
Komuż nie wyda się nieprawdopodobném, że Poiret, dawny urzędnik, człowiek pozbawiony
zdolności myślenia, lecz zbrojny prawdopodobnie we wszystkie cnoty mieszczańskie, nie
przestał słuchać mniemanego kapitalisty z ulicy Buffon, w chwili gdy tenże wymówił słowo
policya, ukazując z pod maski poczciwca fizyognomią agenta z ulicy de Jerusalem? A jednak
to rzecz najnaturalniejsza w świecie. Wielu obserwatorów zrobiło spostrzeżenie, którego
jeszcze nie rozpowszechniono, lecz które objaśni lepiej, jakie miejsce Poiret zajmował w
wielkiej familii głupców. Jest pewien naród pierzasty, zamknięty w budżecie między
pierwszym stopniem szerokości północnej, pod którym leży niby Grenlandya
administracyjna, kraj honoraryów wynoszących tysiąc dwieście franków, a stopniem trzecim,
pod którym zaczyna się strefa cieplejszych honoraryów wynoszących od trzech do sześciu
tysięcy, strefa umiarkowana, w której gratyfikacja przyjmuje się i kwitnie, pomimo trudności
uprawy. Rysem charakterystycznym, który zdradza najlepiej niedołęztwo i tępość umysłu téj
rasy służalczej, jest szacunek jakiś mimowolny, machinalny, instynktowy dla tego Dalaj-
Lamy wszelkiej władzy, którego urzędnik zna tylko z nieczytelnego podpisu i nazywa jego
ekscelencya ministrem. Te trzy słowa znaczą tyle, co Il Bondo Cani kalifa bagdadzkiego i
wyobrażają w oczach téj rasy znędzniałej władzę uświęconą, nieodwołalną. Jak papież dla
chrześcijan, tak minister w oczach urzędnika jest administracyjnie nieomylny; świetność jego
osoby odbija się na jego czynach i słowach, oraz na słowach wymówionych w jego imieniu ;
haft jego munduru okrywa wszystko i uprawnia każdy czyn spełniony z jego rozkazu; tytuł
ekscelencya świadczący o czystości jego zamiarów iswiętobliwosci jego chęci, służy za
paszport najdzikszym ideom. Na samo wspomnienie jego ekscelencyi, nieboracy owi
podejmują się najskwapliwiej tego, czego nie zrobiliby we własnym interesie. Biura mają, tak
jak armia, swoje bierne posłuszeństwo: za pomocą tego systematu zagłusza się sumienie,
unicestwia człowieka i zmienia go w końcu w szrubę lub muterkę połączoną z machiną
rządową.
Pan Gondureau, który musiał znać się na ludziach, pojął od razu, że Poiret jest jednym z
takich głupców biurokratycznych. Potrzebował właśnie odsłonić swe baterie i wymówił
czarodziejskie słowo jego ekscelencja, by za pomocą tego Deux ex machina olśnić Poiret’a,
który zdawał się stwrzonym dla panny Michonneau, tak jak panna Michoenneau zdawała się
stworzoną dla Poiret’a.
-Skoro tylko jego ekscelencja minister, skoro jego ekscelencja we własnej osobie… A, to
zupełnie co innego! – rzekł Poiret.
131
— Słyszy pani, co mówi jéj towarzysz? Pani zdaje się polegać na jego zdaniu — począł znów
pseudo-kapitalista, zwracając się do panny Michonneau. Otóż, jego ekscelencya minister jest
teraz najmocniej przekonany, że tak zwany Vautrin, mieszkający w domu Vauquer, jest
zbrodniarzem zbiegłym z galer tulońskich, gdzie go znano pod imieniem Trompe-la-Mort.
— A! Trompe-la Mort! — rzekł Poiret — musi być bardzo szczęśliwym, kiedy zasłużył na
takie imię.
— A tak — odparł agent. — Zawdzięcza on swe przezwisko dziwnemu szczęściu, które
zasłaniało go przed śmiercią we wszystkich jego zuchwałych przedsięwzięciach. Jest on
niebezpieczny, trzeba państwu wiedzieć. Posiada przymioty, które czynią zeń niezwykłego
człowieka. Nawet sam wyrok potępiający przyniósł ma w rodzinnych stronach honor
niezmierny...
— Więc to jest człowiek honoru? — zapytał Poiret.
— Na swój sposób. Zgodził się on przyjąć na siebie fałszerstwo popełnione przez pewnego
młodzieńca, którego kochał niezmiernie. Był to prześliczny Włoch, trochę szuler, który
wstąpił później do wojska, gdzie zresztą sprawował się bardzo chwalebnie.
— Jeżeli jego ekscelencya minister policyi wie dobrze, że pan Vautrin jest owym Trompe-la-
Mort, to do czegóż może mnie potrzebować? — zagadnęła panna Michonneau.
— Ach! tak — rzekł Poiret — jeżeli jego ekscelencya minister, jak oto mieliśmy honor
słyszeć od pana, ma w rzeczy samej pewność jakąkolwiek...
— Nie ma tu mowy o pewności, przypuszcza się tylko. Zrozumiecie państwo zaraz, o co
idzie. Jakób Collin, przezwany Trompe-la-Mort, posiada zaufanie trzech galer, które zrobiły
go swym agentem i bankierem. Zyskuje on wiele na prowadzeniu takich spraw, do których
potrzeba człowieka znacznego.
— Ach! ach! czy pani rozumie ten dwuznacznik? — zapytał Poiret. — Pan Gondureau
nazywa go człowiekiem znacznym, dlatego, że go naznaczono.
— Mniemany Vautrin, ciągnął agent dalej, przyjmuje kapitały panów galerników, umieszcza
je, przechowuje i oddaje do rozporządzenia zbiegłym więźniom, rodzinom pozostałym po
tych, którzy zrobili testament, lub kochankom galerników, którzy przekazali im weksle.
— Kochankom galerników! Chcesz pan powiedzieć żonom — zauważył Poiret.
— Nie, panie, galernik miewa zwykle tylko nieprawe małżonki.
— Wszyscy więc oni żyją w związkach nieprawych?
— Oczywiście.
132
— Ależ — mówił Poiret, to zgroza, której jego ekscelencya minister nie powinienby cierpieć.
Pan masz szczęście widywać jego ekscelencya, wypadałoby więc panu, którego zasady są, o
ile mogę wnosić, bardzo filantropijne, zwrócić uwagę ministra na niemoralne prowadzenie się
tych ludzi, którzy dają bardzo zły przykład całemu społeczeństwu.
— Ależ, mój panie, rząd nie po to ich tam umieszcza, zęby służyli za wzór cnót.
— To prawda. Pozwól pan jednakże...
— Ależ, kochaneczku, nie przerywaj panu — rzekła panna Michonneau.
— Pojmuje pani — począł Gondureau — iż rządowi wiele na tem zależy, żeby odkryć tę kasę
nieprawną, która ma być dobrze zaopatrzoną. Trompe-la-Mort obraca znacznym kapitałem;
przechowuje bowiem nie tylko pieniądze swych towarzyszy, lecz i fundusze należące do
Towarzystwa Dziesięciu tysięcy.
— Dziesięciu tysięcy złodziei ! — zawołał Poiret przerażony.
— Nie, do Towarzystwa Dziesięciu tysięcy i jednej spółki złodziei wyższego rzędu, którzy
działają na wielką skalę i podejmują się tylko takich spraw, w których można zyskać
przynajmniej dziesięć tysięcy franków. W skład tego towarzystwa wchodzą najbardziej
dystyngowani ze wszystkich tych ichmościów, którzy idą wprost na ławę sądu kryminalnego.
Znają oni kodeks i postępują tak przezornie, że wpadłszy nawet w ręce sprawiedliwości nie
mogą być nigdy na śmierć skazani. Collin jest ich powiernikiem, ich doradcą. Dzięki
olbrzymim środkom, człowiek ten stworzył całą policyą na swe usługi i pozawiązywał
rozległe stosunki, które okrywa nieprzeniknioną tajemnicą. Rok mija, jakeśmy go otoczyli
szpiegami, a dotychczas jeszcze nie możemy zbadać jego sprawek. Talentami swemi i kasą
Collin podsyca ciągle występek, wspomaga zbrodnię i utrzymuje całą armią łotrów, którzy
toczą nieustanną wojnę ze społeczeństwem. Ująć Trompe-la-Mort i skonfiskować jego kasę,
będzie _ to znaczyło podciąć zło przy samym korzeniu. Sprawa ta stała się ważnem zadaniem
państwowem i przyniesie zaszczyt tym, którzy zechcą swojém współdziałaniem przyczynić
się do pomyślnego jéj ukończenia. Pan sam, na przykład, mógłbyś zostać znów urzędnikiem
wadministracyi, mógłbyś spełniać obowiązek komisarza policyjnego, co bynajmniej nie
pozbawiłoby pana emerytury.
- Ale dlaczegóż Trompe-la-Mort nie zemknie wraz ze swą kasą? — zapytała panna
Michonneau.
- Och! – odparł agent – gdyby okradał kasę galerników, to nie miałby się gdzie podziać, bo w
ślad za nim posłanoby wszędzie człowieka, coby go zabił. Przytém okraść kasę, to nie tak
łatwo, jak
133
wykraść pannę z dobrej familii. A wreszcie, Collin to łotr niezdolny do takich czynów, on
widziałby w tém ujmę dla swej sławy.
— Masz pan słuszność — rzekł Poiret — byłaby to wielka ujma dla jego sławy.
— Wszystko to nie objaśnia, dlaczego panowie nie chcecie ująć go otwarcie? — rzekła panna
Michonneau.
— Otóż, objaśnię pani... Ale — szepnął z cicha — powstrzymaj pani swego jegomości, żeby
mi nie przerywał, bo nigdy nie dojdziemy do końca. Nie wiem, z jakiego tytułu ten stary każe
siebie słuchać. Przybywszy do naszego miasta Trompe-la-Mort wdział skórę poczciwca,
przybrał minę porządnego mieszczanina paryskiego i zamieszkał w niepozornej gospodzie; o!
przebiegła-to sztuka! nie da on się złapać na plewy. Tak więc pan Vautrin jest człowiek
poważny, zajmujący się ważnemi interesami.
— To się rozumie — rzekł Poiret do siebie.
— Minister nie chce go aresztować z obawy, że to może być jakiś rzeczywisty Vautrin, a w
takim razie ujęcie jego oburzyłoby na nas opinią publiczną i cały stan kupiecki. Prefekt
policyi ma nieprzyjaciół i wisi na włosku. W razie pomyłki, ci, co mu zazdroszczą, nie
omieszkaliby skorzystać z powszechnych krzyków liberalnych i wysadziliby go z miejsca.
Chodzi o to, żeby działać tak, jak w sprawie Cogniard'a, mniemanego hrabiego de Sainte-
Hélene ; gdyby to był prawdziwy hrabia de Sainte-Hélene, to wina byłaby po naszej stronie.
Dlatego to sprawdzić potrzeba!
— Iw tym celu potrzebujecie państwo pięknej kobiety? — zagadnęła panna Michonneau z
żywością.
— Żadna kobieta nie potrafiłaby zbliżyć się do Trompe-la-Mort — rzekł agent. — Trzeba
pani wiedzieć, że on kobiet nie lubi.
— W takim razie nie pojmuję, w jaki sposób mogę się przyczynić do odkrycia prawdy,
gdybym nawet zgodziła się podjąć tej sprawy za dwa tysiące franków.
— Nic łatwiejszego - odparł nieznajomy. — Dam pani flakon pewnego płynu, który sprawia
uderzenie krwi do głowy. Po przyjęciu pewnej dozy, następuje niby atak apoplektyczny, nie
grożący wszelako żadnem niebezpieczeństwem. Płyn ten wlewa się do wina lub do kawy.
Gdy atak nastąpi, przenosi się pacyenta na łóżko i zdejmuje się z niego odzienie, żeby się
przekonać czy nie umiera. W takiej chwili trzeba, żebyś pani została sama i uderzyła go ręką
po ramieniu, paf! a litery wnet wystąpią.
— Ależ to jedno nic — rzekł Poiret.
— No, jakże? zgadzasz się pani? — zapytał Gondureau zwracając się do starej panny.
134
— Ale, łaskawy panie, przypuśćmy, że się litery nie pokażą, czy dacie mi pomimo to dwa
tysiące franków?
— Nie.
— Jakież więc będzie wynagrodzenie?
— Pięćset franków.
— Czyż to się opłaci popełnić taki czyn za tak małe wynagrodzenie? Wobec sumienia zło jest
jednakowe, a ja, proszę pana, mam też sumienie, które trzeba będzie ułagodzić.
— Mogę upewnić pana, że ta pani jest bardzo sumienną, a przytém bardzo miłą i rozsądną
osobą — rzekł Poiret.
— Wiesz pan co ? — poczęła znów panna Michonneau — dacie mi trzy tysiące franków,
jeżeli to jest Trompe-la-Mort, a nie dacie nic, jeżeli to sobie zwyczajny mieszczanin.
— Idzie — rzekł Gondureau — ale pod tym warunkiem, że cała ta sprawa jutro się załatwi.
— Jeszcze nie, łaskawy panie, ja potrzebuję zasięgnąć rady spowiednika.
— Przebiegła! — rzekł agent powstając. — A więc do jutra. Gdybyś pani uważała za
potrzebne rozmówić się ze mną wcześniej, to proszę przyjść na uliczkę Sainte-Anne. Tam,
przy końcu podwórza de la Sainte-Chapelle są jedne tylko drzwi pod sklepieniem.
Przyszedłszy na miejsce, proszę zapytać o pana Gondureau.
Bianchon przechodził właśnie koło nich, wracając z wykładu Cuvier'a; do uszu jego doleciało
dziwaczne nazwisko Trompe-la Mort, które tknęło go nie mniej, jak wyraz idzie
używany przez sławnego szefa policyi bezpieczeństwa.
— Czemu pani nie kończysz od razu? miałabyś trzysta franków dożywotniego dochodu —
rzekł Poiret do panny Michonneau.
— Czemu? powtórzyła. Ależ trzeba się nad tém zastanowić. A jeżeli pan Vautrin jest
rzeczywiście owym Trompe-la-Mort? Kto wie, czy niekorzystniej byłoby wejść z nim w
układy. Ale cóż? chcąc od niego dostać pieniędzy, trzeba-by go ostrzedz, a on mógłby
zemknąc sobie gratis. To dopiero byłby puff szkaradny.
— Coż mu potem, gdybyś go pani nawet uprzedziła? przecie jegomość ów powiedział, że
mają go na oku. A pani wszystkobyś wówczas straciła.
— Zresztą - pomyślała panna Michonneau - nie lubię ja wcale tego człowieka. Musi zawsze
powiedzieć mi coś nieprzyjemnego.
— Ale możesz pani lepiej zrobić - począł znów Poiret. Przecie i ten jegomość, który jest
bardzo przyzwoity, powiedział, że kto uwalnia społeczność od zbrodniarza, choćby zresztą
najcnotliwszego, ten wykonywa akt posłuszeństwa dla prawa. Bo kto pił, ten pić będzie. A
gdyby mu przyszło do głowy pozabijać nas wszystkich?
135
Toć, u licha, my-byśmy byli winni téj zbrodni, pomijając już to, że pierwsi padlibyśmy ofiarą.
Panna Michonneau była tak zajęta, że nie słuchała wcale zdań wypadających z ust Poiret'a,
jak krople wody wymykające się z wodozbioru przez kran źle zakręcony. Zacząwszy raz
seryą zdań swoich, starzec nie powstrzymywany przez pannę Michonneau, gadał jak
maszynka nakręcona. Mówił o czemś, a nawiasem potrącał o przedmioty wręcz przeciwne i
plątał je, nie mogąc przyjść do żadnego wniosku. Zbliżając się do domu Vauquer, zaplątał się
był w sieć zdań nawiasowych i cytat przygodnych, z których przeszedł nieznacznie do
opowiadania o sprawie jakiegoś pana Ragoulleau i jakiejś pani Morin, w której on, Poiret,
występował jako świadek. Wchodząc do mieszkania, panna Michonneau spostrzegła
Rastignac'a i pannę Taillefer, którzy rozmawiali z sobą poufnie. Młoda para tak była zajęta
rozmową, że nie zwróciła uwagi na dwoje starych, którzy przeszli przez salę jadalną.
— To się nie mogło skończyć inaczej — rzekła panna Michonneau do Poiret'a. Od tygodnia
już rzucali na siebie strzeliste wejrzenia.
— Tak — odparł Poiret, To też sąd ją potępił.
— Kogo?
— Panią Morin.
— Ja mówię o pannie Wiktorynie — rzekła Michonneau — a pan mi prawisz o pani Morin.
Cóż to za jedna?
— Ale czemże mogła zawinić panna Wiktoryna? — zapytał Poiret.
— Zawiniła tém, że kocha pana Eugieniusza de Rastignac i idzie ku niemu nie wiedząc,
dokąd to ją zaprowadzi - biedne niewiniątko!
Z rana dnia tego pani de Nucingen przywiodła Eugieniusza do rozpaczy. Student czuł w
sumieniu, że się już zupełnie oddał Vautrin'owi nie chcąc badać pobudek, z których
wypływała przyjaźń tego dziwnego człowieka, ani zastanawiać się nad przyszłością
podobnego związku. Od godziny już zamieniał z panną Taillefer najsłodsze obietnice i cudem
chyba mógł być wybawiony z przepaści, w której stał już jedną nogą. Wiktorynie zdawało się,
że słyszy głos anioła, że się niebiosa dla niéj otwierają, że dom Vauquer stroi się w barwy
tęczowe, któremi dekoratorowie pokrywają pałace teatralne: ona kochała, ona była kochaną, a
przynajmniej wierzyła, że nią jest! A jakaż kobieta nie uwierzyłaby tak jak ona, patrząc na
Rastignac'a i słuchając go przez całą godzinę odkradzioną wszystkim Argusom domowym?
Eugieniusz walczył z sumieniem, wiedział, że źle czyni i ma świadomość złego, lecz mówił
sobie, że
136
szczęściem kobiety okupi ten grzech powszedni, i wypiękniał swą rozpaczą, i jaśniał całym
blaskiem ognia piekielnego, co w sercu mu rozgorzał. Szczęściem dla niego spełnił się cud
pożądany: Vautrin wszedł wesoło i wyczytał, co się działo w duszy młodych ludzi, których
połączyły już kombinacye jego szatańskiego gieniuszu. Radość młodej pary rozwiała się na
dźwięk grubego głosu, który zaśpiewał ironicznie:
Moja Franusia dziwnie jest miła
W swojej prostocie...
Wiktoryna wymknęła się, unosząc z sobą tyle radości, ile dotychczas było niedoli w jéj życiu.
Biedne dziewczę! jedno uściśnienie ręki, lekkie dotknięcie włosów Rastignac'a, które
musnęły ją po twarzy, słowo wymówione tak blizko, że poczuła gorące tchnienie mówiącego,
uścisk drżącego ramienia, pocałunek złożony na jéj szyi, otoi wszystkie zadatki uczucia,
które, dzięki sąsiedztwu grubej Sylwii mogącej wejść lada chwila do salonu, stały się
gorętsze, żywsze i bardziej ponętne od najpiękniejszych dowodów przywiązania, o których
czytamy w sławnych romansach. Te drobne hołdy, jak je dawniej pięknie nazywano, były
występkiem w oczach pobożnego dziewczęcia, które się co dwa tygodnie spowiadało. W téj
jednej godzinie wylała się z jéj duszy taka moc skarbów, że już w późniejszem życiu nie
znalazłaby ich tyle, gdyby nawet, bogata i szczęśliwa, chciała się oddać komuś niepodzielnie.
— Sprawa załatwiona — rzekł Vautrin do Eugieniusza. — Nasi chłopcy już się poczubili.
Wszystko odbyło się przyzwoicie. Wynikła sprzeczka. Gołąbek nasz obraził mego sokoła. A
zatem do jutra w reducie de Clignancourt. Jutro, o pół do dziewiątej panna Taillefer
odziedziczy miłość i mienie swego ojca, w chwili gdy nie wiedząc o niczém będzie sobie
maczała kromkę chleba w kawie. Czyż to nie śmieszne? Ten mały Taillefer umie dobrze
obejść się ze szpadą, a zarozumiały jest jak prawdziwy gracz: ale z tem wszystkiem
przeciwnik upuści mu krwi za pomocą pewnego cięcia mojego pomysłu, które na tem zależy,
żeby zręcznie podnieść szpadę i pchnąć w samo czoło. Nauczę pana tego pchnięcia, które
może być niezmiernie przydatném.
Rastignac słuchał go osłupiały, niezdolny słowa wymówić. W téj chwili ojciec Goriot,
Bianchon i kilku innych stołowników weszli do Sali.
- Otoś Pan wreszcie taki, jakim cię widzieć pragnąłem - mówił Vautrin do Eugieniusza. -
Świadomy jesteś tego, co robisz. Dobrze młode moje orlę! będziesz rządził ludźmi; estes
silny, barczysty, obrośnięty; zasługujesz na mój szacunek.
137
Chciał ująć go za rękę; Rastignac cofnął żywo dłoń swoje i zbladłszy nagle, upadł na krzesło;
wydało mu się w téj chwili, że widzi kałużę krwi przed sobą.
— Ach! jeszcze nie opadły z nas wszystkie poplamione pieluszki cnoty — rzekł Vautrin
zcicha. — Papa d'Oliban ma trzy miliony, znam ja jego fortunę. Posag uczyni cię nawet we
własnych oczach białym, jak szata panny młodej.
Rastignac już się nie wahał. Postanowił uprzedzić wieczorem panów Taillefer ojca i syna.
Vautrin oddalił się, a w tejże chwili Goriot szepnął studentowi do ucha:
— Smutny jesteś, moje dziecię! ale ja cię rozweselę. Pójdź ze mną!
Mówiąc to stary fabrykant zapalał swój stoczek koło jednej z lamp. Eugieniusz poszedł za
nim, przejęty ciekawością.
— Wejdźmy do pana — rzekł stary, który wziął od Sylwii klucz studenta. — Myślałeś pan
rano, że ona cię nie kocha, co? — począł po chwili. — Odprawiła cię przemocą i wyszedłeś
od niéj zagniewany, zrozpaczony. Niewiniątko! Ona czekała na mnie. Pojmujesz pan?
Mieliśmy pójść razem zająć się ostateczném przygotowaniem mieszkanka, do którego pan się
przeprowadzisz za trzy dni. Tylko nie wydaj mnie, proszę. Ona chce, żeby to była
niespodzianka, ale ja nie mogę dłużej dochować tajemnicy. Będziesz pan mieszkał po
książęcemu na ulicy d'Artois, o dwa kroki od ulicy Saint-Lazare. Wybieraliśmy meble jak dla
panny młodej. Od miesiąca zrobiliśmy wiele rzeczy w tajemnicy przed panem. Adwokat mój
wziął się już do dzieła; Delfina będzie miała trzydzieści sześć tysięcy franków rocznie, jako
procent od swego posagu.
Eugieniusz milczący przechadzał się z założonemi rękoma po biednej swéj izdebce, w której
nieład panował. Ojciec Goriot dobrał chwilę, w której student zwrócony był do niego plecami
i położył na kominku czerwone safianowe pudełko, na którem wyzłocony był herb
Rastignac'a.
— Drogie moje dziecię — mówił biedny starowina — nie wyobrazisz sobie, com się ja przy
tém wszystkiém napracował. Bo to widzisz, egoizm mną powodował, twoje przenosiny
dotyczą mnie osobiście. Będę cię o coś prosił, nie odmówisz mi, wszak prawda?
— Czegóż pan żądasz?
— Do twego mieszkania należy pokoik położony wyżej, na piatem piętrze. Ja w nim
zamieszkam, nie prawdaż? Starzeję się już; zdaje mi się, żem za nadto oddalony od mych
córek. Nie będę ci w niczém przeszkadzał. Będę sobie siedział spokojnie. Co wieczór
przyjdziesz pomówić ze mną o niéj ; powiedz, wszak ci to nie sprawi przykrości? Gdy
będziesz powracał do domu, ja posłyszę
138
twe kroki i pomyślę sobie, leżąc w łóżku: On widział moje Delfinkę, był z nią na balu,
ona mu szczęście zawdzięcza. Gdybym był chory, tobym znajdował balsam na swe cierpienia
słuchając, jak ty powracasz do domu, jak przechadzasz się po swojém mieszkaniu. W twéj
obecności będę czuł jakby obecność mej córki. Dosyć mi będzie zrobić dwa kroki, żeby się
znaleźć na Polach Elizejskich, gdzie one dni całe spędzają, i będę mógł ciągle je widzieć; a
teraz często się zdarza, że już za późno przychodzę. A przytém, może i ona przyjdzie do
ciebie! ja posłyszę jéj głos, zobaczę ją, gdy uwinięta w watowy szlafroczek, będzie się
przechadzała zręcznie jak koteezka. Od miesiąca widzę ją znów wesołą i strojną, jak za
dawnych panieńskich czasów. Dusza jéj odzyskuje zdrowie, a ty jesteś tego szczęścia
przyczyną. O! nie ma tego, czegobym ja dla ciebie nie zrobił. Przed chwilą powiedziała mi
wracając do domu: Tatku, ja jestem bardzo szczęśliwa. Zimno mi się robi, gdy
córki mówią do mnie ceremonialnie: mój ojcze, lecz gdy nazwą mię tatkiem, to zdaje mi się,
że widzę je znowu małemi dzieweczkami, i wszystkie wspomnienia obudzają się w mém
sercu. Czuję wówczas lepiej, że jestem ich ojcem, i zdaje mi się, że one do nikogo jeszcze nie
należą.
Stary ocierał oczy zapłakane.
— Tak dawno już nie słyszałem tego wyrazu, tak dawno ona nie chodziła wsparta na mém
ramieniu. O, tak! pewnie już ze sześć lat nie chodziłem obok żadnej z mych córek. Jak-to lubo
ocierać się o jéj suknię, stosować się do jéj kroku, jéj ciepłem się rozgrzewać! Jedném
słowem, ja-m dziś wszędzie towarzyszył Delfinie. Wchodziłem z nią do wszystkich sklepów i
odprowadziłem ją do domu. O, pozwól mi pozostać przy sobie! Czasem będziesz potrzebował
jakiej usługi, to ja będę na zawołanie. O! gdyby ten bałwan Alzatczyk umarł, gdyby podagra
jego miała rozum i przeszła mu do żołądka, toż dopiero córka moja byłaby szczęśliwa! Ty
byłbyś mym zięciem, zostałbyś otwarcie jéj mężem. Ona biedna tak mało zaznała rozkoszy
tego świata, że ja jéj wszystko przebaczam. Pan Bóg musi być po stronie ojców, którzy
kochają gorąco. — Jak ona cię kocha ! — rzekł podnosząc głowę po chwilowém milczeniu.
— W drodze ciągle mówiła o tobie: Jaki on ładny! nie prawdaż, ojcze? a jakie dobre ma
serce! Czy on często mówi o mnie? Ba, możnaby całe tomy zapisać tém, co ona
mówiła o tobie, idąc z ulicy d Artois, aż do pasażu des Panoramas! W końcu wylała całe swe
serce przede mną. Dzisiejszego poranku zapomniałem o starości, zdawało mi się, żem lekki
jak piórko. Powiedziałem jéj, żeś mi oddał owe tysiąc franków. O, pieszczotka droga! do łez
była wzruszona tym postępkiem! - Ale cóż to masz na kominku? — zaga-
139
dnął wreszcie ojciec Goriot, który umierał z niecierpliwości, widząc, że Rastignac nie myśli
ruszyć się z miejsca.
Student odurzony patrzył bezmyślnie na sąsiada. Pojedynek, zapowiedziany na jutro przez
Vautrin'a, stanowił tak rażącą sprzeczność ze spełnieniem najdroższych jego nadziei, że
zaczynał prawie wierzyć, iż jest pod wrażeniem snu strasznego. Zbliżył się do kominka, a
spostrzegłszy pudełeczko kwadratowe, wziął je w ręce i otworzył. Wewnątrz znajdował się
zegarek Bregueta przykryty ćwiartką papieru, na której były słowa :
Chcę, żebyś pan myślał o mnie w każdej chwili, - ponieważ...
Delfina.
Ostatni ten wyraz miał zapewne przypomnieć jakąś scenę, która zaszła między niemi.
Eugieniusz uczuł się wzruszonym. Wewnętrzną stronę złotej koperty pokrywał emaliowany
herb Rastignac'ów. Oddawna już marzył o takiém cacku. Łańcuszek, kluczyk, kształt i deseń,
wszystko niezmiernie mu się podobało. Ojciec Goriot był rozpromieniony. Obiecał zapewne
córce, że opowié jéj wszystkie szczegóły wrażenia, jakiego Eugieniusz dozna na widok jéj
daru, bo podzielał całem sercem młodzieńcze wzruszenie i wydawał się nie mniej
zadowolnionym od Rastignac'a, którego kochał już i za córkę i za siebie samego.
— Pójdź do niéj wieczorem, ona czekać cię będzie. Ten bałwan Alzatczyk ma być na
wieczerzy u swojej tancerki. Aha ! zgłupiał jegomość, gdy adwokat mój wypowiedział mu
całą prawdę bez ogródek. On twierdzi, że ubóstwia mą córkę! niech-no spróbuje dotknąć się
do niéj, to go zabiję. Na sarnę myśl, że moja Delfina... (westchnął, byłbym zdolny zbrodnię
popełnić; nie byłoby to nawet mężobójstwem zabić tę istotę, co ma głowę wołu, a kadłub
wieprza. Zabierzesz mię z sobą, nie prawdaż ?
— Dobrze, kochany ojcze Goriot, wiesz przecie, że cię kocham.
— O, ja widzę dobrze, że ty się mnie nie wstydzisz! Pozwól, niechże cię uściskam.
I pochwycił go w ramiona.
— Przyrzecz mi, że ją uczynisz szczęśliwą! Pójdziesz dziś do niéj, nie prawdaż?
— O, tak! Muszę wyjść dla ważnych spraw, których odłożyć niepodobna.
— Możebym mógł w czém dopomódz?
— A, w rzeczy samej! Ja pójdę do pani de Nucingen, a pan idź do pana Taillefer ojca i poproś
go, by mi udzielił wieczorem godzinę posłuchania w sprawie niezmiernej wagi.
— Czyżby to była prawda, młodzieńcze? — zapytał ojciec Go-
140
riot, mieniąc sie na twarzy; — miałżebyś starać się o jego córkę, jak twierdzą ci głupcy z
dołu? Niech cię Bog strzeże! nie próbowałeś ręki Goriot'a.? gdybyś nas oszukiwał, toby się ta
sprawa pięścią zakończyła. Och! to być nie może !
— Przysięgam panu, że jedne tylko kobietę kocham na świecie — rzekł student —
przekonałem się o tem dopiero przed chwilą.
— Ach! co za szczęście! — zawołał ojciec Goriot.
— Ale — począł znów student — syn Taillefer'a ma się bić jutro, a ja słyszałem, że go mają
zabić.
— Cóż to ciebie obchodzi? — rzekł Goriot.
— Ależ trzeba go uprzedzić, żeby nie pozwolił synowi... — zawołał Eugieniusz.
W téj chwili mowę jego przerwał głos Vautrin'a, który zaśpiewał tuż koło drzwi:
O Ryszardzie, królu mój !
Cały świat opuszcza cię...
Brum ! brum ! brum ! brum ! brum !
Długo błądziłem po szerokim świecie,
I teraz jeszcze aż...
Tra, la, la, la, la...
— Proszę panów — zawołał Krzysztof — zupa podana, wszyscy już siedli do stołu.
— Słuchaj — rzekł Vautrin — pójdź przynieś ode mnie butelkę Bordeaux.
— Jakże ci się zegarek podoba? — mówił Goriot. — Dobry ma gust, prawda?
Vautrin, ojciec Goriot i Rastignac zeszli razem i musieli, wskutek opóźnienia, zasiąść rzędem
obok siebie. Podczas obiadu Eugieniusz okazywał wielką oziębłość Vautrin'owi. Człowiek
ten, uznany już przez panią Vauquer za najmilszego na całym świecie, rozwijał dzisiaj
niezwykły zasób dowcipu. Strzelał wciąż świetnemi słówkami i rozruszał wszystkich
współbiesiadników. Eugieniusza zdumiewała ta krew zimna, ta niezachwiana pewność siebie.
— Którą nogą wstałeś pan dzisiaj z łóżka? — zapytała go pani Vauquer. - Jesteś wesół, jak
zięba.
— Ja-m zawsze wesół, gdy robię dobre interesa.
— Interesa? - zagadnął Eugieniusz.
- A no, tak! dostawiłem transport towarów, za co dostanę dobre porękawiczne. — Panno
Michonneau - zawołał, widząc, że stara panna przygląda mu się z uwagą — czy w méj twarzy
jest jaki rys, co się pani me podoba, że spoglądasz pani na mnie takiém ame-
141
rykańskióm okiem. Proszę powiedzieć! ja się odmienię, byle tylko przypodobać się pani.
— A co na to powie Poiret? cóż, nie będziemy się gniewali? — dodał, mrugając na starego
urzędnika.
— Słowo daję, pan powinienbyś pozować na Herkulesa-Trefnisia ! — rzekł malarz do
Vautrin'a.
— Czemu nie? zgoda, jeżeli panna Michonneau zechce pozować na Wenerę z Pere-Lachaise
— odparł Vautrin.
— A Poiret ? — zagadnął Bianchon.
— O, Poiret będzie pozował na Poiret'a. To będzie bóg ogrodów! — zawołał Vautrin. — On
pochodzi od gruszki...
— Miękkiej ! — podchwycił Bianchon. — W takim razie pan będziesz pomiędzy gruszką a
serem.
— Wszystko to są brednie — rzekła pani Vauquer. — Ot, wolałbyś pan potraktować nas
winem Bordeaux, bo widzę właśnie butelkę, która wysadza swą główkę. Wino będzie nas
utrzymywało w dobrym humorze, a przytém to tak zdrowo na żołondek.
— Panowie — rzekł Vautrin — prezes przywołuje nas do porządku. Pani Couture i panna
Wiktoryna nie zgorszą się waszemi swobodnemi żarcikami; ale umiejcież uszanować
niewinność ojca Goriot. Proponuję państwu buteleczkoramę wina Bordeaux, któremu imię
Lafitte dodaje jeszcze więcej sławy (mówię to bez żadnej aluzyi politycznej). — Słuchaj,
Chińczyku! — zawołał zwracając się do Krzysztofa, który nie ruszył się z miejsca. —
Pójdźże, Krzysztofie! Cóżto, nie słyszałeś swego imienia? Chińczyku, sprowadź trunki!
— Proszę — powiedział Krzysztof, podając mu butelkę.
Vautrin napełnił szklankę Eugieniusza i ojca Goriot, a sobie nalał zwolna kilka kropel i zaczął
je kosztować, podczas gdy obaj sąsiedzi wychylali swe szklanki. Skosztowawszy, skrzywił
się nagle.
— Tam do licha! wino trąci korkiem. Weź to dla siebie, Krzysztofie, a dla nas pójdź przynieś
więcej; znajdziesz tam na prawo, wiesz? Jest nas osób szesnaście, sprowadź więc osiem
butelek.
— Skoro pan tak się wysadzasz, to i ja płacę sto kasztanów — rzekł malarz.
— Oho!
— Buuuuh!
— Prrrr!
Wykrzykniki wylatywały ze wszystkich stron niby rakiety.
— Wiecie co, mamo Vauquer? żebyście dali tak ze dwie butelki szampana — zawołał
Vautrin.
— A to trafił! Czemu nie zażądać już lepiej całego domu? Dwie butelki szampana! Ależ to
kosztuje dwanaście franków! ja
142
tyle nie zarabiam, nie ! Jeżeli pan Eugieniusz zapłaci, to mogę dać nalewki porzeczkowej.
— Ta jéj nalewka przeczyszcza żołądek jak manna — rzekł zcicha student medycyny.
— Zmiłuj się, nie gadaj, Bianchon — zawołał Rastignac. — Na samo wspomnienie o mannie
serce mi... Dobrze, zgoda na szampana, ja płacę — dodał student.
- Sylwio — rzekła pani Vauquer — podaj sucharki i małe ciastka.
— Te małe ciastka są za wielkie. Na sucharki to zgoda.
W jednej chwili obniesiono dokoła butelki Bordeaux, goście ożywili się i wesołość się
podwoiła. Wśród szalonego śmiechu wyrywały się głosy naśladujące krzyk rozmaitych
zwierząt. Urzędnikowi z Muzeum przyszło do głowy odtworzyć krzyk Paryża, który miał
przypominać miauczenie kota zakochanego i wnet osiem głosów ryknęło osiem zdań
następujących :
— Ostrzyć noże !
— Siemię dla ptasząt !
— Sztuki, patrzcie panie, sztuki !
— Drutować porcelanę !
— Proszę do łodzi ! proszę do łodzi !
— Bić żony, trzepać odzież i
— Stare odzienie, stare galony, stare kapelusze do sprzedania !
— Wiśnie, wiśnie słodkie !
Palmę pierwszeństwa otrzymał Bianchon za akcent nosowy z jakim wywoływał:
— Handlarz parasoli !
Po chwili hałas stał się nieznośny, rozmowa zmieniła się w jakieś brednie bezmyślne, a
Vautrin dowodził tém wszystkiém, niby dyrygujący operą, przyczém spoglądał niekiedy na
Eugieniusza i ojca Goriot, którzy zdawali się już upojeni. Obaj siedzieli wsparci plecami o
poręcz krzesła i pili niewiele, patrząc z powagą na nieład panujący dokoła; obaj myśleli o
tém, co mieli spełnić wieczorem, lecz żaden nie miał siły powstać z swego miejsca. Vautrin
śledził ukradkiem zmianę ich fizyognomij, aż spostrzegł, że błędne oczy zaczynają się
przymykać; wtedy pochylił się ku Rastignac'owi i szepnął mu do ucha:
— Synku kochany, jeszcześ nie dość przebiegły, by walczyć z tatusiem Vautrin'em, który
zanadto cię kocha, by pozwolił ci robić głupstwa. Gdy ja postanowię coś zrobić, to tylko Bóg
jeden może mi przeszkodzić. Ach! chcieliśmy ostrzegać ojca Taillefer, chcieliśmy popełniać
błazeństwa! Piec gorący, ciasto rozczynione, chleb siedzi już na łopacie; jutro będziemy
zajadali z takim apetytem, aż
143
okruchy wyżej głowy wyskakiwać nam będą, a dziś chcieliśmy nie dopuścić, by go w piec
wsadzono?... nie, nie, wszystko się upiecze! Pozostanie nam może trochę zgryzoty, lecz i to
się razem przetrawi. Chrapniemy sobie troszeczkę, a tymczasem hrabia Franchessini otworzy
nam końcem szpady spadek po Michale Taillefer. Wiktoryna odziedziczy wszystko po bracie
i będzie miała piętnaście tysiączków dochodu. Dowiedziałem się również, że spadek po matce
dochodzi do trzechkroć tysięcy...
Eugieniusz słuchał i nie mógł nic odpowiedzieć: czuł, że mu język przylega do podniebienia,
że ogarnia go senność nieprzezwyciężona; przed oczyma rozścielała mu się jakaś mgła
świecąca, przez którą widział niewyraźnie stół i twarze biesiadników. Gwar ucichał zwolna i
goście rozchodzili się po jednemu. Za stołem pozostała już tylko pani Vauquer, pani Couture
z panną Wiktoryna, Vautrin i ojciec Goriot. Rastignac rozmarzony widział jeszcze, jak pani
Vauquer zlewała pozostałe wino do jednej butelki.
— A, jacy oni szaleni, jacy młodzi! — mówiła wdowa. Było-to ostatnie zdanie, które
Eugieniusz mógł jeszcze zrozumieć.
— Tylko pan Vautrin potrafi wyprawiać takie sztuki — rzekła Sylwia. — Patrzcie państwo,
toć to Krzysztof chrapie jak bączek.
— Do widzenia, mamuniu — rzekł Vautrin. — Idę na bulwar podziwiać p. Marty w Mont-
Sauvage. Jestto wielka sztuka przerobiona z Pustelnika. Jeżelibyś pani życzyła, tobyśmy
poszli razem z temi paniami.
— Ja dziękuję — rzekła pani Couture.
— Jakto, sąsiadko ! — zawołała pani Vauquer — nie chcesz widzieć sztuki osnutej na
Pustelniku? Wszakże do dzieło Atali de Chateaubriand, któreśmy czytały w przeszłym roku
pod lipami, płacząc niby jakie Magdaleny; przy tém jest-to utwór moralny, z którego i panna
Wiktoryna może skorzystać.
— Nam nie wolno bywać na komedyi — odparła Wiktoryna.
— Patrzcie państwo! ci już zupełnie gotowi — rzekł Vautrin, poruszając w sposób komiczny
głowę ojca Goriot i Eugieniusza.
Złożył głowę studenta na krześle, żeby mu było wygodniej i pocałował go serdecznie w czoło
śpiewając :
Śpijcie, pieszczotki kochane!
Ja czuwać przy was zostanę.
— Boję się, żeby on nie zachorował — rzekła Wiktoryna.
— W takim razie, niechże go pani pielęgnuje — począł znów Vautrin. — Jest-to — szepnął
jéj do ucha — obowiązek żony uległej..
144
— Młodzieniec ten ubóstwia panią, a ja przepowiadam, że pani zostaniesz jego żoneczką. —
A w końcu — dodał głośno — poważano ich powszechnie, żyli szczęśliwie i mieli dużo
dzieci. Oto zakończenie wszystkich historyj miłosnych. - Dalejże, mamuniu — zawołał
zwracając się do pani Vauquer i chwytając ją w objęcia — proszę włożyć kapelusz, piękną
suknię w kwiaty i przepaskę hrabiny. Ja sam pójdę sprowadzić fiakra.
I oddalił się śpiewając:
O słońce, słońce, boskie słońce,
Pod którem tykwy dojrzewają...
— Mój Boże! wiesz co, pani Couture? ja zgodziłabym się choć na dachu żyć z takim
człowiekiem. — No — rzekła zwracając się do starego fabrykanta — ojciec Goriot już gotów.
Temu staremu sknerze nigdy nie przyszło na myśl, żeby mię gdziekolwiek zaprowadzić. Ale,
mój Boże! on spadnie na ziemię. Jak-to nieprzyzwoicie, kiedy człowiek niemłody upije się i
rozum utraci! Powiecie mi, że trudno stracić to, czego się nie ma. Sylwio, zaciągnijże
go na górę.
Sylwia wzięła starego pod ramiona, poprowadziła go popychając przed sobą i rzuciła jak
tłomok jaki w poprzek łóżka.
— Biedny młodzieniec — mówiła pani Couture, odgarniając Eugieniuszowi włosy, które mu
aż na oczy opadły — on tak jak dzieweczka nie zna jeszcze, co to jest nadużycie.
— A — rzekła pani Vauquer — mogę śmiało powiedzieć, że od lat trzydziestu, to jest od
czasu jak utrzymuję mą gospodę, wielu młodych ludzi przeszło, jak-to mówią, przez moje
ręce; ale żaden jeszcze nie był tak miły i tak dystyngowany, jak pan Eugieniusz. Jaki on
piękny we śnie! Pani Couture! niech-że pani oprze jego głowę na swém ramieniu. Ba ! ona
już spadła na ramię panny Wiktoryny: Bóg czuwa nad dziećmi. Jeszcze chwila, a byłby
roztrzaskał głowę o poręcz krzesła. Ale z nich obojga byłaby bardzo ładna para.
— Dajcież pokój, sąsiadko, mówicie takie rzeczy...
— To cóż, przecie on nie słyszy — odparła pani Vauquer.
— No, Sylwio, chodź-że mię ubrać. Włożę wysoki gorset.
— A tak ! wysoki gorset po obiedzie — zawołała Sylwia. — Niech-że pani szuka sobie kogo
innego do sznurowania, ja nie chcę być zabójczynią. Pani może życiem przypłacić taką
nierozwagę.
— Mniejsza o to, trzeba wystąpić tak, żeby się pan Vautrin nie powstydził.
- To pani musi bardzo kochać swoich spadkobierców ?
145
— No, Sylwio, dość już tego gadania — zawołała wdowa odchodząc.
— I to w takim wieku! — rzekła kucharka do Wiktoryny, wskazując na oddalającą się panią.
W sali jadalnej została tylko pani Couture i wychowanka jéj, podtrzymująca na swém
ramieniu głowę śpiącego Eugieniusza. Chrapanie Krzysztofa rozlegało się wśród cichego
domu, przez co sen Eugieniusza, który spał cicho jak dziecię, nabierał jeszcze więcej
wdzięku. Wiktoryna uszczęśliwiona była, że może spełnić jeden z tych aktów miłości
bliźniego, w których wylewają się wszystkie uczucia kobiety, że może bez grzechu czuć przy
swém sercu uderzenie serca młodzieńczego. Na twarzy jéj rozlał się jakiś wyraz
macierzynsko-opiekuńczy, który czynił ją dumną prawie. Wśród tysiącznych myśli,
powstających w jéj głowie, budziło się natrętne uczucie rozkoszy, wywołane zamianą
czystego, młodzieńczego ciepła.
— Biedne, drogie dziecię! — rzekła pani Couture, ściskając jéj rękę.
Stara kobieta wpatrywała się z zachwytem w tę twarz nieskalaną i smętną, którą otoczyła w
téj chwili aureola szczęścia. Wiktoryna przypomniała jedno z tych naiwnych
średniowiecznych malowideł, na których artysta odrabiał wszystkie akcesorya niedbale, ale za
to całą potęgę spokojnego i silnego pędzla skupiał na twarzy o żółtym odcieniu, w której
niebo zdawało się odbijać z całem bogactwem złotych swoich blasków.
— Jednak, mateczko, on wypił nie więcej jak dwie szklanki — mówiła Wiktoryna, zatapiając
palce we włosach Eugieniusza.
— Ależ, drogie dziecię, nie szkodziłoby mu wino, gdyby przyzwyczajony był do nadużycia.
Właśnie chwali mu się to, że się upił.
Turkot powozu dał się słyszeć na ulicy.
— Mateczko — rzekło dziewczę — pan Vautrin przyjechał. Proszę wziąć ode mnie pana
Eugieniusza. Nie chciałabym, żeby widział go przy mnie ; umie on niekiedy przemawiać w
taki sposób, że wyrazy jego kalają jego duszę, a gdy spojrzy przytém, to kobiecie robi się tak
przykro, jak gdyby z niéj suknię zdzierano.
— Nie — rzekła pani Couture — ty się mylisz! Pan Vautrin, to człowiek uczciwy, trochę niby
w rodzaju nieboszczyka pana Couture; prawda, że raptus, ale dobry; jedném słowem jest-to
gbur dobroduszny.
W téj chwili Vautrin wszedł pocichu i spojrzał na obraz ułożony z tych dwojga dzieci,
których światło lampy zdawało się głaskać pieszczotliwie.
— Oto scena — rzekł, zakładając ręce — z której poczciwy
146
Bernardin de Saint-Pierre, autor Pawła i Wirginii, mógłby zaczerpnąć natchnienie do
niejednej pięknej stronicy. Jaka-to młodość piękna, pani Couture! Śpij, biedne dziecię -
mówił, wpatrując się w Eugieniusza — czasami szczęście spływa na nas we śnie. Wiem —
ciągnął dalej, zwracając się do wdowy — że piękność duszy tego chłopaka odpowiada
piękności jego twarzy, a ta harmonia wzrusza mie i przywiązuje do niego. Patrz pani, czyż-to
me jest cherubin spoczywający na ramieniu anioła? o, takiego warto kochać! Gdybym był
kobietą, chciałbym umrzeć (nie, nie głupim !), chciałbym żyć dla niego. Gdy patrzę tak na
oboje, szepnął pochylając się do ucha wdowy, to nie mogę powstrzymać się od myśli, że Bóg
stworzył ich po to, żeby wzajemnie do siebie należeli. Opatrzność przenika serca ludzkie, a
drogi jej są dla nas zakryte — zawołał głośno.
— Widząc was, dzieci moje, w téj chwili, gdyście złączeni z sobą nieskazitelnością dusz
waszych i wszystkiemi uczuciami ludzkiemi, myślę sobie, że niepodobna jest, abyście kiedyś
w przyszłości mieli być rozłączeni. Bóg jest sprawiedliwy. Zdaje mi się — rzekł do
Wiktoryny — że widziałem na ręku pani linie zapowiadające przyszłość szczęśliwą. Proszę
mi pokazać rękę, panno Wiktoryn, znam się ja na chiromancyi i nieraz już wróżyłem. No, nie
bój-że się pani. Oho, cóż - to ja widzę! Ręczę pani słowem uczciwego człowieka, że
zostaniesz wkrótce jedną z najbogatszych dzieweczek w Paryżu i uszczęśliwisz tego, który cię
kocha. Ojciec weźmie panią do siebie. Poślubisz człowieka z tytułem, młodego i pięknego,
który już teraz cię ubóstwia.
W tej chwili ciężkie stąpanie zalotnej wdowy przerwało wróżby Vautrin'a.
— Oto mamma Vauquerrr, piękna jak gwiazzzda, wysznurowana jak marrrchew. Czy nie
dusimy się troszeczkę, mammuniu? — zapytał, przykładając rękę do brykli od gorsetu. —
Jeżeli się rozpłaczemy, to może być eksplozya; ale ja pozbieram szczątki z troskliwością
antykwaryusza.
— Ten człowiek zna mowę galanteryi francuzkiéj — szepnęła wdowa, pochylając się do ucha
pani Couture.
— Do widzenia, dzieci — rzekł Vautrin do Eugieniusza i Wiktoryny. — Błogosławię was —
dodał, wyciągając ręce nad ich głowami. — Wierz mi pani, życzenia uczciwego człowieka
mają swoje wartość, bo idą do Boga i muszą szczęście sprowadzić.
— Do zobaczenia, przyjaciółko droga — rzekła pani Vauquer do swej lokatorki. — Jak
sądzicie -— dodała pocichu — czy pan Vautrin ma jakie plany dotyczące mojej osoby?
— Hm ! hm !
— A, matko droga — zawołała Wiktoryna, zostawszy sam-na-
147
sam z panią Couture — gdyby to mogło być prawdą, co mówił dobry pan Vautrin! — i
popatrzyła z westchnieniem na swe ręce.
— Nie trzeba nic więcej, tylko żeby ten potwór, brat twój, zleciał z konia — rzekła stara
kobieta.
— Ach, mateczko !
— Mój Boże, może to i grzech życzyć źle nieprzyjacielowi — poczęła znów wdowa. — W
takim razie gotowa-m za to odpokutować. Ale prawdziwie, bardzoby mi było przyjemnie
zanieść kwiaty na grób jego. Niedobry! nie ma odwagi przemówić za swą matką, a spadek po
niej zabrał wykrętnie i używa go z twoją krzywdą. Kuzynka moja miała piękną fortunę, tylko,
nieszczęściem dla ciebie, w intercyzie nie było mowy o jéj wniosku.
— Szczęście byłoby mi ciężkie do zniesienia, gdyby ktoś musiał je życiem okupić — rzekła
Wiktoryna. — A gdybym miała być szczęśliwą pod tym warunkiem, że brat mój zginie; to
wolałabym nazawsze pozostać tu, gdzie jestem.
— Mój Boże — poczęła znowu pani Couture — dobrze mówi pan Vautrin, widzisz, jaki on
religijny; przekonałam się teraz z radością, że nie jest pozbawiony wiary, jak inni, co to
mówią o Bogu z mniejszym szacunkiem niż sam dyabeł. Nikt z nas nie może wiedzieć,
jakiemi drogami Opatrzność raczy nas prowadzić.
Obie kobiety wezwały wreszcie Sylwii do pomocy i przeniosły Eugieniusza do jego pokoju.
Złożywszy go na łóżku, kucharka porozpinała na nim odzienie, żeby mógł spać wygodniej.
Przed odejściem, Wiktoryna skorzystała z tego, że opiekunka zwróciła się do niéj plecami i
złożyła pocałunek na czole Eugieniusza. A jakże była szczęśliwa, popełniając tę kradzież
występną! Rozejrzała się jeszcze po jego pokoju, zebrała, że tak powiem, wjednę myśl
wszystkie błogie wypadki dnia tego, usnuła z nich obraz, w który wpatrywała się długo i
zasnęła jako najszczęśliwsza w całym Paryżu istota.
Bankiet, przy którym Vautrin upoił Eugieniusza i Goriot'a winem usypiającem, stał się
hasłem własnej jego zguby. Bianchon, wpół pijany, zapomniał spytać panny Michonneau, co
miał znaczyć dziwny wyraz Trompe-la-Mort. Imię to byłoby pewnie obudziło ostrożność
Vautrin'a, czyli (nazwijmy go właściwem imieniem) Jakóba Collin, jednego z
najsławniejszych galerników. Wreszcie panna Michonneau, obrażona przezwiskiem Wenery z
Pere-Lachaise, postanowiła wydać Collin'a w takiej chwili właśnie, kiedy, znęcona jego
wspaniałomyślnością, wahała się, czy nie lepiej byłoby przestrzedz go, żeby mógł zemknąć w
nocy.
Po obiedzie udała się w towarzystwie Poiret'a na uliczkę Sainte-Anne dla widzenia się ze
sławnym szefem policyi bezpieczeństwa, którego znała pod nazwiskiem wyższego urzędnika
Gondureau.
148
Dyrektor policyi sądowej przyjął ją bardzo uprzejmie. Ułożono wszystkie warunki, poczém
panna Michonneau zażądała napoju, za pomocą którego miała się przekonać o istnieniu
piętna. Wieki człowiek z małej uliczki Sainte-Anne otworzył szufladę od biurka i zaczął
szukać flakonika, zdradzając przytém tak żywe zadowolnienie że panna Michonneau wpadła
na myśl, iż tu musi chodzie o cos więcej, jak o ujęcie prostego galernika. Zaczęła łamać sobie
głowę aż doszła do przekonania, że policya ma pewne wskazówki od zdrajców z galer, i
spodziewa się znaleźć w tym czasie znaczne kapitały u Collin'a. Wyjawiła swe domysły, ale
słuchający jej lis zaczął się uśmiechać, usiłując odwrócić podejrzenia starej panny.
— Mylisz się pani — powiedział. — Collin, to taka niebezpieczna sorbona, jaka nigdy
jeszcze nie znajdowała się po stronie złoczyńców. Oto i wszystko. Łotry umieją go cenić; on
jest ich sztandarem, ich podporą, ich Bonapartym wreszcie, a oni go za to kochają.
Niegodziwiec ten nie zostawi nam nigdy swego kloca na placu de Greve.
Panna Michonneau nie zrozumiała i Gondureau musiał objaśnić znaczenie słów
wymówionych przed chwilą.
Sorbona i kloc są - to dwa wyrazy wzięte z żargonu złodziei, którzy najpierwsi uznali
potrzebę zapatrywania się na głowę ludzką z dwóch punktów odrębnych. Sorbona — to
głowa człowieka żyjącego, to doradca i źródło myśli. Kloc — to wyraz pogardliwy,
określający całą nicość głowy odciętej od ciała.
— Collin kpi z nas — ciągnął Gondureau dalej. — Spotkawszy takich ludzi, twardych jak
sztaba hartownej stali, zabijamy ich, korzystając z najmniejszej chęci oporu, jaką okazują
przy aresztowaniu. Spodziewamy się, że Collin będzie też stawił opór jutro rano i że
będziemy mogli go zabić. W takim razie unika się procesu, kosztów na utrzymanie, na
pokarm, i wyświadcza się przysługę społeczności. Procedura sądowa, wezwanie świadków do
sądu, wynagrodzenie ich, egzekucya, jedném słowem wszystko, przez co legalnie
pozbywamy się takich łotrów, kosztuje więcej niż tysiąc talarów, które pani masz dostać.
Przytém i czas się oszczędza. Zadając silne pchnięcie bagnetem w brzuch Trompe-la-Mort,
powstrzymamy sto zbrodni i unikniemy zepsucia pięćdziesięciu łotrów, którzy będą ostrożnie
postępować w pobliżu policyi poprawczej. Oto jest polieya dobrze urządzona. Według zdania
prawdziwych filantropów, postępując w taki sposób, zapobiega się spełnieniu zbrodni.
— I wyświadcza się usługę krajowi — dorzucił Poiret.
— A tak! — odparł szef — pan mówisz dzisiaj bardzo rozsądnie. Tak, zapewne, my służymy
krajowi. Z tém wszystkiém, świat jest
149
względem nas bardzo niesprawiedliwy. Wyświadczamy społeczeństwu wielkie, lubo
nieuznane posługi. Ale człowiek wyższy powinien wznieść się po-nad przesądy, a
chrześcijanin powinien przyjąć nieszczęścia, które nawet dobro pociąga za sobą, jeżeli nie jest
spełnione według przyjętych powszechnie wyobrażeń. Paryż jest Paryżem, widzicie państwo.
Słowo to objaśnia moje życie. Żegnam panią. Będę jutro z memi ludźmi w Jardin du Roi.
Proszę przysłać Krzysztofa na ulicę Buffon'a, do pana Gondureau, do domu, w którym byłem
poprzednio. Sługa uniżony pana dobrodzieja. Gdyby pana kiedykolwiek okradziono, to proszę
wezwać mojej pomocy, ja-m zawsze gotów na usługi.
— Bywają jednak głupcy — mówił Poiret do panny Michonneau — którzy z siebie wychodzą
na samo wspomnienie policyi. A przecie ten pan taki miły, a to, czego żąda od pani, jest
proste jak dzień-dobry.
Następny dzień miał się zapisać jako jedna z najdonioślejszych dat w domu Vauquer.
Dotychczas, na tle spokojnego życia, najwybitniejszym wypadkiem było przelotne pojawienie
się mniemanej hrabiny de l'Ambermesnil. Ale wszystko miało zblednąć wobec gwałtownych
wypadków dnia tego, o którym pani Vauquer miała wspominać w rozmowie do końca swego
życia. Najpierw Goriot i Eugieniusz de Bastignac spali aż do jedenastej. Pani Vauquer wróciła
z teatru około północy i przeleżała w łóżku do pół do jedenastej z rana. Długi sen Krzysztofa,
który wypił wino ofiarowane przez Vautrin'a, sprawił, że cały porządek domowy został
opóźniony. Poiret i panna Michonneau nie narzekali, że śniadania nie podano o zwyczajnej
porze. I Wiktoryna z panią Couture zaspały dnia tego bardzo długo. Vautrin wyszedł przed
ósmą, a powrócił w chwili, kiedy właśnie podawano śniadanie. Nikt więc nie protestował, gdy
po jedenastej już Sylwia i Krzysztof poszli stukać do wszystkich drzwi, donosząc, że
śniadanie gotowe. Panna Michonneau zeszła najpierwsza i skorzystała z nieobecności Sylwii i
służącego, żeby wlać płyn z flakonu do srebrnego kubka Vautrin'a. Kubek ten, napełniony
śmietanką, wstawiano zawsze do wanienki z gorącą wodą, razem ze wszystkiemi
garnuszkami, w których grzała się śmietanka do kawy. Panna Michonneau wiedziała o tym
zwyczaju i rachowała, że on jéj dopomoże do spełnienia zamierzonego czynu. Nie bez
trudności udało się wreszcie zgromadzić wszystkich siedmiu lokatorów.
W chwili gdy Eugieniusz schodził ostatni, przeciągając się leniwie, posłaniec wręczył mu list
od pani de Nucingen. List ten zawierał, co następuje:
Wobec ciebie, przyjacielu, nie znam ani fałszywej próżności,
150
ani gniewu. Czekałam cię aż do drugiej po północy. Z czem-że porównać oczekiwanie
ukochanej istoty? Kto sam poznał tę mękę, ten nikogo na nią nie skaże. Teraz widzę dobrze,
że kochasz po raz pierwszy. Co ci się stać mogło? Niepokój mię ogarnął. Gdyby nie obawa,
że zdradzę tajemnicę mego serca, to byłabym sama poszła przekonać się, jakie-to szczęście,
lub jakie nieszczęście ciebie spotkało. Ale naraziłabym się na zgubę niezawodną, gdybym o
takiej porze wyjechała z domu powozem lub wyszła piechotą. Poznałam, jakie-to nieszczęście
być kobietą. Uspokój mię, wytłumacz, dlaczegoś nie przyszedł potem, co ci mój ojciec
powiedział. Będę się gniewała, ale przebaczę. Możeś chory? poco było najmować tak odległe
mieszkanie? Jedno słowo przez litość! Do prędkiego zobaczenia, nieprawdaż? Jedno słowo
wystarczy mi, jeżeliś zajęty. Powiedz : Biegnę, lub cierpię. Ale, gdybyś był cierpiący, to
przecie ojciec mógłby mię zawiadomić. Więc cóż się stało?...”
— Tak, co się to stało? — zawołał Eugieniusz i wpadł do sali jadalnej, mnąc w ręku list
niedokończony. Która teraz godzina?
— Pół do dwunastej — odparł Vautrin wrzucając cukier do kawy.
Zbiegły galernik zmierzył Eugieniusza wzrokiem zimnym a obezwładniającym, wzrokiem,
który spotyka się tylko u ludzi obdarzonych wielką siłą magnetyczną, a który, jak mówią,
poskramia obłęd szaleńców zamkniętych w szpitalu. Eugieniusz zadrżał na całem ciele.
Turkot powozu dał się słyszeć na ulicy, poczém do sali jadalnej wpadł służący w liberyi pana
Taillefer. Couture poznała go natychmiast, lubo na twarzy jego malował się wyraz
przerażenia.
— Jaśnie wielmożny pan wzywa panienkę do siebie — zawołał. Stało się wielkie
nieszczęście. Pan Fryderyk pojedynkował się i został pchnięty szpadą w czoło; doktorzy nie
robią nadziei; pani zaledwie zdąży go pożegnać, bo już utracił przytomność.
— Biedny młodzieniec! — zawołał Vautrin. Jak-to można kłócić się mając trzydzieści tysięcy
liwrów dochodu? To fakt, że młodzież nie umie postępować rozsądnie.
— Panie ! — krzyknął Eugieniusz.
— No, cóż? wielkie dziecko! —zagadnął Vautrin, wypijając najspokojniej resztki swéj kawy.
Czyż pojedynki nie są w Paryżu rzeczą powszednią?
Panna Michonneau śledziła z takiém zajęciem najmniejszy ruch Vautrin'a, że nie wzruszyła
się wcale wieścią o wypadku, który wszystkich przeraził.
— Ja jadę z tobą Wiktoryno — mówiła pani Couture.
I obie kobiety wybiegły bez okryć i bez kapeluszy. Przed wyjściem, Wiktoryna zalana łzami
rzuciła na Eugieniusza wejrzenie,
151
które zdawało się mówić: Nie sądziłam, że szczęście nasze tylu łzami okupić będę musiała!
— Ależ pan jesteś prorokiem, panie Vautrin ! — rzekła pani Vauquer.
— Ja wszystkiém jestem — odparł Jakób Collin.
— To jednak dziwne! — ciągnęła dalej pani Vauquer, wysnuwając z tego wypadku cały
szereg zdań nieznaczących. Śmierć zabiera nas bez pytania. Młodzi poprzedzają nieraz
starych. My, kobiety, szczęśliweśmy z tego względu, że nie podlegamy pojedynkowi; ale zato
podlegamy innym chorobom, których nie znają mężczyzni. Musimy wydawać dzieci na świat
i przebywać długie słabości. Co-to za los dla Wiktoryny! Teraz ojciec musi ją przyznać.
— To dopiero ! — rzekł Vautrin patrząc na Eugieniusza — wczoraj nie miała złamanego
szeląga, a dziś ma kilka milionów.
— No, panie Eugieniuszu, wiedziałeś pan, gdzie raki zimują — zawołała pani Vauquer.
Przy tych słowach, Goriot podniósł oczy na studenta i spostrzegł w jego ręku list zgnieciony.
— Nie skończyłeś pan listu! - zawołał, cóż to znaczy? czyż byłbyś nie lepszym od innych ?
— Ja nie ożenię się nigdy z panną Wiktoryna — powiedział Eugieniusz do pani Vauquer, a w
głosie jego było tyle zgrozy i wstrętu, że się wszyscy obecni zdumieli.
Ojciec Goriot uścisnął rękę studenta. Zdawało się, że chcę ją ucałować.
— Och, och ! — zawołał Vautrin. Dobrze mówią Włosi : col tempo !
— Czekam na odpowiedź — rzekł do Rastignac'a posłaniec pani de Nucingen.
— Powiedzcie, że przyjdę.
Posłaniec wyszedł. Eugieniusz znajdował się w stanie okrutnego rozdrażnienia, który
pozbawiał go zimnej rozwagi.
— Co robić? — pytał siebie głośno — dowodów nie ma!
Vautrin uśmiechnął się. W téj chwili płyn połknięty z kawą zaczął wywierać swe działanie.
Galernik był jednak tak silny, że wstał jeszcze z miejsca, popatrzył na Eugieniusza i rzekł
głucho:
— Młodzieńcze, szczęście spływa na nas we śnie. I upadł bez życia.
— Jest więc sprawiedliwość boska! — zawołał Eugieniusz.
— Ach! cóż mu się stało, temu biednemu, kochanemu panu Vautrin?
— To apopleksya — krzyknęła panna Michonneau.
— Sylwio, śpiesz, najdroższa, sprowadź doktora — mówiła
152
wdowa. Ach! panie Rastignac, biegnij-że pan prędko do pana Bianchon; może Sylwia nie
znajdzie naszego lekarza pana Grimprel. Rastignac wybiegł pośpiesznie, szczęśliwy, że może
pod jakimkolwiek pozorem wyrwać się z téj okropnej jaskini.
— Dalej-że, Krzysztofie, skocz do apteki i poproś, żeby dali cokolwiek od apopleksyi.
Krzysztof wyszedł.
— Ojcze Goriot, pomóżcie przenieść go na górę, do jego mieszkania.
Pochwycono wnet Vautrin'a na ręce, przeniesiono go przez schody i położono na łóżko.
— Ja się państwu na nic nie przydam — rzekł Goriot — pójdę do mojej córki.
— Stary samolub ! — zawołała pani Vauquer — idź, życzę ci, żebyś zdechł jak pies.
— Niechże pani zobaczy, czy nie ma gdzie eteru — rzekła panna Michonneau, która
rozpinała z Poiret'em odzienie Vautrin'a.
Pani Vauquer zeszła na dół i panna Michonneau została wreszcie panią placu.
— Dalej-że, zdejm mu pan koszulę i przewróć go prędko. Rób-że pan coś przecie, oszczędź
mi przynajmniej widoku nagości, a to stoisz jak pień — mówiła panna Michonneau do
Poiret'a.
Poiret przewrócił chorego, a panna Michonneau uderzyła go silnie po ramieniu i wnet dwie
złowrogie białe litery wystąpiły na tle czerwoném.
— No, zarobiłaś pani łatwo trzy tysiące franków — zawołał Poiret
podtrzymując Vautrin'a, któremu panna Michonneau wkładała koszulę. Och! jaki on ciężki —
powiedział kładąc go na łóżko.
— Cicho. A gdyby tu była kasa? — mówiła żywo stara panna, której oczy badały z
chciwością każden sprzęt w pokoju i zdawały się mury przenikać. Gdyby to można pod
jakimkolwiek pozorem otworzyć to biurko.
— Możeby to źle było — zarzucił Poiret.
— Nie, pieniądze skradzione należały do wszystkich, a tem samem nie należą wyłącznie do
nikogo — odparła panna Michonneau. Ale czasu już zamało. Słyszę, że Vauquer'owa
nadchodzi.
— Oto eter — rzekła pani Vauquer. Toż dopiero dzisiaj dzień feralny. Boże! człowiek ten nie
może być chory, bo jest biały jak kurczak.
— Jak kurczak ? — powtórzył Poiret.
— Serce bije mu równo — mówiła wdowa, przykładając rękę do piersi chorego.
— Równo ? — zawołał Poiret ze zdziwieniem.
153
— On zdrów zupełnie.
— Pani sądzi? — zapytał Poiret.
— Naprawdę! on tak wygląda, jak gdyby spał. Sylwia poszła po doktora. Uważasz pani —
sapie, gdy mu eter podaję. Ach to se-passe (spazm). Puls jest dobry. Ależ bo on silny jak
Turek. Patrz pani tylko, jaki u niego znak na żołądku; o ! człowiek ten sto lat żyć będzie!
Jednak peruka jego dobrze się trzyma. Cóż-to, przyklejona? to on dlatego nosi fałszywe
włosy, że jest ryży. Powiadają, że wszyscy ludzie z rudemi włosami muszą być albo dobrzy,
albo źli. To on jest chyba dobry?
— Tak dobry, że dawno już powinienby wisieć — rzekł Poiret.
— U szyi pięknej kobiety, chciałeś pan powiedzieć — dorzuciła żywo panna Michonneau. Idź
już pan sobie, panie Poiret. Nasza to rzecz pielęgnować was, gdyście chorzy. Pan
powinienbyś pójść teraz na przechadzkę — dodała. Pani Vauquer i ja dopilnujemy dobrze
kochanego pana Vautrin.
Poiret wyszedł pokornie i bez szemrania, jak pies, którego pan kopnął nogą.
Rastignac potrzebował przejść się, odetchnąć świeżem powietrzem, bo zdawało mu się, że się
zadusi. Wilią dnia tego chciał przeszkodzić spełnieniu morderstwa, którego miano dokonać o
naznaczonej godzinie. Co się z nim później stało? Drżał z obawy, czy nie jest wspólnikiem
zbrodni. W téj chwili jeszcze przerażało go wspomnienie zimnej krwi Vautrin'a.
— A jeżeli Vautrin umrze, nie powiedziawszy nic przed śmiercią? — myślał Rastignac i szedł
po alei ogrodu Luksemburskiego, jak gdyby sfora psów gnała się za nim, jak gdyby słyszał
zajadłe ich szczekanie.
— Słuchaj — zawołał na niego Bianchon, czytałeś Pilota? Pilot, była-to gazeta radykalna
wydawana pod kierownictwem Tissot'a. Wychodziła ona w kilka godzin po gazetach
porannych i zawierała najświeższe wiadomości, które dochodziły na prowincyą o dwadzieścia
cztery godziny wcześniej niż wiadomości podawane w innych pismach.
— Jest tam sławna historya —- mówił asystent przy szpitalu Cochin. Młody Taillefer
pojedynkował się z niejakim hrabią Franchessinim ze starej gwardyi, który wpakował mu w
czoło dwa cale żelaza. W skutek tego Wiktoryna jest jedną z najbogatszych partyj w Paryżu.
Ha! gdyby to można było przewidzieć! Śmierć, to istna gra w trente-et-quarante. Czy to
prawda, że Wiktoryna nie obojętnie na ciebie spogląda?
- Przestań, Bianchon, ja się z nią żenić nie myślę. Kocham prześliczną kobietę, która odpłaca
mi wzajemnością, i...
— Mówisz to w taki sposób, jak gdyby dochowanie wierności
154
wiele cię kosztowało. Pokaż mi kobietę, dla której warto byłoby poświęcić fortunę pana
Taillefer.
— Czyż wszyscy dyabli uwzięli się mnie prześladować ? — zawołał Rastignac.
— Czyś ty zwaryował? Daj-no mi rękę. — rzekł Bianchon, ja ci puls pomacam. Masz
gorączkę.
— Idź tylko do matki Vauquer — odparł Eugieniusz, ten łotr Vautrin padł przed chwilą jak
nieżywy.
— A ! — zawołał Bianchon odchodząc, to potwierdza moje podejrzenia, o słuszności których
muszę się teraz przekonać.
Długa przechadzka Eugieniusza miała w sobie coś uroczystego. Student prawa robił rachunek
swego sumienia. Badał siebie, zgłębiał, wahał się, aż po skończeniu tego surowego i ścisłego
przeglądu, uczciwość jego wyszła wypróbowana, jak sztaba żelazna, która się już pod żadnym
ciosem nie zegnie. Przypomniał sobie wczorajsze zwierzenia Goriot'a ; przyszło mu na myśl,
że Delfina wybrała dla niego mieszkanie przy ulicy d'Artois; wyjął jéj list z kieszeni i,
odczytawszy go nanowo, złożył na nim pocałunek.
— Taka miłość jest dla mnie kotwicą zbawienia — powiedział. Biedny Goriot zniósł tyle
cierpień serdecznych! Nie mówi nic o swych zgryzotach, lecz któżby ich nie odgadł ! Teraz ja
pielęgnować go będę jak własnego ojca, ja mu dam tysiąc pociech. Jeżeli ona mię kocha, to
nieraz przyjdzie do mnie i przepędzi z nim dzień cały. Ta wielka hrabina de Restaud jest
niegodziwa ; gdyby mogła, to zrobiłaby ojca odźwiernym w swym domu. Droga Delfina! ona
jest lepsza dla staruszka i zasługuje na to, żeby być kochaną! Ach! dziś wieczorem będę
szczęśliwy! (Wyjął zegarek i zaczął mu się przyglądać). Wszystko mi się udało! Kochając się
szczerze, można sobie dopomagać: czemuż więc nie miałbym przyjąć tego od niéj? Zresztą,
jam przekonany, że się dorobię fortuny i będę mógł kiedyś oddać stokroć więcej, niż biorę. W
związku tym nie ma zbrodni, ani nic takiego, coby mogło oburzyć najsurowszą cnotę.
Wieluż-to ludzi uczciwych wchodzi w związki podobne? Nie okłamujemy nikogo, a tylko
kłamstwo poniża. Kłamać to znaczy zrzekać się swéj godności. Ona rozłączyła się już dawno
z mężem. Zresztą, powiem temu Alzatczykowi, żeby mi odstąpił kobietę, której nie umie
uszczęśliwić.
Walka Rastignac'a trwała długo. Zwycięztwo miało pozostać po stronie cnót młodzieńczych,
a jednak o wpół do piątej, kiedy zmrok poczynał zapadać, nieprzezwyciężona ciekawość
popchnęła go do domu Vauquer, który poprzysiągł sobie opuścić nazawsze. Chciał się
przekonać, czy Vautrin nie żyje. Bianchon wpadł był na myśl, żeby dać choremu na wymioty,
poczém substancye wyrzucone
155
kazał odnieść do szpitala, gdzie miano je poddać analizie chemicznej. Panna Michonneau
odradzała tak usilnie, żeby tego nie czynić, że podejrzenia Bianchon'a jeszcze bardziej się
wzmocniły. Vautrin wrócił nadzwyczaj prędko do stanu normalnego, co również kazało się
domyślać jakiegoś spisku przeciw wesołemu trefnisiowi gospody. W chwili gdy Rastignac
powrócił, Vautrin stał już przy piecu w sali jadalnej. Wszyscy stołownicy, z wyjątkiem ojca
Goriot, zebrali się dziś wcześniej niż zwykle, zwabieni wieścią o pojedynku młodego
Taillefer'a. Wszyscy ciekawi byli szczegółów wypadku, oraz pragnęli dowiedzieć się, jaki
wpływ pojedynek ten wywrze na los Wiktoryny. Przy wejściu oczy Eugieniusza spotkały
wzrok Vautrin'a, który tak głęboko wniknął mu do serca i tak silnie poruszył w nim jakieś
struny niedobre, że młodzieniec zadrżał mimowolnie.
— No cóż, drogie dziecię — rzekł zbiegły galernik — zdaje się, że płaskonosa jejmość nie
prędko sobie ze mną poradzi. Panie tu powiadają, żem zniósł bez szwanku takie uderzenie
krwi, któreby mogło byka zabić.
— A! mógłbyś pan powiedzieć bawoła — zawołała wdowa Vauquer.
— Czybyś pan nierad był, że ja żyję? — szepnął Vautrin pochylając się ku Rastignac'owi,
którego myśli zdawał się przenikać. Toby zakrawało na dyable silnego człowieka.
— Ach, prawda ! — zawołał Bianchon, panna Michonneau mówiła onegdaj o jakimś panu
przezwanym Trompe-la-Mort; dla pana to imię byłoby bardzo stosowne.
Wyraz ten uderzył niby grom w Vautrin'a. Biedny galernik zbladł i zachwiał się, a
magnetyczne jego spojrzenie padło jak promień słońca na pannę Michonneau, której kolana
ugięły się pod tym prądem silnej woli. Stara panna osunęła się bezwładnie na krzesło, a Poiret
stanął spiesznie pomiędzy nią a Vautrin'em, pojmując, że jéj niebezpieczeństwo zagraża.
Galernik zrzucił maskę dobroduszności, pod którą ukrywał prawdziwą swą naturę, a twarz
jego stała się naraz dziko wyrazistą. Obecni patrzyli ze zdumieniem na niepojęty dla nich
dramat. W tej chwili dało się słyszeć stąpanie kilku ludzi i szczęk karabinów, które żołnierze
na bruk opuścili. Collin zaczął machinalnie szukać wyjścia, mierząc spojrzeniem okna i
ściany, gdy w tém czterech ludzi ukazało się we drzwiach salonu. Był-to szef policyi w
towarzystwie trzech oficerów bezpieczeństwa.
— W imię prawa i króla — zaczął jeden z oficerów; ale mowę jego zagłuszył szmer podziwu.
Po chwili milczenie zapanowało w sali jadalnej, obecni rozstąpili się przed trzema oficerami,
którzy zbliżali się z ręką w bocznej
156
kieszeni, gdzie każden z nich miał pistolet nabity. Dwaj żandarmi weszli w ślad za agentami i
stanęli we drzwiach salonu, a dwaj inni ukazali się jednocześnie we drzwiach prowadzących
na schody. Szczęk broni i kroki kilku żołnierzy dały się słyszeć na bruku przed fasadą domu.
Wszelka nadzieja ucieczki zgasła dla Collina, na którym zatrzymało się spojrzenie wszystkich
obecnych. Szef podszedł wprost ku niemu i wymierzył mu tak silne uderzenie w głowę, że
peruka zleciała, ukazując flzyognomią Collin'a w całej okropności. Rzekłbyś, że wszystkie
ognie piekielne oświeciły swym blaskiem tę twarz i głowę pokrytą krótkiemi, ceglasto-
czerwonemi włosami, które nadawały jéj przerażający wyraz siły zmieszanej z przebiegłością.
Głowa taka odpowiadała biustowi; patrząc na nią każdy pojął dopiero całego Vautrin'a, jego
przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, jego zasady niewzruszone, jego wyznanie woli
absolutnej, władzę, jaką mu nadawał cynizm myśli i czynów, oraz siła organizacyi mogącej
wszystko przenieść. Krew uderzyła mu do twarzy, oczy zaiskrzyły się jak u dzikiego kota.
Podskoczył na miejscu z dziką energią i zaryczał tak, że wszyscy stołownicy wydali okrzyk
przerażenia. Na ten lwi podskok, agenci, poparci ogólnym okrzykiem, wyciągnęli pistolety z
kieszeni. Widząc błyszczące kurki u pistoletów, Collin pojął grożące mu niebezpieczeństwo i
w jednej chwili dał dowód najwyższej potęgi ludzkiej.
Był-to obraz straszliwy i wspaniały! na twarzy jego ukazało się zjawisko przypominające
proces, jaki się odbywa w kotle przepełnionym parą, któraby góry mogła rozsadzić, a którą
rozprasza w oka mgnieniu kropla zimnej wody. Chwila rozwagi, szybka jak błyskawica, była
kroplą wody, co ochłodziła wściekłość galernika. Spojrzał na swą perukę i począł się
uśmiechać.
— Nie bardzoś dziś grzeczny — powiedział do szefa policyi i wyciągnął ręce, wzywając
żandarmów skinieniem głowy. Panowie żandarmi, proszę mi włożyć kajdany na ręce lub na
palce. Biorę wszystkich obecnych za świadków, że się nie opieram. (W sali rozległ się szmer
podziwu, wywołany szybkością, z jaką ogień i lawa wybuchły z tego wulkanu człowieczego i
napowrót się w nim ukryły). To ci się nie podoba, panie gwałtowniku — dodał galernik
spoglądając na sławnego dyrektora poiicyi sądowej.
— Prędzej, rozbierać się ! — powiedział pogardliwie jegomość z uliczki Sainte-Anne.
— Po co? — odparł Collin, tu są damy. Ja się bynajmniej nie zapieram i oddaję się
dobrowolnie.
Zatrzymał się i powiódł okiem po zgromadzeniu, jak mówca, który ma powiedzieć coś
zadziwiającego.
— Piszcie, ojcze Lachapelle — powiedział do małego, siwiu-
157
teńkiego staruszka, który usiadł na rogu stołu i wyjął z teki protokół. Przyznaję, że jestem
Jakób Collin, zwany Trompe-la-Mort, którego skazano na dwadzieścia lat więzienia. Przed
chwilą dowiodłem, żem nie skradł mego przydomka — mówił do mieszkańców gospody —
bo dość mi było podnieść rękę, żeby te szpiegi rozleli wszystek mój sok na domowy deptak
mamy Vauquer. Te szelmy umieją przygotowywać zasadzki!
Pani Vauquer omal nie zemdlała słysząc te słowa.
— Mój Boże! — rzekła do Sylwii — wszak to można się rozchorować.
Trzebaż mi było jeszcze iść z nim wczoraj do teatru!
— Trochę filozofii, mamuniu — zawołał Collin. Alboż to takie nieszczęście, żeście byli
wczoraj w mojej loży w teatrze? Albo-żeście to lepsi od nas? Na naszém ramieniu mniej jest
hańby, niż w waszém sercu, niedołężne członki zgangrenowanego towarzystwa: najlepszy z
was nie mógł mi się oprzeć. (Spojrzał na Rastignac'a z wdzięcznym uśmiechem, który
dziwnie odbijał przy surowym wyrazie twarzy).— Nasza umowa nie zerwana, aniołku, ma się
rozumieć jeżeli ty zechcesz! Wiesz? I zaśpiewał:
Moja Franusia dziwnie jest miła
W swojej prostocie...
— Nie masz się o co troszczyć — począł znowu, ja umiem odbierać to, co mi się należy.
Ludzie zanadto mnie się obawiają, żeby ktokolwiek śmiał mię okpiwać!
W słowach tego człowieka malowały się całe galery, z właściwemi sobie obyczajami i
językiem, z gwałtownemi przeskokami od śmieszności do zgrozy, z przerażającą wielkością,
z całą rubasznością i całem upodleniem. Nie był-to już człowiek zwyczajny, ale typ całego
narodu wyrodnego, całego ludu dzikiego a logicznego, nieokrzesanego, a giętkiego. W jednej
chwili Collin stał się poematem piekielnym, w którym malowały się wszystkie uczucia
ludzkie, z wyjątkiem jednej tylko skruchy. Spojrzenie jego było spojrzeniem upadłego
archanioła, który wiecznie wojny pragnie. Rastignac spuścił oczy, przyjmując to zbrodnicze
kuzynowstwo, jako karę należną za wszystkie złe myśli, którym się oddawał.
— Kto mię zdradził? — zapytał Collin, wodząc straszliwym swym wzrokiem po całem
zgromadzeniu. To ty, stara świętoszko — powiedział wpatrując się w pannę Michonneau, tyś
wywołała moje fałszywą apopleksyą, ciekawa! Gdybym chciał powiedzieć dwa słowa, to-by
ci za tydzień głowę ścięto. Lecz przebaczam ci, ja-m chrześcijanin. Zresztą, to nie ty mnie
zaprzedałaś. Ale kto mógł to zrobić? Ach! ach! szukacie tam na górze — zawołał, słysząc,
158
że agenci policyi sądowej otwierają jego szafy i przetizasają odzlenie Nie ma ptaków w
gnieździe, wczoraj juz odleciały i nic się nie dowiecie. Moje księgi handlowe są tutaj - mówił
uderzając sie w czoło. Teraz już wiem, kto mię zaprzedał. Z pewnością nie kto inny, tylko ten
podły Fil-de-Soie. Wszak prawda, ojcze łapaczu? - rzekł zwracając się do szefa policyi.
Zgadza się to jakoś bardzo z pobytem naszych biletów bankowych tam na górze. Więcej nic
nie ma, kochane szpiegi. Fil-de-Soie zniknie z oblicza ziemi w przeciągu dwóch tygodni,
choćby go strzegła cała wasza żandarmerya. Coście wy dali téj Michonnecie? - zapytał
policjantów, jakieś kilka tysięcy talarów ! Ja-m wart był więcej ty Ninon zgniła ty Pompadour
w łachmanach, ty Wenero z Pere-Lachaise ! trzeba było mię przestrzedz, to-bym ci dał sześć
tysięcy franków. A! nie spodziewałaś się tego, stara nikczemmco; gdybyś mogła przewidzieć,
to pewnie wolałabyś mieć ze mną do czynienia. Tak jest, byłbym dał sześć tysięcy, żeby
uniknąć podróży, która wypada mi nie pomyśli i naraża mię na stratę pieniężną — mówił
Collin, podczas gdy mu kajdany wkładano. Ci ludzie będą umyślnie wlec się ze mną całe
wieki. Gdyby mię zaraz posłali na galery, to-bym niebawem powrócił do swych zajęć na
złość wszystkim gawronom z nadbrzeża des Orfevres. Tam, na galerach, wszyscy wyłazić
będą ze skóry, żeby oswobodzić jak najprędzej dobrego swego generała Trompe-la-Mort.
Czyż jest między wami choć jeden, coby mógł, tak jak ja, poszczycić się dziesięcio-
tysięcznym zastępem braci, którzy wszystko dla mnie zrobić gotowi? — zapytał z dumą. Jest
tu nie mało dobrego — mówił uderzając się w piersi ; ja-m nigdy nikogo nie zdradził! Spójrz
na tych ludzi, świętoszko — mówił do starej panny. Na mnie patrzą oni ze strachem, a na
ciebie spoglądają z najwyższem obrzydzeniem. Zbieraj teraz, coś posiała. (Zatrzymał się i
powiódł okiem po zgromadzonych). Jacyście wy wszyscy głupi! czyście nie widzieli nigdy
galernika? Galernik w rodzaju obecnego tutaj Collin'a jest człowiekiem mniej nikczemnym
od innych, człowiekiem, który protestuje przeciw kłamstwu ustaw społecznych, jak mówi
Jan-Jakób, którego uczniem mam zaszczyt się nazywać. Wreszcie ja występuję sam przeciw
rządowi, który ma za sobą całą kupę trybunałów, żandarmów i budżetów.
— Do licha ! — zawołał malarz, warto-by go odmalować w tej chwili.
— Powiedz mi, przewodniku imć pana kata, naczelniku WDOWY (jest-to imię pełne
straszliwej poezyi, które galernicy nadają gilotynie), bądź dobrem dzieckiem, powiedz, czy to
Fil-de Soie mnie zaprzedał! — mówił Collin do szefa policyi. Nie chciałbym, żeby on
pokutował za drugiego, to byłoby niesprawiedliwie.
159
Agenci policyjni, którzy przetrzęśli i opisali wszystko, co się znajdowało w jego mieszkaniu,
zeszli w téj chwili na dół i mówili coś z cicha do naczelnika wyprawy. Protokół był
skończony.
— Za chwilę już mię ztąd uprowadzą — rzekł Collin do wszystkich mieszkańców domu.
Byliście państwo dla mnie bardzo uprzejmi przez cały ciąg naszej znajomości ; nigdy wam
tego nie zapomnę. Teraz żegnam was. Pozwólcie, że wam przyślę fig prowanckich. Postąpił
kilka kroków i zatrzymał się, żeby popatrzeć na Rastignac'a.
— Bywaj zdrów, Eugieniuszu — powiedział głosem smutnym i łagodnym, który dziwnie
jakoś odbijał od szorstkiego tonu słów poprzednich. Gdybyś był kiedy w potrzebie, to
pamiętaj, żem ci zostawił szczerego przyjaciela. (Pomimo kajdanów zrobił ruch, jak gdyby
zasłaniał się szpadą, przyczém zakomenderował głosem fechmistrza: raz, dwa ! i zadał
pchnięcie). W razie nieszczęścia możesz się tam udać. Osoba jego i pieniądze wszystko na
twe usługi.
Dziwny ten człowiek wymówił ostatnie słowa tak żartobliwie, że tylko Rastignac i on sam
mogli pojąć ich znaczenie. Po chwili żandarmi, żołnierze i agenci policyjni opuścili gospodę.
Sylwia nacierała octem skronie swéj pani i spoglądała po obecnych, którzy nie mogli wyjść z
podziwu.
— No proszę! — powiedziała, a jednak był-to dobry człowiek. Słowa te rozwiały urok
wywołany dziwną sceną, która obudziła w sercach przytomnych tłum uczuć różnorodnych.
Zgromadzeni spojrzeli po sobie i zatrzymali wzrok na pannie Michonneau. Stara panna stała
pod piecem, sucha i chłodna jak mumia, z oczyma spuszczonemi, jak gdyby z obawy, że cień
daszka nie zdoła ukryć wyrazu malującego się w jéj wzroku. Wszyscy pojęli, dlaczego ta
twarz wydawała się zawsze tak niemiłą. Jednozgodny szmer rozległ się po sali, świadcząc o
wstręcie powszechnym. Panna Michonneau słyszała szemranie, lecz nie ruszyła się z miejsca.
Bianchon pochylił się najpierwszy do swego sąsiada.
— Ja się ztąd wynoszę, jeżeli ta panna myśli zasiadać z nami do stołu — wyrzekł pół-głosem.
W mgnieniu oka wszyscy, z wyjątkiem Poiret'a, zgodzili się ze zdaniem medyka, który,
poparty zgodą ogólną, przystąpił do Poiret'a.
— Pan jesteś w najlepszych stosunkach z panną Michonneau — powiedział, zechciej-że
pomówić z nią i dać jej do zrozumienia, że powinna wynieść się ztąd natychmiast.
— Natychmiast? — powtórzył Poiret z podziwem. Zbliżył się potem do starej panny i szepnął
jéj coś do ucha.
— Ja-m zapłaciła komorne i mieszkam tu za pieniądze, tak jak
160
i wszyscy — odparła panna Michonneau, rzucając na zgromadzonych wzrok jaszczurki.
— To nic nie znaczy, my się złożymy i oddamy pani pieniądze — rzekł Rastignac.
— Pan trzyma stronę Collin'a — odparła panna Michonneau mierząc go spojrzeniem
zjadliwém i badawczém — i nie trudno zgadnąć dlaczego.
Na te słowa Rastignac podskoczył, jak gdyby chciał rzucić się na starą pannę i udusić ją
własnemi rękoma. Spojrzenie jéj pełne fałszu rozjaśniło straszliwém światłem głąb jego
duszy.
— Dajże jéj pan pokój ! — zawołali obecni. Eugieniusz skrzyżował ręce i nie rzekł ani słowa.
— Skończmy raz przecie z tym Judaszem rodzaju żeńskiego — rzekł malarz do pani
Vauquer. Jeżeli pani nie wypędzisz Miszonówny, to my opuścimy natychmiast tę szopę i
wszędzie rozgłaszać będziemy, że to jest przytułek szpiegów i galerników. W razie
przeciwnym nie powiemy nikomu o tym wypadku, bo, co prawda, to-samo może się
wydarzyć w najlepszém towarzystwie; dopóki nie zaczną piętnować galerników na czole, nie
zabronią im przebierać się za mieszczan paryskich i zgrywać głupią rolę trefnisia, do której
oni mają jakiś pociąg szczególny.
Na tę mowę pani Vauquer odzyskała cudownie zdrowie, wyprostowała się, skrzyżowała ręce i
otworzyła oczy jasne, w których ani śladu łez nie było.
— Ależ, mój drogi panie, chyba pan pragniesz ruiny mego domu? Oto już pan Vautrin... O,
mój Boże ! — zawołała przerywając sobie, nie mogę powstrzymać się, żeby nie nazywać go
tém uczciwém nazwiskiem. Oto — ciągnęła dalej, jedno mieszkanie już próżne, a pan chcesz,
żebym miała jeszcze dwa do wynajęcia w takiej porze, kiedy wszyscy siedzą na miejscu.
— Panowie, bierzmy kapelusze i idźmy na obiad do Flicoteaux, na placu Sorbonne —
powiedział Bianchon.
Pani Vauquer obrachowała w jednej chwili, po której stronie jest większa korzyść, i potoczyła
się ku pannie Michonneau.
— No cóż, moja piękna panienko, nie pragniesz przecież zguby mojego zakładu ? Widzisz,
do jakiej ostateczności ci panowie mię doprowadzają ; zechciej-że przepędzić dzisiejszy
wieczór w swoim pokoju.
— O nie, nie — zawołali wszyscy stołownicy, żądamy, żeby wynosiła się ztąd natychmiast.
— Ależ biedna panna nie jadła jeszcze obiadu — rzekł Poiret z wyrazem litości.
161
— Niech sobie idzie jeść, gdzie się jéj tylko podoba — zawołało kilka głosów.
— Precz ze spiegiem!
— Precz ze szpiegami!
— Panowie! — zawołał Poiret, uzbrajając się nagle w odwagę, której miłość nawet baranom
udziela — chciejcież płeć uszanować.
— Szpiegi do żadnej płci nie należą — powiedział malarz.
— Wyborna płciorama.
— Precz za drzwiorama.
— Moi panowie, to jest nieprzyzwoicie. Gdy się kogo wyprawia, to należy grzeczniej
postępować. Myśmy zapłacili i zostaje-jemy — powiedział Poiret i włożył czapkę na głowę,
siadając obok panny Michonneau, którą gospodyni domu starała się skłonić do odwrotu.
— Oj, figlarz, figlarz z pana! — powiedział malarz żartobliwie.
— No, jeżeli państwo nie idziecie, to my sobie pójdziemy — zawołał Bianchon.
I wszyscy stołownicy posunęli się zgodnie ku salonowi.
— Moja panno, cóż to znaczy ? — zawołała pani Vauquer, ja-m zrujnowana. Nie możesz
pani pozostać, bo oni gotowi zrobić tu awanturę.
Panna Michonneau wstała.
— Wyjdzie! — Nie wyjdzie! — Wyjdzie! — Nie wyjdzie! — wołano po kolei. Słowa te wraz
z nieprzyjazném usposobieniem obecnych, które zaczęło się coraz wyraźniej objawiać,
zmusiły pannę Michonneau do odwrotu. Przed wyjściem zawierała po cichu jakieś układy z
gospodynią.
— Idę do pani Buneaud — powiedziała groźnie.
— Możesz pani iść, gdzie się podoba — odparła pani Vauquer, widząc dla siebie krwawą
obelgę w wyborze gospody Buneaud, która z nią wiecznie rywalizowała, a tém samém była
jéj nienawistna. Idź panna do Buneaud'owéj, będą cię tam poić kwaśnem winem i karmić
potrawami kupionemi od przekupniów.
Nie mówiąc nic, stołownicy uszykowali się w dwa rzędy. Poiret spoglądał tak czule na pannę
Michonneau i tak naiwnie wahał się, czy ma iść za nią, czy pozostać, że stołownicy,
uszczęśliwieni z pozbycia się starej panny, nie mogli wstrzymać się od śmiechu.
— Ksi, ksi, ksi, Poiret — zawołał malarz. Dalej, hopla, hop!
Urzędnik z muzeum zaczął wyśpiewywać w sposób komiczny początek znanej piosenki:
Partant pour la Syrie,
Le jeune et beau Dunois...
162
-— Idź-że pan, nie zadawaj sobie przymusu; trahit sua quemque voluntas — rzekł Bianchon.
— Każdy idzie za swą niebogą, wolny przekład z Wirgiliusza -dodał korepetytor. ,
Panna Michonneau spojrzała na Poireta, przyczem zrobiła takie poruszenie, jak gdyby chciała
wesprzeć się na jego ramieniu. Nieborak nie mógł się oprzeć temu wezwaniu i stanął przy
boku starej panny. Śmiech głośny i oklaski rozległy się po sali. Brawo! Poiret! Stary Poiret!
— Apollo-Poiret!- Mars-Poiret! — Dzielny Poiret!
W téj chwili posłaniec wszedł do pokoju i podał list pani Vauquer. Wdowa przebiegła go
oczyma i upadła bezwładnie na
krzesło.
— Pozostaje chyba spalić mój dom, piorun weń uderzył. Młody Taillefer umarł o trzeciej. To
kara za to, żem pragnęła szczęścia tych kobiet z krzywdą biednego młodzieńca. Pani Couture
i Wiktoryna żądają, bym oddała ich rzeczy, gdyż od dzisiejszego dnia obie mają mieszkać u
starego Taillefer'a, Ojciec Wiktoryny zgadza się, żeby wdowa Couture została przy niéj, jako
dama do towarzystwa. Cztery mieszkania nie zajęte, brak pięciu stołowników! (Usiadła
strapiona i blizka płaczu). Nieszczęście weszło do mego domu! — zawołała.
Turkot zajeżdżającego powozu dał się słyszeć na ulicy.
— Jeszcze coś nowego — rzekła Sylwia.
Goriot ukazał się nagle we drzwiach z twarzą zarumienioną i jaśniejącą wyrazem takiego
szczęścia, iż rzekłbyś, że się odrodził nanowo.
— Goriot przyjechał fiakrem! — zawołali stołownicy — ależ to chyba koniec świata.
Stary poszedł prosto do Eugieniusza, który stał w kącie zadumany:
— Chodź pan — powiedział wesoło biorąc go za ramię.
— Pan nie wiesz, co się stało ? — zapytał Eugieniusz. Vautrin był galernikiem i policya ujęła
go przed chwilą, a młody Taillefer już nie żyje.
— Mniejsza o to, co to nas obchodzi? — odparł ojciec Goriot. Będę dziś jadł obiad z moją
córką u pana, słyszysz pan? Ona cię czeka; chodź prędzej!
Porwał go silnie za ramię i uprowadził prawie przemocą, jak gdyby to była jego kochanka.
— Jedzmy obiad — zawołał malarz.
Wszyscy przysunęli sobie krzesła i usiedli przy stole.
— Masz tobie! — rzekła gruba Sylwia, dziś już same nieszczę-
163
ścia, przypaliła mi się potrawa z baraniny z rzepą. No! cóż robić, musicie panowie zjeść
przypaloną.
Pani Vauquer nie miała odwagi odezwać się, widząc tylko dziesięć osób u stołu, lecz wszyscy
obecni usiłowali pocieszyć i rozweselić niebogę. Z początku rozmawiano o Vautrin'ie i o
wypadkach dnia ubiegłego, lecz rozmowa ślizgająca się biegiem wężowym nie zatrzymała się
długo na tym przedmiocie. Zaczęto mówić o pojedynkach, o galerach, o sprawiedliwości, o
prawach potrzebujących reformy, o więzieniach, i wkrótce rozmawiający zostawili o sto mil
za sobą Jakoba Collin i Wiktorynę z bratem. Dziesięciu stołowników krzyczało za
dwudziestu, i rzekłbyś, że dnia tego grono ich było liczniejsze niż zwykle, to była jedyna
różnica między tym obiadem, a obiadem dnia poprzedniego. Wzruszenie prędko ustąpiło
przed zwykłą obojętnością tych ludzi samolubnych, którzy spodziewali się znaleźć nazajutrz
nową pastwę dla siebie w codziennych wypadkach Paryża; nawet pani Vauquer uspokoiła się
nadzieją, która przemawiała do niéj przez usta grubej Sylwii.
Cały ten dzień miał być dziwną jakąś fantasmagoryą dla Eugieniusza. Pomimo wielkiej
trzeźwości umysłu i siły charakteru, student nie mógł zebrać myśli, gdy znalazł się w
powozie, obok Goriot'a. Po całodziennych wzruszeniach, mowa starego, zdradzająca radość
niezwykłą, dźwięczała mu w uszach, jak wyrazy przez sen słyszane.
— Skończyliśmy dziś wszystko. Mamy jeść obiad razem, razem, czy ty to pojmujesz? Cztery
lata minęło, jak-em nie jadł obiadu z Delfiną, z kochaną mą Delfinką. Będę ją miał przez cały
wieczór przy sobie. Byliśmy w twém mieszkaniu od samego rana. Ja pracowałem w pocie
czoła, jak wyrobnik. Pomagałem przenosić sprzęty. Ach! nie wiesz, jaka ona uprzejma u
stołu, jak ona będzie się mną zajmowała. Tatku, zjedz kawałek, to takie dobre. A
ja wówczas jeść nie mogę. O ! dawno już nié byliśmy z nią tacy spokojni, jak dziś będziemy!
— Ależ dziś chyba cały świat się przewrócił? — rzekł Eugieniusz.
— Czy się przewrócił? Ależ nigdy jeszcze nie było tak dobrze na świecie. Na ulicach
spotykam dziś same wesołe twarze; widzę, jak przechodnie podają sobie dłonie i ściskają się
serdecznie, a wszyscy wyglądają tak uszczęśliwieni, jak gdyby każden z nich szedł do swej
córki uraczyć się takim obiadem, jaki Delfina obstalowała przy mnie w kawiarni angielskiej.
Ale, ba ! przy niéj piołun wydałby się miodem najsłodszym.
—- Zdaje mi się, że powracam do życia — rzekł Eugieniusz.
— Poganiaj-że, woźnico — zawołał ojciec Goriot, otwierając przednie okno od powozu. Jedź
prędzej, dam ci sto su na piwo, jeżeli za dziesięć minut staniemy na miejscu.
164
Usłyszawszy tę obietnicę, woźnica popędził przez ulice Paryża z szybkością błyskawicy.
— Ten woźnica jedzie żółwim krokiem — mówił ojciec Goriot.
— Dokąd mnie pan wieziesz? — zapytał Rastignac.
— Do twego mieszkania — rzekł ojciec Goriot.
Powóz zatrzymał się na ulicy d'Artois. Stary wyskoczył najpierwszy i rzucił woźnicy dziesięć
franków z rozrzutnością wdowca, który o nic nie dba w paroksyzmie dobrego humoru.
— Dalej-że, chodźmy — mówił prowadząc Rastignac'a przez dziedziniec. Zatrzymali się na
trzeciém piętrze, u drzwi mieszkania położonego w tylnej części nowego i bardzo ładnego
domu.
Ojciec Goriot nie potrzebował dzwonić. Teresa, pokojówka pani de Nucingen, otworzyła im
drzwi. Eugieniusz znalazł się w prześlicznem kawalerskiém mieszkaniu, które składało się z
przedpokoju, niewielkiego saloniku, sypialni i gabinetu z oknem wychodzącem na ogród.
Wszystkie sprzęty i ozdoby w saloniku odznaczały się wdziękiem niezrównanym. Delfina
siedziała na kanapce przy kominie, na którym palił się ogień ; spostrzegłszy Eugieniusza,
odrzuciła ekran i wstała na jego spotkanie.
— Trzeba było posyłać po pana — rzekła głosem wzruszonym — bo sam nie chcesz nic
zrozumieć.
Teresa wyszła. Student pochwycił Delfinę w objęcia, uścisnął ją żywo i zapłakał z radości.
To, co teraz widział, odbijało tak silnie od tłumu wrażeń, które przez cały dzień szarpały mu
serce i głowę, że nie mógł zapanować w tej chwili nad rozdrażnieniem nerwowém.
— Już ja wiedziałem, że on cię kocha — szepnął ojciec Goriot, zbliżając się do córki, gdy
tymczasem Eugieniusz osunął się bezwładnie na kanapę, nie zdolny przemówić, ani pojąć, w
jaki sposób odbyło się to ostatnie skinienie łaski czarnoksięskiej.
— Chodź-że pan zobaczyć — mówiła Delfina, biorąc go za rękę i wprowadzając do pokoju,
w którym dywany, sprzęty i najdrobniejsze szczegóły naśladowały, tylko w mniejszych
rozmiarach, wszystko to, co się znajdowało w pokoju Delfiny.
— Brak tutaj łóżka — rzekł Rastignac.
— Tak jest — powiedziała rumieniąc się i ściskając go za rękę.
Eugieniusz spojrzał na nią i pojął, lubo tak młody, wiele to wstydliwości niekłamanej ukrywa
się w sercu kochającej kobiety.
— Należysz do tych istot, które zawsze ubóstwiać potrzeba — szepnęła mu do ucha. Tak jest,
my się tak dobrze rozumiemy, że ośmielam się powiedzieć, co myślę: im bardziej miłość jest
gorąca i szczera, tém więcej powinna być ukrywana i osłonięta. Niech żaden człowiek żywy
nie wié o naszej tajemnicy.
165
— O, ja przecie nie będę tym człowiekiem — rzekł ojciec Goriot z wymówką.
— Wiesz przecie, ojcze, że ty znaczysz tyle, co my...
— Ach! tego tylko pragnąłem. Nie będziecie zwracali na mnie uwagi, nieprawdaż? Ja będę
przychodził i wychodził, niby jaki duch dobroczynny, którego nie widzimy, choć jest tuż przy
nas. No cóż ? Delfineczko, Nineczko, Dedelko! czy nie miałem słuszności, gdym ci mówił:
Jest piękne mieszkanie przy ulicy d’Artois, urządźmy je dla niego. Tyś nie
chciała. Ach! ja-m ci dał radość tak, jak dałem życie. Ojciec musi zawsze dawać, żeby być
szczęśliwym. Dawać zawsze, to znaczy być ojcem.
— Jakto ? — zapytał Eugieniusz.
— A tak, ona nie chciała, bała się plotek, jak gdyby dla świata warto było szczęścia się
wyrzekać! Zresztą wszystkie kobiety marzą tylko o tém, żeby postępować tak, jak ona
postępuje...
Nikt nie słuchał ojca Goriot; pani de Nucingen wprowadziła Eugieniusza do gabinetu, w
którym rozległ się szmer leciuchnego pocałunku. Pokój ten harmonizował z wykwintnością
całego mieszkania, w którem nie zbywało na niczém.
— Cóż, czy trafiono panu do gustu ? — zapytała Delfina, wracając do salonu, gdzie już stół
był nakryty.
— O, najzupełniej — odpowiedział. Niestety! oceniam ten przepych, to spełnienie snów
najpiękniejszych, całą tę poezyą życia młodego i wykwintnego, oceniam ją tak dobrze, że
przez to samo już na nią zasługuję; lecz od pani tego przyjąć nie mogę, a sam jestem jeszcze
zbyt biedny, żeby...
— Ach, ach! już mi się pan opierasz — wyrzekła z komiczną powagą, robiąc przytém piękną
minkę, którą kobiety przybierają, gdy potrzeba jakiś skrupuł w żart obrócić, aby później
rozproszyć go z większą łatwością.
Eugieniusz żądał dziś sobie tyle pytań uroczystych, a przygoda Vautrin'a, odkrywająca całą
głąb przepaści, w którą się omal nie stoczył, wzmocniła w nim tak bardzo dobre i szlachetne
uczucia, że słowa Delfiny nie zdołały ich obalić. Ogarnął go tylko smutek głęboki.
— Jakto ! — zawołała pani de Nucingen — miałżebyś pan odmówić? A wiesz, co taka
odmowa znaczy? Wątpisz pan o przyszłości i dlatego nie śmiesz zbliżyć się do mnie. A więc
obawiasz się, że zdradzisz moje uczucie? Jeżeli pan mię kochasz, jeżeli ja... kocham ciebie, to
dlaczegóż obawiasz się tak małego zobowiązania. Gdybyś wiedział, z jaką przyjemnością
urządzałam ci to kawalerskie mieszkanko, to przepraszałbyś mię za swoje wahanie. Miałam w
ręku pieniądze należące do ciebie i zrobiłam z nich dobry użytek,
166
oto i wszystko. Zdaje ci się, żeś wielki, a w rzeczy samej jesteś mały. Żądasz nieskończenie
więcej... (A! — wyrzekła, pochwyciwszy wyraz namiętności we wzroku Eugieniusza), a
drożysz się o lada głupstwo. Jeżeli mnie nie kochasz, o ! w takim razie nie powinieneś
przyjmować. Jedno słowo los mój rozstrzyga. Mów pan! Mój ojcze, choć ty postaraj się go
przekonać — dodała po chwili, zwracając się do ojca. Czy on sądzi, że ja jestem mniej
drażliwa od niego, gdy chodzi o nasz honor?
Ojciec Goriot słuchał téj wdzięcznej sprzeczki z posągowym uśmiechem.
— Dziecko ! — poczęła znowu chwytając dłoń Eugieniusza — spotykasz na progu życia
zaporę, której wielu ludzi przebyć nie może, i cofasz się, gdy ręka kobiety chce ci ją otworzyć
! Ale ty będziesz szczęśliwy w życiu, masz świetną przyszłość przed sobą, powodzenie
wyryte jest na twém pięknem czole. Czyż wówczas nie będziesz mógł oddać mi tego, co ci
dziś pożyczam? Wszak za dawnych czasów dama dawała swemu rycerzowi zbroję, miecz,
hełm, kolczugę i konia, żeby rycerz mógł iść na turnieje walczyć w jéj imieniu. Otóż,
Eugieniuszu, to co ja ci daję, jest bronią naszej epoki, narzędziem, bez którego nie obejdzie
się człowiek pragnący stać się czémkolwiekna świecie. Wyobrażam sobie, że stodoła, w
której mieszkasz obecnie, musi być piękna, bo pewnie przypomina pokój mego ojca. No cóż,
nie będziemy dziś jedli obiadu? Czy pragniesz mię zasmucić? odpowiedz przecie — mówiła
wstrząsając go za rękę. Mój Boże! przekonaj go, tatku, albo pójdę ztąd i nigdy już nie będę
się z nim widziała
.
- Ja cię przekonam — rzekł ojciec Goriot, budząc się z zachwycenia.
Powiedz mi, kochany panie Eugieniuszu, wszak będziesz pożyczał pieniądze u żydów?
— Zmuszony jestem — powiedział student.
— Dobrze, trzymam za słowo — począł stary, wyjmując z kieszeni pugilares wytarty i
zniszczony. Ja stałem się żydem i zapłaciłem wszystkim dostawcom. Nie winieneś ani grosza
za wszystko, co się tutaj znajduje. Nie tak-to wielka suma, najwyżej pięć tysięcy franków.
Otóż, pożyczam ci te pieniądze. Nie odmówisz mi, ja-m przecie nie kobieta. Napiszesz rewers
na jakim świstku, a z czasem uiścisz mi się z długu.
Łzy zakręciły się w oczach Eugieniusza i Delfiny; oboje spojrzeli po sobie ze zdumieniem,
poczém student pochwycił dłoń starego i ścisnął ją gorąco.
— No cóż! czy nie jesteście memi dziećmi? — rzekł ojciec Goriot.
167
— Biedny mój ojcze, jakżeś ty to zrobił? — zapytała pani de Nucingen.
— Gdym cię nakłonił, byś go tu sprowadziła, gdym zobaczył, że kupujesz rzeczy piękne jak
dla panny młodej, wtedy pomyślałem sobie: Nabawi się ona kłopotu! Adwokat
powiada, że proces, którym mamy zmusić twego męża, by ci oddał twe mienie, będzie trwał
przeszło pół roku. Otóż ja sprzedałem tymczasem tysiąc trzysta pięćdziesiąt liwrów
dożywotniego dochodu; wziąwszy piętnaście tysięcy franków, zapewniłem sobie na dobrej
hipotece tysiąc dwieście franków dochodu, a pozostałemi pieniędzmi zaspokoiłem waszych
dostawców, drogie dzieci. Za pięćdziesiąt talarów będę miał pokój tu na górze, w którym
mogę żyć jak książę nie wydając nawet czterdziestu su na dzień. Odzienia prawie wcale nie
potrzebuję, bo nie niszczę tego, co mam. Już od dwóch tygodni śmieję się potajemnie i myślę
sobie: Toż dopiero będą szczęśliwi! No cóż, alboż nie jesteście szczęśliwi?
— O ! tatku, tatku ! — zawołała pani de Nucingen rzucając się ku ojcu, który wziął ją na
kolana. Przytuliła do niego swą głowę złotowłosą, okrywając pocałunkiem i łzami twarz
starca pomarszczoną, na której malował się w téj chwili wyraz błogiego zadowolnienia.
— Ojcze drogi, ty jesteś prawdziwym ojcem! Nie, drugiego takiego ojca nie ma pod słońcem.
Eugieniusz kochał cię już przedtem, a cóż to teraz będzie ?
— Dzieci moje — mówił ojciec Goriot, który po dziesięciu latach pierwszy raz przyciskał
swą córkę do piersi — Delfinko, chcesz chyba, żebym ja umarł z radości ! Biedne moje serce
rozerwać się gotowo. Patrz, panie Eugieniuszu, ja-m za wszystko wynagrodzony, już mi się
nic od ciebie nie należy! I starzec uścisnął córkę tak dziko i szalenie, że Delfina zawołała: —
Ach, mnie boli! — Jam-ci ból sprawił ! — wyrzekł Goriot blednąc z przerażenia i
spojrzał na nią z wyrazem nadludzkiej boleści. Chcąc dobrze odmalować oblicze tego ideału
ojcowstwa, trzebaby szukać wzoru w postaciach, które mistrze pędzla stworzyli dla oddania
męki Zbawiciela, cierpiącego za świat cały. Ojciec Goriot ucałował Delfinę z największą
ostrożnością.
— Nie, nie, jam ci bólu nie sprawił — począł znów zapytując ją uśmiechem — tyś mi raczej
sprawiła ból swoim wykrzyknikiem. To drożej kosztuje — szepnął pochylając się do ucha
Delfiny i całując je ostrożnie, ale musiałem go podejść, żeby się nie gniewał.
Eugieniusz zdumiał się na widok tego przywiązania bez granic i patrzył na Goriot'a z tym
naiwnym zachwytem, który w wieku młodzieńczym nazywamy wiarą.
— Ja potrafię być godnym tego wszystkiego! — zawołał.
168
- O mój Eugieniuszu, jakże to piękne, coś ty teraz powiedzia ! I pani de Nucingen złożyła
pocałunek na czole studenta.
- On wyrzekł się dla ciebie panny Taillefer i jéj milionów — rzekł ojciec Goriot. — Tak jest,
panie Eugieniuszu, ta mała kochała cię dawno, a teraz, po śmierci brata, stała się bogatą jak
Krezus.
— O ! pocóż o tem mówić? — zawołał Rastignac.
— Eugieniuszu — szepnęła mu Delfina do ucha — to, co słyszę, zasępia mi dzisiejszy
wieczór. A! ja będę cię kochała szczerze i na zawsze!
— Tak pięknego dnia nie miałem jeszcze od czasu, jakeście za mąż powychodziły — zawołał
ojciec Goriot, — Niech Bóg zsyła na mnie wszystkie cierpienia, byle tylko nie kazał mi
cierpieć przez was, a ja sobie powiem: w lutym tego roku doznałem w jednej chwili tyle
szczęścia, ile ludzie przez cale życie doznać nie mogą. Spójrz na mnie, Delfinko ! —
powiedział do córki. Jaka ona piękna, nie prawdaż? Proszę mi powiedzieć, czy wiele jest
kobiet na świecie, coby miały takie prześliczne kolory i takie doleczki w policzkach? Nie,
prawda? I ta pieszczotka jest mojém dzieckiem ! Teraz, gdy będzie szczęśliwą przy tobie,
stanie się jeszcze tysiąc razy piękniejszą. Ja mogę iść do piekła, kochany sąsiedzie — mówił
do Eugieniusza — ustąpię ci moje miejsce w raju, jeżeli ci go potrzeba. Jedzmy, jedzmy —
ciągnął dalej, nie wiedząc sam co mówi, wszystko to do nas należy.
— Biedny ojciec !
— Gdybyś ty wiedziała drogie dziecię — mówił idąc do niéj i całując ją w głowę uwiniętą
jasnemi warkoczami — gdybyś wiedziała, jak łatwo możesz uczynić mię szczęśliwym!
Przyjdź czasem do mnie, ja będę tam na górze, o kilka kroków. Przyrzecz mi, powiedz!
— Dobrze, ojcze kochany.
— Powiedz jeszcze.
— Dobrze, drogi mój ojcze.
— Przestań już, kazałbym ci sto razy powtarzać, gdybyś mię słuchała. Jedzmy obiad.
Cały wieczór zszedł na takich dzieciństwach, a ojciec Goriot nie ustępował placu dwojgu
młodym. Padał przed córką, żeby ucałować jej nogi, wpatrywał się w jéj oczy, przyciskał
głowę do jéj sukni, jednem słowem popełniał szaleństwa, na jakie mógłby sie zdobyć chyba
bardzo młody i czuły kochanek.
— Widzisz pan? — rzekła Delfina do Eugieniusza — gdy ojciec jest z nami, to trzeba
wyłącznie jemu się poświęcać. To będzie nas bardzo krępować.
169
Eugieniusz doznał już kilka razy uczucia zazdrości, nie mógł więc zganić słów Delfiny, w
których był zarodek najgłębszej niewdzięczności.
— Kiedyż mieszkanie będzie gotowe? — zapytał Eugieniusz, rozglądając się po pokoju. —
Jak widzę, dziś trzeba będzie się rozstać.
— Tak, ale jutro będziesz pan u mnie na obiedzie — rzekła Delfina z minką figlarną. — Jutro
mamy operę włoską.
— To i ja pójdę na parter — powiedział ojciec Goriot.
Była północ. Powóz pani de Nucingen czekał u bramy. Ojciec Goriot i student skierowali się
ku domowi Vauquer, rozmawiając o Delfinie ze wzrastającem uniesieniem, które wywołało
ciekawą walkę między temi dwiema gwałtownemi namiętnościami. Eugieniusz nie mógł
ukryć przed sobą, że miłość ojca, której nie splamił żaden wzgląd osobisty, zaćmiewała jego
uczucie swoją wytrwałością i potęgą. W oczach ojca, przedmiot miłości był zawsze piękny i
nieskalany, a miłość sama potęgowała się przeszłością i przyszłością całą.
Gdy przyszli do domu, stara gospodyni siedziała pod piecem w towarzystwie Sylwii i
Krzysztofa. Wyglądała nieboga jak Maryusz na ruinach Kartaginy, a gruba Sylwia podzielała
jéj żałość, oczekując powrotu dwóch wiernych mieszkańców, którzy pozostali im z całego
grona. Niczém są rzewne skargi, które lord Byron włożył w usta Tassa, wobec głębokiej
prawdy, jaką tchnęły w téj chwili żale pani Vauquer.
— Sylwio, wszak jutro tylko trzy filiżanki kawy nalać trzeba będzie. Ach, serce mi pęknie,
dom mój opustoszał! Czemże będzie życie moje, gdy w domu mieszkańców zabraknie?
Niczém. Dom mój wyprzątnięty teraz z ludzi. Życie całe jest w meblach. Cóżem zawiniła
niebu, że zesłało na mnie nieszczęść tyle? Zapas fasoli i kartofli zrobiony na osób
dwadzieścia. Policya była w mym domu! Chyba samemi kartoflami żyć będziemy! Wypadnie
chyba odprawić Krzysztofa.
Sabaudczyk spał sobie spokojnie, lecz przy ostatnich wyrazach obudził się nagle i zapytał:
— Co, proszę pani?
— Biedny chłopak! wierny był jak pies — rzekła Sylwia.
— Teraz czas niewłaściwy, nikt mieszkań nie zmienia. Zkądże mi spadną lokatorowie? Ja
głowę stracę. A jeszcze ta sybilla Michonneau porywa mi Poiret'a ! Jak to ona zrobiła, że ten
człowiek jak piesek za nią chodzi?
— A! do licha! —- rzekła Sylwia wstrząsając głową — już to stare panny znają się na takich
sztukach.
170
— Albo ten biedny Vautrin, którego zrobili galernikiem — poczęła znów wdowa — wiesz
Sylwio, to przechodzi moje siły, ja nie mogę jeszcze uwierzyć. To był człowiek taki wesoły,
przytem płacił mi piętnaście franków na miesiąc za kawę z wódką, a zawsze oddawał
wszystko co do grosza!
— A jaki był hojny ! — dodał Krzysztof.
— To musi być jakaś omyłka - rzekła Sylwia.
— Ale nie, przecie on się przyznał — mówiła pani Vauquer. — Ktoby dał wiarę, że wszystko
to stało się w moim domu, w téj dzielnicy, gdzie nawet kot rzadko się zabłąka! Słowo
uczciwej kobiety, ja śnię chyba. Bo to widzisz, za méj pamięci zdarzył się wypadek z
Ludwikiem XVI, później byłam świadkiem upadku cesarza, widziałam, jak powrócił i upadł
powtórnie, a wszystko to było w porządku rzeczy możliwych. Ale gospodom mieszczańskim
to już zdaje się nic grozić nie powinno: bez króla żyć można a bez jedzenia nikt się nie
obejdzie; a gdy do tego uczciwa kobieta z domu Conflans daje na obiad najlepsze potrawy, to
chyba musi być koniec świata, skoro... Bo też tak i jest, przyszedł już koniec świata.
— I to trzeba wiedzieć, że panna Michonneau, która nawarzyła pani téj kaszy, będzie miała,
jak mówią, tysiąc talarów rocznego dochodu — zawołała Sylwia.
— Nie mów mi o niéj, to zbrodniarka! — rzekła pani Vauquer. — W dodatku przenosi się
jeszcze do Buneaud'owéj ! Ale ona do wszystkiego jest zdolna, ona musiała okropieństwa
popełniać, musiała zabijać i okradać w swoim czasie. Ją-to trzeba było posłać na galery
zamiast tego biednego, kochanego człowieka...
W téj chwili Goriot z Eugieniuszem zadzwonili.
— Ach, to moi dwaj wierni — rzekła wdowa z westchnieniem. Dwaj wierni zapomnieli już
prawie zupełnie o nieszczęściach, które spadły dnia tego na gospodę i oświadczyli gospodyni
bez ogródek, że mają zamiar przeprowadzić się na Chaussée-d'Antin.
— Ach! Sylwio! — krzyknęła wdowa — już teraz po wszystkiém. — Panowie zadaliście mi
cios śmiertelny! Coś mię tu ścisnęło w żołądku. Dzień dzisiejszy zwalił mi dziesięć lat na
głowę. Słowo daję, ja rozum stracę! Co teraz robić z fasolą? A, dobrze! ponieważ ja sama
zostaję w całym domu, to ty możesz sobie odejść od jutra, Krzysztofie. Żegnam was,
panowie, dobrej nocy.
— Co jéj jest? — rzekł Eugieniusz do Sylwii.
— A cóż ! wszyscy ją opuścili w skutek interesów. To jéj zmysły pomieszało. Cicho! słyszę,
że płacze. Niech się wybeczy, to jej ulgę sprawi. Przez cały czas mojej służby ani razu jeszcze
nie wypróżniała sobie oczu.
Nazajutrz pani Vauquer upamiętała się w swojej żałości, że uży-
171
jemy jéj własnego wyrażenia. Była wprawdzie strapiona, jak przystało na gospodynią, którą
los wytrącił ze zwykłej kolei życia, zabierając jéj odrazu wszystkich lokatorów; lecz
odzyskała już zupełny spokój umysłu i przedstawiała obraz boleści szczerej i głębokiej,
boleści sprawionej poniesioną stratą i odmianą przyzwyczajeń. To pewna, że spojrzenie,
którem kochanek żegna miejsce pobytu swéj kochanki, nie może być smutniejszém niż
spojrzenie, którem pani Vauquer ogarnęła stół swój opuszczony. Eugieniusz pocieszał
wdowę, że na swoje miejsce zostawi jéj pewnie Bianchon'a, którego kontrakt kończy się za
dni kilka, a na miejscu pani Couture zamieszka prawdopodobnie urzędnik z Muzeum, który
nieraz oświadczał, że radby mieć lokal podobny; jedném słowem przekonywał gospodynię, że
nie trudno jéj będzie zebrać nowy personal.
— Oby cię Bóg wysłuchał, łaskawy panie! ale nieszczęście zagościło w mym domu.
Zobaczysz pan, że najwyżej za dziesięć dni śmierć tu przyjdzie — mówiła rzucając złowrogie
spojrzenie po sali jadalnej. — Kogo też ona zabierze?
— Dobrze, że my się ztąd wynosimy — szepnął Eugieniusz do ojca Goriot.
— Proszę pani — zawołała Sylwia, wbiegając z miną przerażoną — od trzech dni już nie
widzę naszego Mistigrisa.
— Ach! jeżeli mój kot zdechł, jeżeli nas opuścił, to ja...
Biedna wdowa nie dokończyła, złożyła ręce i pochyliła się na poręcz fotela pod ciosem téj
straszliwej przepowiedni.
Około południa, to jest w porze, kiedy posłańcy pocztowi przybywają do dzielnicy du
Panthéon, wręczono Eugieniuszowi list w eleganckiej kopercie, na której była pieczęć z
herbem Beauséant'ów. Był-to bilet wice-hrabiny zapraszający pana i panią de Nucingen na
wielki bal, o którym mówiono już od miesiąca w Paryżu.
Przy bilecie była kartka do Eugieniusza.
Zdaje mi się, panie Eugieniuszu, że zostaniesz chętnie tłómaczem mych uczuć dla pani
de Nucingen. Posyłam panu zaproszenie, o któreś mię prosił i będę bardzo rada poznać siostrę
pani de Restaud. Proszę więc, żebyś mi pan przyprowadził tę piękną panią, lecz zastrzegam,
żebyś jéj nie oddał całego swego uczucia, którego wielka część mnie się należy w zamian za
przyjaźń, jaką żywię dla pana.
Wice-hrabina de Beauséant.
— Ależ — myślał Eugieniusz, odczytując powtórnie słowa wice-hrabiny — pani de
Beauséant mówi mi dość wyraźnie, że nie życzy oglądać barona de Nucingen.
Pośpieszył do Delfiny, szczęśliwy, że będzie mógł sprawić jéj
172
radość, za którą pewnie otrzyma nagrodę. Pani de Nucingen była w kąpieli. Rastignac czekał
w buduarze z niecierpliwością właściwą młodemu człowiekowi, który pragnie jak najprędzej
posiąść kochankę, o której marzył przez dwa lata. Są-to wzruszenia, co się nie powtarzają
dwa razy w życiu młodzieży. Pierwsza ukochana kobieta, która prawdziwie jest kobietą, to
jest przedstawia się mężczyźnie w świetnem otoczeniu, jakiego żąda towarzystwo paryskie,
może być pewna, że nigdy rywalki mieć nie będzie. Miłość paryska niepodobna jest do żadnej
innej miłości. Ani mężczyźni ani kobiety nie dadzą sie tu złapać na bogate wystawy
oklepanych frazesów, któremi każden przystraja dla przyzwoitości swoje niby bezinteresowne
uczucia. W kraju tym nie dosyć, żeby kobieta zadowolmk serce i zmysły ; ma ona jeszcze
ważniejsze obowiązki do spełnienia względem tysiącznych odcieni próżności, z których się
życie składa. Miłość jest tu dziwnie samochwalcza i bezwstydna, dziwnie rozrzutna, kłamliwa
i próżna.
Czegóż chcieć można od reszty ludzkości, skoro wszystkie damy dworu Ludwika XIV
zazdrościły pannie de La Valliere namiętności, która sprawiła, iż wielki król zapomniał, że
mankiety jego kosztowały dwa tysiące talarów, i podarł je, żeby ułatwić księciu de Ver-
mandois wejście na scenę świata ? Miejcie młodość, bogactwo, tytuły, miejcie wszystko, co
za wami przemawia; im więcej ziarn kadzidła spalicie przed swém bożyszczem, tém
bożyszcze łaskawszem dla was będzie. Miłość jest religią, tylko wyznanie jéj drożej kosztuje
niż wyznanie wszelkiej innej wiary; przechodzi ona szybko, a przechodzi jak ulicznik, który
lubi wszystko niszczyć po drodze. Zbytek uczucia jest poezyą poddaszy; bez tego w cóżby się
tam miłość obróciła? Są wprawdzie wyjątki od tych okrutnych praw kodeksu paryskiego, lecz
trzeba ich szukać w samotności, w głębi dusz, co nie zasmakowały jeszcze w doktrynach
społecznych i żyją w pobliżu jakiegoś źródła o wodzie jasnej, bieżącej i niewyczerpanej ; co
zadawalniają się zielonym cieniem swej ustroni, przysłuchują się głosowi nieskończoności,
który do nich zewsząd przemawia i czekają cierpliwie, aż będą mogły skrzydła rozwinąć,
ubolewając na temi, co do ziemi przyrośli. Lecz Rastignac, podobnie jak wielu młodych ludzi,
którzy wcześnie zakosztowali przepychu, chciał wstąpić zbrojno w szranki świata; zaraził się
jego gorączką, czuł w sobie może dość siły, żeby nad nim panować, lecz nie znał ani dróg, ani
celu swej ambicyi.
W braku miłości czystej i świętej, która życie wypełnia, takie pragnienie potęgi może stać się
piękną rzeczą; dość jest odrzucić interes osobisty, a wziąć za cel dobro kraju. Lecz student nie
stanął jeszcze na wysokości, z której można śledzić bieg życia i sądzić
173
takowe. Dotąd nie wyłamał się nawet z pod czaru świeżych i miłych pojęć, które, niby liście
zielone, otulają młodość dzieci wychowanych na prowincyi.
Wahał się jeszcze ciągle, czy ma przejść Rubikon paryski. Pomimo palącej ciekawości,
zachował jakieś wspomnienie o życiu szczęśliwem, które wiedzie prawdziwy, szlachcic w
swéj siedzibie. Wszakże ostatnie jego skrupuły pierzchły wilią dnia tego, gdy wszedł do
nowego swego mieszkania. Zaczynając korzystać z materyalnych wygód fortuny, tak jak
dawno już korzystał z moralnych wygód, jakie daje dobre urodzenie, Rastignac pozbył się
swéj powłoki prowincyonalnéj i wszedł nieznacznie na stanowisko, z którego piękna
przyszłość odkrywała się przed nim. To też, oczekując przyjścia Delfiny w pięknym
buduarze, w którym czuł się prawie tak swobodnym jak u siebie, był już tak niepodobny do
owego Rastignac'a, który przybył w przeszłym roku do Paryża, że, przyglądając mu się
wzrokiem duszy, pytał sam siebie, czy jest jeszcze między niemi jakiekolwiek podobieństwo.
— Pani baronowa jest w swym pokoju — powiedziała Teresa, budząc go z zadumy.
Delfina spoczywała na kanapie w pobliżu kominka. Widząc tę postać świeżą, tonącą w falach
białego muślinu, trzeba było mimo-woli przyrównać ją do owych pięknych roślin indyjskich,
których owoc ukrywa się w kielichu kwiata.
— A! jesteś pan przecie — powiedziała ze wzruszeniem.
— Zgadnij pani, co ci przynoszę - powiedział Eugieniusz, siadając przy niéj i podnosząc jéj
rękę do ust.
Pani de Nucingen zdradzała żywą radość czytając zaproszenie wice-hrabiny. Zwróciła na
Eugieniusza oczy zwilżone łzami i, zarzuciwszy mu ręce na szyję, przyciągnęła go do siebie,
upojona próżnem zadowolnieniem.
— Więc to pan, (ty — szepnęła mu do ucha; ale Teresa jest w moim gabinecie, bądźmy
ostrożni!) — pan dajesz mi takie szczęście? Tak jest, śmiem nazwać to szczęściem. Czyliż
zaproszenie to, które panu zawdzięczam, nie jest czemś więcej, niż prostem zadowolnieniem
miłości własnej? Nikt nie chciał wprowadzić mię do tego koła wybranego. Może być, że w tój
chwili wydaję się panu małą, próżną i lekkomyślną, jak Paryżanka prawdziwa, lecz pomyśl,
przyjacielu, żem ja dla ciebie wszystko poświęcić gotowa i że teraz pragnę najgoręcej, żeby
mię przyjęto na przedmieściu Saint-Germain, dlatego, że ty tam bywasz.
— Czy pani nie znajduje — rzekł Eugieniusz — że pani de Beauseant daje nam do
zrozumienia, iż nie spodziewa się widzieć barona de Nucingen na swym balu.
174
— Ależ tak — powiedziała baronowa, oddając list Eugieniuszowi. - Te kobiety umieją być
gienialnie niegrzeczne. Mniejsza o to, ja będę jednak na balu. Siostra moja wybiera się
również wiem, że przygotowuje strój przepyszny. — Eugieniuszu — ciągnęła dalej zniżonym
głosem — Anastazya będzie na balu, żeby rozproszyć straszne podejrzenia. Nie wiesz, jakie
pogłoski o niej krążą! Nucingen mówił mi z rana, że wczoraj rozmawiano o tem w klubie bez
żadnej ceremonii. Mój Boże! na czém to spoczywa cześć kobiet i rodzin! Ja sama czuję się
podrażnioną, dotkniętą w osobie biednej méj siostry. Powiadają niektórzy, że pan de Trailles
podpisał weksli na sto tysięcy franków, że termin upłynął i kredytorowie mieli go
prześladować. Otóż, w takiej ostateczności, siostra moja miała sprzedać jakiemuś żydowi
swoje brylanty, te piękne brylanty, które musiałeś u niéj widzieć, a które dostały się jéj po
matce hrabiego de Restaud. Od paru dni wszyscy o tém mówią, nic więc dziwnego, że
Anastazya kazała sobie robić suknię ze złotogłowu, żeby zwrócić na siebie powszechną
uwagę, ukazując się na balu u wice-hrabiny w całem bogactwie swych brylantów. Ale i ja nie
chcę być gorszą od niéj. Ona starała się zawsze upokorzyć mię i nigdy dla mnie dobrą nie
była, a ja-m tysiące usług jéj wyświadczała, ja-m zawsze miała dla niéj pieniądze, gdy ona
była w potrzebie. Lecz dajmy pokój światu; dzisiaj chcę być zupełnie szczęśliwą.
Rastignac przesiedział u pani de Nucingen aż do pierwszej po północy. Przy pożegnaniu, przy
tém prawdziwém pożegnaniu kochanków, które zwykła osładzać nadzieja przyszłych radości,
pani de Nucingen rzekła z wyrazem tęsknoty:
— Jestem tak bojaźliwa, tak zabobonna — nazwij pan jak chcesz moje przeczucia — iż
obawiam się, że będę musiała straszną jakąś katastrofą okupić szczęście obecne.
— Dziecko! — rzekł Eugieniusz.
— A ! — zawołała ze śmiechem — dziś ja z kolei dzieckiem zostałam.
Eugieniusz wracał do domu Vauquer z tém przekonaniem, że nazajutrz zupełnie go opuści i
oddawał się w drodze tym słodkim marzeniom, któremi upaja się młodzieniec czujący jeszcze
smak szczęścia na ustach.
— No cóż? — zapytał ojciec Goriot, gdy Eugieniusz przechodził koło jego mieszkania.
— Jutro opowiem panu wszystko — rzekł Eugieniusz.
— Wszystko, nie prawdaż? — zawołał stary. — Idź pan spać. Od jutra zaczniemy szczęśliwe
życie.
Nazajutrz Goriot i Rastignac wyglądali, czy nie pokaże się jaki tragarz, któryby pomógł im
wynieść się z gospody mieszczańskiej.
175
gdy, około południa, powóz jakiś wtoczył się na ulicę Neuve-Sainte-Genevieve i zatrzymał
się przed drzwiami domu Vauquer. Po chwili pani de Nucingen wyskoczyła z powozu i
zapytała, czy pan Goriot znajduje się jeszcze w gospodzie, a odebrawszy od Sylwii
potakującą odpowiedź, wbiegła lekko na schody.
Eugieniusz był w swoim pokoju, choć nikt w domu o tém nie wiedział. Przy śniadaniu student
prosił Goriot'a, żeby zdał jego rzeczy razem ze swojemi, a sam wyszedł na miasto, mówiąc,
że o czwartej spotkają się w nowém mieszkaniu przy ulicy d’Artois. Niebawem stary poszedł
szukać tragarzy, a Eugieniusz odpowiedział tymczasem na apel szkolny i wrócił spiesznie do
domu, żeby rozliczyć się z panią Vauquer, gdyż obawiał się, że Goriot w przystępie swego
fanatyzmu gotów zapłacić za niego z własnej kieszeni. Nie zastawszy gospodyni, która
wyszła na miasto, Eugieniusz wstąpił jeszcze do swego mieszkania, chcąc się przekonać, czy
przypadkiem czego nie zapomniał; jakoż nie pożałował swéj przezorności, bo znalazł w
szufladzie od stolika rewers, który napisał był dla Vautrin'a, a potem, po zapłaceniu
należności, wrzucił niedbale do stolika.
Nie mając ognia, chciał podrzeć go na drobne kawałki, gdy wtém usłyszał za ścianą głos
Delfiny i stanął bez ruchu, żeby posłyszeć, oo będzie mówiła baronowa, która, jak sądził, nie
powinna była mieć dla niego żadnej tajemnicy. Pierwsze wyrazy, które usłyszał obudziły w
nim takie zajęcie, że postanowił wysłuchać rozmowy między ojcem a córką.
— Ach, mój ojcze! — mówiła Delfina — postanowiłeś upomnieć się o moje fortunę, lecz daj
Boże, żeby nie było zapóźno i żebyś zdołał jeszcze ochronić mię od ruiny! Czy mogę mówić?
— Mów, w całym domu nikogo nie ma — wyrzekł ojciec Goriot głosem zmienionym.
— Co ci to, mój ojcze? — zapytała pani de Nucingen.
— Uderzyłaś mię jak obuchem po głowie - rzekł starzec. — Niech ci Bóg tego nie pamięta,
dziecię moje! Ty nie wiesz, jak ja cię kocham; gdybyś wiedziała, nie rzuciłabyś mi tych słów
okrutnych bez przygotowania, zwłaszcza jeżeli nie zaszło nic nadzwyczajnego. Cóż cię tak
znagliło, żeś przyjechała do mnie aż tutaj, wiedząc, że za chwilę mam być na ulicy d’Artois ?
— A, mój ojcze! czyliż w nieszczęściu można zapanować nad pierwszém poruszeniem? Ja
głowę tracę ! Adwokat twój wskazał mi dzisiaj nieszczęście, które niebawem pewnie w nas
uderzy. Handlowe twoje doświadczenie będzie nam potrzebne; to też przybiegłam szukać
ciebie, jak tonący, co się gałązki chwyta. Pan Derville przekonał się, że Nucingen myśli
stawić opór i zagroził mu procesem, mówiąc, że nie trudno będzie otrzymać na to zgodę
prezesa
176
trybunału. Nucingen przyszedł dziś do mnie i zapytał, czy ja pragnę jego i swojej ruiny.
Odparłam mu, że ja się na tém nic a nic nie znam, że wiem tylko tyle, iż mam fortunę i
powinnam z niej korzystać, że zresztą wszystko co się do tego sporu odnosi, należy wyłącznie
do mego adwokata, gdyż ja sama nic z tego nie rozumiem i nic w tym względzie powiedzieć
nie mogę. Czyż nie tak kazałeś mi powiedzieć, ojcze?
— Dobrześ powiedziała — odrzekł ojciec Goriot.
- Otóż — poczęła znów Delfina — Nucingen przedstawił mi stan swoich interesów. Kapitały
jego i moje włożone są w przedsięwzięcia zaledwie rozpoczęte, na które trzeba było wyłożyć
zgóry wielkie sumy. Jeżeli zażądam obecnie mego posagu, to Nucingen będzie zmuszony
ogłosić się bankrutem; jeżeli zaś zaczekam rok jeden, to przysięga mi na honor, że kapitały
moje podwoją się, a może i wtrójnasób się powiększą, gdyż on będzie robił obroty i tak
poprowadzi interesa, że ja zostanę właścicielką dóbr ziemskich. Ojcze mój, on mówił
szczerze i ta szczerość jego mnie przeraziła. Przepraszał mię za swe postępowanie, wrócił mi
zupełną swobodę, pozwolił mi postępować, jak mi się podoba, bylebym tylko upoważniła go
do prowadzenia interesów w mojém imieniu, Na dowód swéj uczciwości przyrzekł mi, że ile
razy ja zechcę, tyle razy wezwie pana Derville dla osądzenia, czy akta, na mocy których ja
zostanę właścicielką ziemską, będą prawnie zredagowane. Jedném słowem, oddał mi się
zupełnie na łaskę i niełaskę. Błaga tylko żebym przez dwa lata jeszcze pozwoliła mu dom
prowadzić i nie wydawała dla siebie nic nad to, co mi przeznacza. Przekonał mię, że odprawił
swą tancerkę, że zmuszony jest zaprowadzić najsurowszą oszczędność, żeby nie zachwiać
swego kredytu, zanim nie ukończy, rozpoczętych spekulacyj. Ja-m była nieubłagana,
udawałam, że w nic nie wierzę, żeby przywieźć go do ostateczności i dowiedzieć się całej
prawdy : pokazywał mi swe księgi, płakał wreszcie. Nigdy jeszcze nie widziałam człowieka
w takim stanie. Stracił zupełnie głowę, mówił, że się zabije, bredził jak w gorączce, aż mnie
litość wzięła.
— I ty wierzysz w takie głupstwa? — zawołał ojciec Goriot. — To komedyant! Miałem ja do
czynienia z Niemcami: są-to prawie zawsze ludzie uczciwi i otwarci; lecz gdy który zacznie
szachrować pod płaszczykiem szczerości, to pewnie stokroć gorzej od innych cię oszuka. Mąż
twój zwodzi ciebie. Widzi, że go przyparto do muru, udaje więc nieżywego i chce zasłonić się
twojém imieniem, więcej niż swojém własnem. Chce on skorzystać z téj okoliczności, żeby
się zabezpieczyć przed niedającemi się obliczyć zgóry rezultatami swoich obrotów
handlowych. Kręta z niego sztuka: równie jest
177
chytry jak przewrotny. Ale nic z tego, nie pójdę ja na Pere-La-chaise z tém przekonaniem, że
córki moje ze wszystkiego zostały wyzute. Znam się jeszcze trochę na interesach. Powiada, że
kapitały jego włożone są w przedsiębierstwa, dobrze! w takim razie musi posiadać weksle,
rewersa, umowy piśmienne! niechże ci je pokaże i niech się z tobą rozliczy. Wtedy
wybierzemy najkorzystniejsze spekulacye, poprowadzimy je na swoje rezyko i będziemy
mieli dokumenta na imię Delfiny Goriot małżonki barona de Nucingen, której majątek
oddzielony jest od mężowskiego. Nie tacyśmy głupi, jak się jemu zdaje. Czy on sądzi, że ja
pogodzę się z tą myślą, że ty możesz zostać bez majątku, bez kawałka chleba? Jabym jej nie
zniósł przez jeden dzień, przez noc jedne, nawet przez dwie godziny ! Ja nie mógłbym żyć z
tą myślą. Jakto ! ja-m pracował przez lat czterdzieści, zlewając się potem i dźwigając worki
na własnych ramionach, ja-m sobie wszystkiego w życiu odmawiał dla was, anioły drogie,
coście mi dodawały sił do każdej pracy ; a dzisiaj mienie moje, życie moje całe miałoby pójść
z dymem ! O, jabym umarł szalony rozpaczą ! Nie, na wszystko, co jest świętego na ziemi i w
niebie ! my tę sprawę rozjaśnimy, sprawdzimy wszystkie księgi, kasę, przedsięwzięcia! Nie
zasnę, nie położę się do łóżka, jeść nie będę, dopóki się nie przekonam, że fundusz twój jest
cały i nienaruszony. Z łaski Boga masz separacyą majątkową, a pan Derville, adwokat twój,
jest na szczęście człowiekiem uczciwym. Na Boga ! będziesz miała swój milionik, swoje
pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu aż do końca życia, lub ja podniosę gwałt na cały Paryż.
Ach ! ach! Udam się do izb, jeżeli trybunały nie wymierzą nam sprawiedliwości. Dotychczas
sądziłem żeś spokojna, że twój byt materyalny zapewniony, i myśl ta była mi pociechą w
nieszczęściach, osłodą w cierpieniu. Mienie — to życie. Pieniądz wszystko może. Więc cóż
ten bałwan nam prawi?... Delfino, nie ustępuj ani pół szeląga temu bydlakowi, który przykuł
cię do łańcucha i uczynił nieszczęśliwą. Jeżeli nie będzie mógł obejść się bez ciebie, to
przynajmniej wyuczymy go prosto chodzić. Boże ! głowa mi płonie, coś mi czaszkę pali.
Moja Delfina w nędzy! Och! Fifinko moja ! Sapristi! gdzież są moje rękawiczki? Dalej,
śpieszmy! idę, zrewiduję wszystko, książki, interesa, kasę, korespondencyą, pójdę w téj
chwili. Nie uspokoję się, aż póki się nie przekonam, że twój fundusz jest zabezpieczony, aż
póki nie zobaczę tego na własne moje oczy.
— Rozważnie tylko, ojcze kochany! Pamiętaj, że zgubiłbyś mnie, gdybyś przystąpił do tego
dzieła z najmniejszą chętką zemsty, lub gdybyś zdradził zbyt nieprzychylne usposobienie. On
cię zna i nie zdziwił się wcale, że, pod twoim wpływem, ja sama zaczęłam się troszczyć o
swój fundusz; lecz przysięgam ci, on wszystko za-
178
Garnął w swoje ręce. To nikczemnik! on gotów porzucić nas i uciec ze wszystkiemi
kapitałami, bo wie dobrze, że jabym go nie przeładowała, bo nie chciałabym hańbić własnego
imienia. Jest on i słaby i silny zarazem. Juzem ja wszystko dobrze zbadała. Przekonałam się,
że, przywodząc go do ostateczności, przyspieszę tylko własną ruinę.
— Ależ to łotr wierutny?
— Ha! tak jest, ojcze — zawołała, rzucając się z płaczem na krzesło - Nie chciałam mówić o
tem, żeby ci oszczędzić zmartwienia, żeś mię wydał za takiego człowieka! Obyczaje i
sumienie, ciało i dusza, wszystko się w nim zgadza! to coś okropnego: czuję dla niego
pogardę i nienawiść. Tak jest, po tem, co mi ten podły Nucingen powiedział, nie mogę mieć
dla niego najmniejszego szacunku. Człowiek, który mógł wdać się w takie spekulacye
handlowe, o jakich on mi dziś mówił, nie ma żadnego poczucia delikatności. Obawy moje
pochodzą ztąd, że-m jasno zobaczyła głąb jego duszy. On, mąż mój, powiedział otwarcie, że
daje mi zupełną swobodę —wiesz ojcze, co to znaczy? — ale za to ja mam być w razie
nieszczęścia narzędziem w jego ręku, mam go zasłonić swojém imieniem.
— Ależ na to są prawa! mamy przecie plac de Greve dla zięciów tego rodzaju! — zawołał
ojciec Goriot — ja sam ściąłbym mu głowę, gdyby kata nie było.
— Nie, mój ojcze, na niego prawa nie ma. Powtórzę ci w krótkości jego mowę, odrzucając
niepotrzebne dodatki, w które treść samę obwijał: Musisz pozwolić, bym ukończył
rozpoczęte spekulacye, albo wszystko przepadnie i ty sama zostaniesz zrujnowana, bez grosza
przy duszy ; ja zaś nikogo prócz ciebie nie mogę wziąć za wspólnika. Czy to dość
jasno? On nie przestał jeszcze dbać o mnie. Uczciwość moja jest dla niego dostateczną
rękojmią; wiem, że mi dosyć własnego funduszu, że się na jego pieniądze nie pokwapię. Jest-
to spółka nieuczciwa i złodziejska, na którą muszę przystać, bom zagrożona utratą całego
funduszu. Nucingen kupuje moje sumienie, a za to pozwala, bym należała do Eugieniusza.
Możesz popełniać błędy, ale w zamian pozwól mi dopuszczać się zbrodni, pozwól mi
wydzierać chleb biedakom! Czy taka mowa jest dość jasna? Wiesz, ojcze, co on
nazywa spekulacyą handlową? On kupuje na swe imię kawał ziemi, na którym spekulanci
podstawieni z jego ramienia zaczynają budować domy. Ludzie ci wchodzą w umowę z
rozmaitemi przedsiębiercami, którym płacą nie gotówką, tylko wekslami z bardzo dalekim
terminem wypłaty ; następnie mąż mój wypłaca im bardzo niewielką sumę i dostaje za to
pokwitowanie, które czyni go właścicielem wszystkich domów; oni
179
zaś ogłaszają się bankrutami, a biedni, oszukani przedsiębiercy muszą iść z kwitkiem. Firma
domu de Nucingen służy do przyciągania tych biedaków. Zrozumiałam i to także, że
Nucingen, chcąc dowieść w razie potrzeby, że jest w stanie wypłacać sumy ogromne, posłał
znaczne kapitały do Amsterdamu, Londynu, Neapolu i Wiednia. Jakże zdołalibyśmy je
pochwycić?
Eugieniusz posłyszał głuchy odgłos: to ojciec Goriot upadł na kolana.
— Boże mój, cóż-em ja ci zawinił? Córka moja oddana w ręce nikczemnika, który wymoże
na niéj wszystko, czego zechce. Przebacz mi, córko ! — zawołał starzec.
— Tak, jest w tem i twoja wina, żem ja w taką przepaść wpadła — rzekła Delfina. — Myśmy
tak nierozsądne, gdy za mąż wychodzimy! Czyż my znamy wtedy świat, interesa, ludzi,
obyczaje? Ojcowie powinniby myśleć za nas. Ojcze drogi, ja ci nic nie wyrzucam, przebacz
mi te słowa. W tym razie, wina cała jest po mojej stronie. Nie, nie płacz, tatku — mówiła,
całując go w czoło.
— I ty nie płacz, Delfinko moja mała. Pozwól, niech ci pocałunkiem łzy z oczu obetrę. Nie
bój się! niech ja tylko pójdę po rozum do głowy, to jeszcze potrafię rozwikłać pasmo
interesów, które twój mąż splątał.
— Nie, ojcze, pozwól mnie działać; ja potrafię wziąć się do niego. On mię kocha, mam nad
nim przewagę, skorzystam więc z tego i wymogę na nim, żeby obrócił niezwłocznie część
moich kapitałów na kupno nieruchomości. Może potrafię skłonić go, żeby odkupił na moje
imię ziemię Nucingen w Alzacyi. Tylko proszę cię, ojcze, przyjdź jutro przejrzeć księgi i
zbadać stan jego interesów. Pan Derville nic a nic nie zna się na sprawach handlowych. Nie,
lepiej jutro nie przychodź. Nie chcę sobie psuć krwi. Pojutrze będzie bal u pani de Beauséant,
muszę więc oszczędzać się, żeby być piękną i świeżą i przynieść chlubę kochanemu memu
Eugieniuszowi! Pójdźmy zobaczyć jego pokój.
W téj chwili powóz jakiś zatrzymał się na ulicy Neuve-Sainte-Genevieve, poczém dał się
słyszeć na schodach głos pani de Bestaud, która zapytywała: Czy mój ojciec jest w
domu? Okoliczność ta wybawiła szczęśliwie Eugieniusza, który zamierzał już rzucić
się na łóżko i udać, że śpi w najlepsze.
— Ach! ojcze, czyś nie słyszał nic o Anastazyi? — rzekła Delfina, poznając głos siostry. —
Zdaje się, że u niej w domu dzieją się też dziwne rzeczy.
— Co takiego? — zapytał ojciec Goriot — to już chyba przyszła ostatnia moja godzina?
Biedna moja głowa nie wytrzyma podwójnego nieszczęścia.
180
— Dzień dobry, ojcze — rzekła hrabina we drzwiach. — Ach! i tyś tutaj, Delfino.
Pani de Restaud była widocznie niezadowolniona ze spotkania z siostrą.
— Dzień dobry, Naściu — rzekła baronowa. — Czy cię moja obecność zadziwia? Ja się co-
dzień z ojcem widuję.
— Od jakiegoż-to czasu?
— Nie potrzebowałabyś pytać, gdybyś również u niego bywała.
— Nie drażnij mnie, Delfino — zawołała hrabina płaczliwie. — Ja-m taka nieszczęśliwa, ja-
m zgubiona, biedny mój ojcze! o! tą razą zupełniem już zgubiona !...
— Co ci jest, Naściu? — zawołał ojciec Goriot. — Powiedz nam wszystko, dziecię drogie. —
Jak ona zbladła! Delfino, pomóż-że jéj, bądź dla niej dobrą, a ja będę cię kochał jeszcze
więcej, jeżeli tylko potrafię !
— Biedna Naściu — rzekła pani de Nucingen, podając siostrze krzesło — mów proszę.
Widzisz w nas dwie jedyne istoty, które kochają cię tak bardzo, że wszystko przebaczyć ci
gotowe. Widzisz, miłość rodzinna nigdy nie zawodzi.
Podała jéj flakonik z eterem i hrabina przyszła do siebie.
— Ja tego nie przeżyję ! — zawołał ojciec Goriot. — Słuchajcie — mówił, poprawiając torf
rozpalony w piecu — zbliżcie się tu obie. Mnie zimno. Co ci jest, Naściu? mów prędko, bo
mnie zabijasz...
— Ach ! — zawołała biedna kobieta — mąż mój wie o wszystkiém. Wyobraź sobie, ojcze, że
niedawno... Przypominasz sobie ten weksel Maksyma? Niestety! nie był-to już pierwszy, już-
em ja przedtem niejeden zapłaciła. W początku stycznia, pan de Trailles wydawał mi się jakoś
bardzo zmartwiony. Nic wprawdzie nie mówił; ale to tak łatwo odgadnąć, co się dzieje w
sercu istoty ukochanej: dosyć najlżejszej wskazówki; przytém bywają czasem przeczucia. Był
bardziej rozkochany, bardziej czuły niż zwykle, a ja byłam co-raz szczęśliwsza. Biedny
Maksym! wyznał później, że w myśli żegnał się ze mną, bo chciał sobie życie odebrać. Ale
zaczęłam go dręczyć, błagać, dwie godziny modliłam go na kolanach, aż wyznał, że winien
był sto tysięcy franków! Mnie się w głowie przewróciło. Tyś nie miał pieniędzy, bom ci
wszystko wydarła...
— Nie — rzekł ojciec Goriot — nie mógłbym zebrać tyle pieniędzy, chyba-bym kraść
poszedł. Ale ja byłbym poszedł, Naściu! Ja pójdę.
Obie siostry milczały; ostatnie słowo starego brzmiało złowrogo, jak przedśmiertne chrapanie
i świadczyło o agonii uczucia ojcowskiego, które stało się już bezsilném. Jakiż egoizm nie
zmiękłby
181
na ten krzyk rozpaczy, co niby kamień w przepaść cisnięty, zdradzał głębokość jéj
niezmierzoną?
— Uzyskałam te pieniądze, rozporządzając tém, co do mnie nie należało — zawołała hrabina,
zalewając się łzami.
Delfina, wzruszona, zapłakała także, tuląc głowę do szyi siostry.
— Więc to wszystko prawda — wyrzekła.
Anastazya spuściła głowę; pani de Nucingen otoczyła jéj kibić ramieniem, ucałowała ją czule
i przytuliła do piersi.
— Tu znajdziesz zawsze miłość, a nigdy sądzoną nie będziesz - powiedziała.
— Aniołki moje — rzekł Goriot słabym głosem — dlaczegóż nieszczęście jest przyczyną
waszego połączenia?
— Chcąc ocalić życie Maksyma, chcąc wreszcie ocalić całe moje szczęście — poczęła
hrabina ośmielona dowodami uczucia żywego i gorącego — poszłam do znanego ci
lichwiarza, do tego piekielnego Gobseck'a, którego nic wzruszyć nie może i sprzedałam mu
wszystkie brylanty familijne, do których pan de Restaud niezmiernie jest przywiązany.
Wszystkie sprzedałam! rozumiecie? On został wybawiony, ale ja zato umarłam! Restaud o
wszystkiém się dowiedział.
— Przez kogo? jak? Ja go zabiję ! — krzyknął ojciec Goriot.
— Wczoraj kazał mię prosić do swego pokoju. Poszłam... Anastazyo — powiedział
takim głosem... (och ! dość mi było głos jego usłyszeć, bym się wszystkiego domyśliła) —
gdzie są twoje brylanty? — Mam je u siebie. — Nie — odparł patrząc mi w oczy
— one są tu, na mojej komodzie. — I pokazał mi szkatułkę, którą przykrył był chustką
do nosa. — Wiesz zkąd się tu wzięły? — zapytał. Upadłam mu do nóg...
płakałam, pytałam, jaki rodzaj śmierci wolałby wybrać dla mnie.
— Tyś to wszystko powiedziała? — zawołał ojciec Goriot.— Na święte _ imię Pańskie!
każden kto ośmieli się skrzywdzić jedne z was, póki ja żyję, może być pewien, że go na
wolnym ogniu spalę ! Tak jest, posiekam go, jak...
Ojciec Goriot zamilkł, wyrazy zamierały mu w gardle.
— W końcu, moja droga, objawił takie żądanie: że wolałabym, iżby wydał na mnie wyrok
śmierci. Nie daj Boże żadnej kobiecie, żeby miała usłyszeć to, co ja usłyszałam !
— Ja zamorduję tego człowieka — powiedział ojciec Goriot spokojnie. — Ale on ma tylko
jedno życie, a mnie dwa winien. Czegóż on chciał? — zapytał, patrząc na Anastazya.
— Oto — poczęła hrabina po chwilowém milczeniu — odezwał się do mnie w te słowa :
Anastazyo, ja pokryję wszystko milczeniem, pozostaniemy i nadal razem, mamy dzieci.
Nie zastrzelę pana
182
de Trailles, bo mógłbym go chybić, a chcąc się go pozbyć w inny sposób, mógłbym się
spotkać ze sprawiedliwością ludzką. Zabić go w twoich objęciach, to znaczyłoby zniesławić
dzieci. Chcąc uniknąć zguby twych dzieci, ich ojca i swojej własnej, podaję ci dwa warunki.
Odpowiadaj: Czy ja mam choć jedno dziecko? Odpowiedziałam, że tak.
Które? — Ernesta, najstarszego. — Dobrze — powiedział — teraz
przysięgnij, że będziesz mi posłuszną w jednym razie. — Przysięgłam. — Podpiszesz,
gdy ja zechcę, akt sprzedaży dóbr swoich.
— Nie podpisuj — zawołał ojciec Goriot. — Nigdy nie podpisuj tego! Ach ! ach! panie de
Restaud, nie umiesz zapewnić szczęścia kobiecie, ona szuka go gdzie-indziéj, a ty karzesz ją
za swą głupią niedołężność?... Ale hola! ja tu jestem, znajdzie on mię na swojej drodze! Bądź
spokojna, Naściu! A! pan hrabia troszczy się o spadkobiercę ! Bardzo dobrze. Ja mu
pochwycę tego syna, który, do pioruna! jest przecie moim wnukiem. Wolno mi będzie przecie
zobaczyć tego bębna. Będę miał o nim staranie, bądź spokojna. Upokorzę ja tego potwora,
gdy mu powiem : Teraz między nami sprawa! Jeżeli chcesz mieć syna, to oddaj méj
córce cały fundusz i pozwól jéj postępować, jak się jéj podoba!
— Mój ojcze !
— Tak, ja-m twój ojciec. A! ja-m ojciec prawdziwy. Niech ten jasny pan nie śmie krzywdzić
mych córek. Do pioruna! nie wiem, co w mych żyłach krąży. Mam krew tygrysią, chciałbym
pożreć tych dwóch ludzi. O dzieci! więc to takie wasze życie? Ach! to śmierć moja. Cóż się z
wami stanie, gdy mnie już nie będzie? Rodzice powinniby żyć tak długo jak i dzieci. Mój
Boże! jakże ten świat źle urządzony! A jednak mówią nam, że Ty masz syna. Powinienbyś
nie dopuścić, żebyśmy w dzieciach naszych cierpieli. Jakto, drogie moje anioły, więc tylko
boleści waszej zawdzięczam, żeście tu przyszły? Pokazujecie mi tylko łzy swoje. O tak, wy
mię kochacie, widzę to dobrze. Chodźcie, chodźcie poskarżyć się tutaj! serce moje jest
wielkie, może wszystko zmieścić. Tak jest, napróżno rozrywać je będziecie, bo z każdego
kawałka powstanie serce ojcowskie. Chciałbym wziąć na siebie troski wasze i wycierpieć
wszystko, co wy cierpicie. Ach, byłyście bardzo szczęśliwe, gdyście były małe...
— Tylko wówczas dobrze nam było — rzekła Delfina. — Gdzież są te czasy, kiedyśmy-to
zeskakiwały z worków w wielkim spichlerzu?
— Ojcze, to jeszcze nie wszystko — szepnęła Anastazya, pochylając się ku Goriot'owi, który
aż się cofnął. — Sprzedaż brylantów nie przyniosła mi stu tysięcy franków. Maksyma wciąż
ści-
183
gają. Pozostaje zapłacić tylko dwanaście tysięcy, a on przyrzekł, że się ustatkuje, że już nadal
grać nie będzie. Ja mam tylko tę miłość jego na świecie, a zapłaciłam za nią tak drogo, że
umrę, jeżeli utracić ją będę musiała. Poświęciłam jéj mienie, sławę, spokój i dzieci. O, niech-
że przynajmniej Maksym będzie swobodny, szanowany, niech pozostanie w świecie, gdzie
sobie stanowisko wyrobić potrafi. Teraz on winien mi nie samo szczęście : mamy dzieci,
które zostały-by bez majątku. Wszystko przepadnie, jeżeli go osadzą w Sainte-Pélagie.
— Ja nie mam pieniędzy, Naściu. Nie mam już nic, nic ! To skończenie świata. O, świat się
zawali, to pewna. Idźcie ztąd, uciekajcie prędzej! Ach! mam jeszcze sprzączki srebrne i sześć
nakryć, najpierwszych jakie posiadłem w swém życiu. Wreszcie, pozostało mi już tylko
dwanaście tysięcy franków rocznego dochodu.
— A cóżeś zrobił, ojcze, z swoim dożywotnim dochodem?
— Sprzedałem go i zabezpieczyłem sobie tylko szczupłą pensyjkę na własne potrzeby.
Potrzebowałem dwunastu tysięcy franków, żeby urządzić Fifince apartament.
— W twoim domu, Delfino? — zapytała pani de Restaud.
— A! to wszystko jedno! — zawołał ojciec Goriot — dość, że już nie ma dwunastu tysięcy
franków.
— Domyślam się — rzekła hrabina — to dla pana de Rastignac. Ach, zatrzymaj się, biedna
Delfino! Spójrz, dokąd to mnie zaprowadziło.
— Moja droga, pan de Rastignac jest młodym człowiekiem, który z pewnością nie zuboży
swéj kochanki.
— Dziękuję, Delfino. Spodziewałam się coś lepszego usłyszeć od ciebie w krytyczném
mojém położeniu; ale tyś mnie nigdy nie kochała.
— Przeciwnie, ona cię kochała, Naściu — zawołał ojciec Goriot — właśnie przed chwilą mi
to mówiła. Rozmawialiśmy o tobie, i Delfina utrzymywała, że ty jesteś piękna, a ona tylko
ładną nazwać się może.
— Ona ! — powtórzyła hrabina — ona posiada chłodną piękność.
— Niech i tak będzie — rzekła Delfina — lecz powiedz, jak-żeś ty ze mną postępowała? Tyś
się mnie zaparła, tyś zamknęła przede mną drzwi wszystkich domów, w których bywać
pragnęłam, jedném słowem, korzystałaś z każdej sposobności, żeby mi przykrość wyrządzić.
A ja, czyż przychodziłam za twoim przykładem wydzierać ojcu tysiąc po tysiącu, wyzuwać
go z mienia i doprowadzać do stanu, w jakim obecnie się znajduje? Patrz, siostro, to twoje
dzieło. Ja widywałam ojca, póki tylko mogłam, ja-m go za drzwi nie wypchnęła i nie
przychodziłam lizać mu rąk, gdy mi był po-
184
trzebny. Nie wiedziałam nawet, że wydał dla mnie te dwanaście tysięcy franków. Zresztą,
tatko dawał mi podarunki, gdy chciał - ja-m ich nigdy nie żebrała.
— Bo tobie szczęście sprzyjało. Pan de Marsay był bogaty, zdaje się, że wiesz o tem dobrze.
Ale ty byłaś zawsze zimna jak złoto. Żegnam was, nie mam ani siostry, ani...
— Milcz, Naściu ! — krzyknął ojciec Goriot.
— Tylko taka siostra jak ty może powtarzać rzeczy, w które już nikt nie wierzy. Tyś istny
potwór — mówiła Delfina.
— Dzieci, dzieci, przestańcie, bo się w waszych oczach zabiję.
— Słuchaj, Naściu, przebaczam ci, boś ty nieszczęśliwa — mówiła baronowa dalej. — Ale
ja-m lepsza od ciebie. Jak mogłaś powiedzieć mi coś podobnego i to w takiej chwili, kiedy ja
zdolna byłam wszystko dla ciebie uczynić, nawet wejść do pokoju mego męża, czego nie
zrobiłabym ani dla siebie, ani dla... To godne wszystkich złych postępków, jakich dopuściłaś
się względem mnie od lat dziewięciu.
— Dzieci, dzieci, uściśnijcie się ! — mówił ojciec — wyście obie dobre jak anioły.
— Nie, proszę mi dać pokój — zawołała hrabina, odpychając ojca, który ją wziął za ramię. —
Nawet mąż mój miałby dla mnie więcej litości, niż ona. Możnaby pomyśleć, że ona jest
wzorem cnoty !
— Wolę zawsze, żeby mówiono, że-m winna pieniądze panu de Marsay, niż żebym sama
miała wyznać, że pan de Trailles kosztuje mnie przeszło dwieście tysięcy franków — odparła
pani de Nucingen.
— Delfino! — krzyknęła hrabina i postąpiła ku niéj krok jeden.
— Ja mówię prawdę, a ty mnie czernisz — powiedziała chłodno baronowa.
— Delfino! ty jesteś...
Ojciec Goriot rzucił się ku hrabinie, powstrzymał ją i zakrył jéj ręką usta, nie dając reszty
domówić.
— Mój Boże! do czego ty się dotykałeś, ojcze? — zawołała Anastazya.
— Ach, prawda! moja wina — rzekł biedny ojciec, wycierając ręce o spodnie. — Nie
wiedziałem, że przyjdziecie, przygotowywałem się do przenosin.
Szczęśliwy był, że zasłużył na wymówkę, która ściągnęła na niego gniew córki.
— Ach ! — począł, rzucając się na krzesło — wyście mi serce rozdarły. Przyszła już moja
ostataia godzina! W głowie mi się coś gotuje, jak gdyby ogień był pod czaszką. Bądźcie już
grzeczne,
185
kochajcie jedna drugą! Chyba śmierci mojej chcecie. Delfino, Naściu, wy miałyście
słuszność, nie — wy obie nie miałyście słuszności. Słuchaj, Dedelko — mówił dalej,
podnosząc na baronową oczy pełne łez — ona potrzebuje dwunastu tysięcy franków,
postarajmy się o nie. Nie patrzcie na siebie takim wzrokiem. — Stary ukląkł przed Delfina. —
Przeproś ją, jeżeli chcesz mi zrobić przyjemność — szepnął zcicha — ona jest bardziej
nieszczęśliwa.
— Biedna moja Naściu — rzekła Delfina przerażona dzikim i obłąkanym wyrazem, jaki
twarz ojca przybrała pod wpływem boleści — ja-m zawiniła, uściśnij mię...
— Ach ! przykładacie mi balsam do serca — zawołał ojciec Goriot. — Ale zkąd tu wziąć
dwanaście tysięcy franków ? A gdybym ja ofiarował się na zakładnika
— A, nie, nie, ojcze ! — zawołały obie córki, zbliżając się do niego.
— Bóg ciebie za tę myśl wynagrodzi, bo naszego życia na to za mało! Nie prawdaż, Naściu ?
— mówiła Delfina.
— A zresztą, ojcze, byłoby to kroplą w morzu — zauważyła hrabina.
— Czyż i za cenę krwi nic zrobić nie można? — zawołał starzec z rozpaczą. — Poświęcę się
dla tego, kto ciebie, Naściu, wybawi; gdy każe, człowieka dla niego zabiję. Zrobię jak
Vautrin, pójdę na galery! ja... — Zatrzymał się, jak gdyby grom w niego uderzył.
— Nic już nie mam ! — zawołał, rwąc sobie włosy. — Gdybym wiedział, gdzie ukraść
można; ale i kradzież trudno popełnić. Zresztą, chcąc bank rozbić, potrzeba niemało ludzi i
czasu. Cóż, trzeba umierać, nic już innego zrobić nie mogę. Tak jest, na nic się już nie
przydam, nie jestem już ojcem, nie ! Ona mię prosi, ona, potrzebuje, a ja, nędzny, nic już nie
mam. A! stary niegodziwcze, zachciało ci się dochodu dożywotniego, a zapomniałeś, że masz
córki! Chyba już ich nie kochasz? Zdychaj, zdychaj, psie jakiś! Tak, ja-m gorszy od psa,
żaden pies nie postąpiłby w ten sposób ! Och, moja głowa! coś mi ją rozsadza !
— Ależ, ojcze, bądź rozsądny — wołały obie kobiety, zatrzymując Goriota, który uderzał
głową o ścianę.
Stary zanosił się od płaczu. Eugieniusz, przerażony tém, co słyszał, pochwycił rewers
podpisany dla Vautrin'a na znacznie większą sumę; poprawił cyfrę i zrobił na imię Goriot'a
rewers regularny na dwanaście tysięcy franków.
— Oto są pieniądze — powiedział, wchodząc do pokoju Goriot'a i podając papier hrabinie. —
Spałem w swojém mieszkaniu, ale obudziła mię głośna rozmowa i dowiedziałem się, co-m
winien panu Go-
186
riot'owi. Oto jest mój rewers, możecie go państwo sprzedać, a ja zapłacę go jak
najsumienniej.
Hrabina stała jak martwa, trzymając papier w ręku.
— Delfino! — zawołała blada i drżąca z gniewu, wściekłości i szału — przebaczyłam ci
wszystko, Bóg mi świadkiem, atyśtak postąpiła! Jakto! ten pan był za ścianą, tyś o tem
wiedziała i zemściłaś się nikczemnie, pozwalając, by-m wydała przed nim swoje tajemnice,
życie swoje i swoich dzieci, swój wstyd, s woj ę sławę! Słuchaj, nie dbam teraz o ciebie,
nienawidzę cię, będę ci szkodziła jak tylko potrafię, będę...
W gardle jéj zaschło i gniew przeciął jej słowa.
— Ależ to syn mój, to dziecko nasze, to brat twój, twój zbawca — wołał ojciec Goriot.—
Uściskaj go, Naściu! — Patrz, ja go uściskam — dodał, chwytając Eugieniusza w ramiona z
szalonym jakimś zapałem. — O, dziecię moje ! ja będę tobie więcej niż ojcem, będę ci całą
rodziną. Chciałbym być Bogiem, żeby ci świat rzucić pod nogi. Ale pocałuj-że go, Naściu! to
nieczłowiek, to anioł, prawdziwy anioł.
— Daj jéj pokój, ojcze, ona szalona w tej chwili.
— Szalona! szalona! a ty, jaka jesteś? — zapytała pani de Restaud.
— Dzieci moje, ja umrę, jeżeli tak mówić będziecie — zawołał starzec, padając na łóżko, jak
gdyby postrzałem śmiertelnym ugodzony. — One mię zabijają! — powiedział.
Hrabina spojrzała na Eugieniusza, który stał niemy, ogłuszony gwałtownością téj sceny : —
Panie — wyrzekła, zapytując go ruchem, głosem i spojrzeniem, gdy tymczasem Delfina
rozpinała pośpiesznie kamizelkę ojca.
— Pani, zapłacę i będę milczał — odparł, nie czekając zapytania.
— Zabiłaś ojca, Naściu! — rzekła Delfina, pokazując siostrze starca zemdlonego.
Hrabina uciekła z pokoju.
— Przebaczam jéj — rzekł stary, otwierając oczy — położenie jéj jest tak okropne, że
obłąkałoby nawet lepszą głowę. Pocieszaj ją, Delfino, bądź dla niej łagodną; przyrzecz to
biednemu twemu ojcu, który prosi cię o to w ostatniej godzinie — mówił, ściskając rękę
Delfiny.
— Ale co ci jest, ojcze? — pytała baronowa przerażona.
— Nic, nic, to przejdzie — odparł ojciec. — Coś mi ściska czoło, to pewnie migrena. Biedna
Naścia, co za przyszłość!
Hrabina wróciła w téj chwili do pokoju i rzuciła się do kolan ojca: —
Przebaczenia! — zawołała.
187
— Przestań, Naściu, bo to mi jeszcze większy ból sprawia — rzekł ojciec Goriot.
— Panie — rzekła hrabina, podnosząc na Rastignac'a oczy zalane łzami — boleść uczyniła
mię niesprawiedliwą. Będziesz mi pan bratem? — dodała, wyciągając do niego rękę.
— Naściu — zawołała Delfina, przyciskając siostrę do piersi — zapomnijmy o wszystkiém,
droga moja Naściu !
— O nie ! — odparła tamta — ja będę pamiętała.
— Anioły moje — zawołał ojciec Goriot — zdejmujecie zasłonę, która mi spadła na oczy,
wasz głos mię ożywia. Uściskajcie się jeszcze. No cóż, Naściu? czy cię ten weksel poratuje?
— Mam nadzieję. Ale, tatku, czy ty go nie podpiszesz?
— Patrzcie, toż-em dopiero głupi, że-m o tém zapomniał! To dlatego, że mi się źle zrobiło,
daruj mi, Naściu. Przyślij mię zawiadomić, żeś się już swojej troski pozbyła. Albo ja sam
przyjdę. Ale nie, nie pójdę : nie mogę już widzieć się z twoim mężem, bo zabiłbym go na
miejscu. Ale nie bój się, przyjdę, gdy będzie mowa o sprzedaży twych majątków. Śpiesz,
moje dziecko, i postaraj się, żeby się Maksym ustatkował.
Eugieniusz stał zdumiony.
— Biedna Naścia była zawsze taka gwałtowna — rzekła pani de Nucingen — ale serce ma
najlepsze.
— Ona powróciła po to tylko, by podpis uzyskać — powiedział Eugieniusz, pochylając się do
ucha Delfiny.
— Tak sądzisz?
— Chciałbym temu nie wierzyć. Nie ufaj jéj — mówił Eugieniusz, wznosząc oczy do góry,
jak gdyby pragnął powierzyć Bogu myśli, do wypowiedzenia których brakło mu odwagi.
— A tak, ona miała zawsze skłonność do udawania, a biedny ojciec nie umie się na tém
poznać.
— Jakże wam teraz, dobry ojcze Goriot? — zapytał Eugieniusz starego.
— Spać mi się chce.
Eugieniusz pomógł mu położyć się na łóżku i stary usnął po chwili, trzymając córkę za rękę.
— Zobaczymy się wieczorem w teatrze — rzekła Delfina powstając — powiesz mi wtedy, jak
się ma mój ojciec. Pan przenosisz się jutro. Chodźmy zobaczyć pański pokój. Ach ! co za
okropność ! — zawołała, wchodząc do jego mieszkania. — Wszak tu gorzej jeszcze jak u
mego ojca. Jakżeś ty dziś pięknie postąpił, Eugieniuszu! Będę cię kochała jeszcze więcej,
jeżeli tylko potrafię; ale, dziecko drogie, kto chce dorobić się fortuny, ten nie powinien
wyrzucać po dwanaście tysięcy franków za okno. Hrabia de
188
Trailles jest szulerem. Anastazya nie chce tego widzieć. Potrafiłby on zdobyć sobie te
dwanaście tysięcy tam, gdzie zwykł wygrywać i przegrywać całe góry złota.
Głuchy jęk przywołał ich do pokoju Goriot'a. Stary wydawał się uśpionym, lecz za
zbliżeniem się dwojga zakochanych, usta jego zaczęły się poruszać: One nie są
szczęśliwe! — wyszeptał. Nie wiadomo, czy słowa te zostały wymówione we śnie, czy
na jawie, ale dźwięk ich przeniknął tak głęboko serce córki, że zbliżyła się do barłogu, na
którym ojciec spoczywał i pocałowała go w czoło. Stary przymknął oczy. To Delfina
! — powiedział.
— No cóż, jakże ci, ojcze? — zapytała baronowa.
— Dobrze. Bądź spokojna, ja wstanę niebawem. Idźcie, idźcie moje dzieci, bądźcie
szczęśliwi.
Eugieniusz przeprowadził Delfinę do domu, ale nie chciał pozostać u niéj na obiedzie i
pośpieszył do gospody, zaniepokojony stanem Goriot'a. Stary przyszedł był właśnie do sali
jadalnej i zamierzał siąść do stołu. Bianchon obrał sobie takie miejsce, z którego mógł
najlepiej obserwować fizyognomią es-fabrykanta. Ojciec Goriot wziął swoim zwyczajem
kawałek chleba i zaczął go wąchać, by osądzić z jakiej mąki był wypieczony, ale ruch jego
był tak dalece machinalny i pozbawiony tego, co możnaby nazwać świadomością czynu, że
student medycyny potrząsł głową w sposób złowieszczy.
— Zbliż się do mnie, panie asystencie przy szpitalu Cochin — rzekł Eugieniusz.
Bianchon przysiadł się do niego tém chętniej, że zarazem zbliżał się i do Goriot'a.
— Co jemu jest? — zapytał Rastignac.
— Już po nim ! jeżeli się nie mylę, musiało się z nim stać coś nadzwyczajnego, bo zdaje mi
się, że mu grozi lada chwila atak apoplektyczny. Niższa część twarzy jest wprawdzie
spokojna, ale patrz, w wyższej części wszystkie rysy ściągają się mimowolnie ku czołu.
Przytém oczy jego przybrały wyraz szczególny, który dowodzi, że woda na mózg naciska.
Wyglądają tak, jak gdyby były zasypane drobniuchnym pyłkiem. Jutro rano będę mógł
powiedzieć coś pewniejszego.
— Czy na to jest jakie lekarstwo ?
— Nie ma żadnego. W najlepszym razie będzie można opóźnić śmierć, jeżeli uda się
wywołać reakcyą ku kończynom, zwłaszcza ku nogom; lecz jeżeli symptomata nie ustaną do
jutrzejszego wieczora, to biedny stary przepadł bez ratunku. Czy nie wiesz, co spowodowało
chorobę? Musiał to być jakiś cios gwałtowny, pod którym zachwiała się moralna jego istota.
189
— Zgadłeś — powiedział Rastignac — przypominając sobie, że obie córki wstrząsały bez
przerwy sercem ojcowskiém.
— Delfina kocha przynajmniej swego ojca — myślał Eugieniusz. Wieczorem, w teatrze,
zaczął mówić o starym z wielką ostrożnością, żeby nie zaniepokoić pani de Nucingen.
— Bądź spokojny — powiedziała baronowa przy pierwszych jego wyrazach — ojciec, mój
jest silny. Tylko zanadtośmy go dzisiaj wzruszyły. Fundusz nasz jest zagrożony, czy
pojmujesz całą doniosłość takiego nieszczęścia? Jabym tego nie przeżyła, gdyby nie miłość
twoja, wobec której zbladło nawet to, co dawniej byłoby dla mnie niepokojem śmiertelnym.
Dziś drżę tylko przed jedném nieszczęściem, jedne tylko znam obawę, żeby nie utracić téj
miłości, przez którą poznałam całą wartość życia. Po-za tém uczuciem wszystko mi jest
obojętne, nic więcej w świecie nie kocham. Tyś wszystkiém dla mnie. Jeżeli cenię bogactwo,
to dlatego tylko, żeby się tobie lepiej podobać. Muszę wyznać ze wstydem, że jestem więcej
kochanką niż córką. Dlaczego? nie wiem sama. Całe moje życie jest w tobie. Ojciec dał mi
serce, ale tyś mu bić kazał. Niech mię cały świat potępia, mniejsza o to! ty nie możesz mieć
do mnie żalu, ty musisz usprawiedliwić przestępstwa, na które mię skazuje uczucie
niezwalczone. Sądzisz może, że ze mnie córka wyrodna? o nie! któżby mógł nie kochać tak
dobrego ojca? Ale czyż mogłam zapobiedz, żeby nie spostrzegł wreszcie następstw, jakie
wynikły z naszych małżeństw opłakanych? Dlaczegóż im nie zapobiegł? Czyż nie powinien
był myśleć za nas? Wiem, że dzisiaj cierpi nie mniej od nas, ale cóż miałyśmy zrobić?
Pocieszać go? toby się na nic nie zdało. Widok naszej rezygnacyi przyczyniłby mu więcej
bólu, niż wszystkie nasze wyrzuty i skargi. Bywają chwile, w których wszystko staje się
goryczą.
Eugieniusz milczał, wzruszony do głębi naiwnym wyrazem prawdziwego uczucia. Prawda, że
Paryżanki bywają często przewrotne i próżne, samolubne, zimne i zalotne, lecz i to pewna, że
umieją kochać prawdziwie i poświęcać swym namiętnościom więcej uczucia, niż inne kobiety
; że stają się wzniosłemi, gdy podniosą się nad wszystkie swoje małostki. Zastanawiała też
Eugieniusza głębokość i trafność umysłu, z jaką kobieta sądzi uczucia najbardziej naturalne,
gdy jaka skłonność silniejsza oddala ją od nich.
— O czem-że pan myślisz? — zapytała pani de Nucingen obrażona milczeniem Eugieniusza.
— Wsłuchuję się jeszcze w to, coś mi powiedziała. Sądziłem dotychczas, że ja kocham silniej
od ciebie.
Baronowa uśmiechnęła się, ale natychmiast zapanowała nad doznaném zadowolnieniem, bo
chciała zatrzymać rozmowę w granicach
190
zakreślonych przez formy przyzwoitości. Dotąd nigdy jeszcze nie słyszała przejmujących
wyrazów miłości młodzieńczej i szczerej. Jeszcze słów kilka, a nie miałaby już siły
zapanować nad sobą.
— Eugieniuszu — powiedziała zmieniając przedmiot rozmowy — czy wiesz, że cały Paryż
będzie jutro u pani de Beauséant. Rochefide'owie i markiz d'Adjuda postanowili działać w
tajemnicy. Król ma podpisać jutro kontrakt ślubny, a biedna, twoja kuzynka nic jeszcze o tém
nie wié. Będzie musiała przyjmować jutro masę osób, a markiz nie będzie na jéj balu.
Powszechnie o tém tylko mówią.
— A świat śmieje się z podłości i udział w niéj przyjmuje! Czyż nie wiesz, że pani de
Beauséant życiem to przypłaci?
— Nie ! — odparła Delfina z uśmiechem — nie znasz tego rodzaju kobiet. Ale cały Paryż
pójdzie do niéj i ja tam będę! Tobie jednak zawdzięczam to szczęście.
— Może to tylko jedna z niedorzecznych pogłosek, których tak wiele krąży po Paryżu ? —
powiedział Rastignac.
— Jutro dowiemy się prawdy.
Eugieniusz nie poszedł do domu Vauquer. Nie mógł wymódz na sobie, żeby nie nacieszyć się
nowém mieszkaniem. Ostatnią rażą Eugieniusz wyszedł od Delfiny o pierwszej po północy, a
teraz znów Delfina pożegnała go koło drugiej. Nazajutrz spał dość długo, a później czekał
pani de Nucingen, która przyjechała o południu na śniadanie.
Młodzi ludzie tak są chciwi tych uroczych chwil szczęścia, że Eugieniusz zapomniał prawie
zupełnie o ojcu Goriot. Jakże mu błogo było oswajać się z temi wykwintnemi przedmiotami,
które do niego należały. Obecność pani de Nucingen podnosiła jeszcze wartość każdej rzeczy.
Około czwartej, kochankowie przypomnieli sobie ojca Goriot, myśląc o szczęściu, którego
nieborak spodziewał się zakosztować w tym domu. Eugieniusz zrobił uwagę, że stary mógł
się na dobre rozchorować i że dlatego właśnie należało przenieść go jak najrychlej do nowego
mieszkania. Pożegnał więc Delfinę i pośpieszył do domu Vauquer, gdzie wszyscy stołownicy
zgromadzeni już byli u stołu. Brakowało tylko Goriot'a i Bianchon'a.
— Wiesz — zawołał malarz — ojciec Goriot zupełnie się rozkleił ; Bianchon jest tam u
niego. Stary widział się z jedną z swych córek, z hrabiną de Restaurama, potem chciał wyjść,
ale słabość jego się wzmogła. Społeczeństwo utraci jedne z najpiękniejszych swych ozdób.
Rastignac postąpił szybko ku schodom.
— Panie Eugieniuszu !
191
— Proszę pana — rzekła wdowa — i ojciec Goriot i pan mieliście opuścić mój dom
piętnastego lutego. Tymczasem trzy dni upłynęły już od téj daty. Trzeba będzie zapłacić mi za
cały miesiąc, ale ja poprzestanę na słowie pańskiem, jeżeli pan zechcesz zaręczyć za ojca
Goriot.
— Po co ? czyż mu pani nie ufasz?
— Czy nie ufam! gdyby nieborak stracił przytomność i umarł, to córki jego nie dałyby mi ani
grosza, a to, co po nim pozostanie, nie warte i dziesięciu franków. Nie wiem, poco wyniósł
dziś z domu ostatnie swoje sztućce srebrne. Wystroił się jak młodzieniec, a nawet, Boże
odpuść, zdaje mi się, że się uróżował, bo był dziwnie jakoś wyświeżony.
— Ja odpowiadam za wszystko — rzekł Eugieniusz — i zadrżał z przerażenia przeczuwając
nową jakąś katastrofę.
Poszedł co prędzej do Goriot'a, którego zastał w łóżku. Bianchon siedział tuż przy nim.
— Dzień dobry ojcze —- rzekł Eugieniusz.
Starzec uśmiechnął się łagodnie zwracając na niego szkliste swoje oczy. Jakże się ona ma?
zapytał.
— Dobrze. A ty, ojcze?
— Nieźle.
— Nie trzeba go utrudzać — rzekł Bianchon odciągając Eugieniusza w róg pokoju.
— Cóż tu słychać? — zapytał Rastignac.
— Biedak cudem chyba może być zbawiony. Uderzenie na mózg już nastąpiło. Przyłożyłem
mu synapizmy, szczęściem odczuwa je, to znak, że działają.
— Czy można go przenieść?
— Niepodobna. Trzeba go pozostawić w spokoju i strzedz od wszelkiego wzruszenia
fizycznego lub moralnego.
— Kochany Bianchon, my obaj będziemy go pielęgnowali.
— Jużem ja wezwał naczelnego lekarza z mego szpitala.
— No i cóż ?
— On zawyrokuje dopiero jutro wieczorem. Przyrzekł mi, że przyjdzie, gdy załatwi swą
czynność. Na nieszczęście, ten biedak stary popełnił dziś jakiś krok nierozważny, z którego
nie chce się wytłómaczyć. Uparł się jak muł jaki. Gdy mówię do niego, to udaje, że nie
słyszy, albo, że śpi, a gdy oczy otworzy, to zaczyna stękać, żeby mi tylko nie odpowiadać.
Chodził dziś ż rana na miasto, nie wiadomo dokąd. Zabrał z sobą, co tylko posiadał z
kosztowniejszych rzeczy i musiał zrobić jakąś frymarkę, przyczóm resztki sił wyczerpał.
Jedna z córek była u niego.
192
— Hrabina? — zapytał Eugieniusz. — Czy to była brunetka wysmukła o kształtnej nóżce i
żywych, pięknych oczach?
— Tak jest.
— Zostaw mię na chwilę sam-na-sam ze starym. Ja go wyspowiadam, on mi wszystko powie.
— Pójdę tymczasem na obiad. Tylko staraj się me wzruszać go zanadto, bośmy jeszcze
ostatecznie nadziei nie stracili.
— Bądź spokojny.
— Jutro będą się dobrze bawiły — rzekł ojciec Goriot do Eugieniusza, gdy zostali sami. -
Będą na wielkim balu.
— Powiedz, tatku, coś ty dziś robił z rana, że teraz masz się gorzej i musisz leżeć w łóżku?
— Nic.
— Anastazya była u ciebie? — zapytał Rastignac.
— Tak — odparł ojciec Goriot.
— No i cóż? proszę nic przede mną nie ukrywać. Czegóż ona jeszcze żądała?
— Ach! — począł stary z wysiłkiem — cóż chcesz, moje dziecko, ona była bardzo
nieszczęśliwa ! Naścia nie ma ani grosza od czasu owej sprawy z brylantami. Kazała sobie
robić na bal suknię ze złotogłowu, w której będzie wyglądała jako cacko. Ale szwaczka
niegodziwa nie chciała nic robić na kredyt i Naścia musiała wziąć tysiąc franków od
pokojówki, żeby zapłacić jéj z góry. Biedna, trzebaż jéj było dojść do tego !. To mi serce
rozdarło. Pokojówka zobaczyła tymczasem, że Restad stracił całe zaufanie do Naści,
przelękła się więc o swoje pieniądze i umówiła się ze szwaczką, żeby nie wydawać sukni, aż
dopóki pani nie odda jéj pożyczonej sumy. Bal ma być jutro, suknia już gotowa. Naścia jest w
rozpaczy. Chciała wziąć moje nakrycia stołowe, żeby je zastawić. Mąż jéj chce, żeby była na
tym balu dla pokazania całemu Paryżowi brylantów, o sprzedaż których wszyscy ją
posądzają. Ale czyż ona może powiedzieć temu potworowi: Winnam tysiąc franków,
zapłać je? Nie, ja to dobrze pojmuję. Delfina będzie miała strój wspaniały, a zacóż
Naścia ma być gorszą od młodszej siostry? Biedne dziecko! ona we łzach tonie. A ja nie
miałem wczoraj dwunastu tysięcy franków, to mię tak upokorzyło, że dla okupienia swojej
winy oddałbym chętnie resztki nędznego żywota. Wiesz co? dotychczas miałem siłę przenieść
wszystkie nieszczęścia, ale ostatni brak pieniędzy rozdarł mi serce. Och! och! nie namyślając
się długo sprzedałem za sześćset franków nakrycia stołowe i sprzączki, później ustąpiłem
papie Gobseck dochód całoroczny za czterysta franków, które mi wypłacił odrazu. Ha! będę
żyć suchym chlebem ! wystarczało mi to, gdy byłem młody, to i teraz może wystar-
193
czyć. Ale za to moja Naścia będzie miała piękny wieczór i ubierze się jak lalka. Mam tysiąc
franków pod poduszką. Aż mi się cieplej robi, gdy pomyślę, że tu pod głową u mnie leży coś
takiego, co sprawi przyjemność biednej mojej Naści. Będzie mogła przynajmniej wypędzić tę
szkaradną Wiktorynę. Czy to słychane rzeczy, żeby słudzy nie mieli ufności w swoich
panach! Jutro będę zdrowszy. Naścia przyjdzie o dziesiątej. Nie trzeba, żeby one myślały,
żem chory, bo żadna nie poszłaby na bal, a obie chciałyby mnie pielęgnować. Naścia uściśnie
mię jutro jak swoje dziecko, a pieszczoty jéj zupełnie mię uzdrowią. Mogłem wydać tysiąc
franków na lekarstwo, lecz wolę dać je memu wszech-lekarzowi, mojej Naści. Przynajmniej
pocieszę ją w nędzy, a to zgładzi mą winę, żem śmiał zapewnić sobie dochód dożywotni. Ona
jest na dnie przepaści, a ja nie mam dość siły, żeby ją ztamtąd wyciągnąć. O! ja rozpocznę
znów handel. Pojadę do Odesy po zboże, które kosztuje tam trzy razy mniej niż u nas.
Przywóz ziarna w naturze jest wprawdzie zabroniony, ale dobrzy ludzie, co tworzą prawa, nie
pomyśleli o rozlicznych produktach, które się ze zboża wyrabiają. Ho ! ho ! myśl ta przyszła
mi dziś od rana do głowy ! Krochmal może do wielkich rzeczy doprowadzić.
— On zwaryował — pomyślał Eugieniusz patrząc na starego. — Dosyć, ojcze, uspokój się,
nic nie mów...
Eugieniusz nie poszedł na obiad, aż póki Bianchon nie powrócił. Następnie obaj przepędzili
noc przy chorym, doglądając go po kolei, przyczém jeden czytał książki medyczne, a drugi
pisał listy do sióstr i do matki. Symptomata, które się objawiły nazajutrz, były, zdaniem
Bianchon'a, dosyć pomyślne ; lecz stan chorego wymagał ciągłej pieczołowitości, na którą
tylko nasi studenci mogli się zdobyć, a której opis musiałby obrazić wstydliwą frazeologią
naszej epoki. Wychudłe ciało starego pokryte zostało pijawkami i kataplazmami; zrobiono mu
wannę na nogi i próbowano różnych środków medycznych, do zastosowania których trzeba
było całej siły i całego poświęcenia dwóch naszych młodzieńców. Pani de Restaud nie
przyszła sama, tylko przysłała posłańca dla zabrania pieniędzy.
— Sądziłem, że sama przyjdzie, ale to i lepiej, że przysłała, bo widok mój mógłby ją
zaniepokoić — rzekł ojciec Goriot, którego i ta okoliczność zdawała się uszczęśliwiać.
O siódmej wieczorem, Teresa przyniosła list od Delfiny.
Czemżeś ty zajęty, drogi przyjacielu? Czyż miałbyś mnie zaniedbywać, mnie, którą tak
niedawno pokochałeś? Słysząc twoje zwierzenia serdeczne poznałam, że masz piękną duszę i
musisz być z liczby tych, co pozostają zawsze wiernemi z pełną świadomością wszystkich
odcieni uczucia. Pamiętam, jak-eś powiedział słuchając
194
modlitwy Mojżesza: Dla jednych to dźwięk monotonny, dla innych to nieskończoność
harmonii! Pamiętaj, że cię czekam, bo mamy jechać razem na bal do pani Beauséant.
Kontrakt pana d'Adjuda został dziś rzeczywiście podpisany u dworu; biedna wice-hrabina
dowiedziała się o tem o drugiej po południu. Cały Paryż pójdzie dziś do niej, jak pospólstwo
idzie tłumnie na plac de Greve w dzień egzekucyi. Czyż to nie okrucieństwo iść po to tylko,
by zobaczyć, czy ta kobieta będzie umiała ukryć swą boleść, czy dobrze umrzeć potrafii? Ja
nie poszła-bym, to pewna, gdybym przedtem u niéj bywała; ale dzisiejsze przyjęcie będzie
pewnie ostatniém, nie mogę go więc opuścić, bo wszystkie moje zabiegi byłyby daremne.
Położenie moje jest wyjątkowe. Zresztą, chcę być na balu, bo i ty na nim będziesz. Czekam
twego przybycia. Jeżeli nie przyjdziesz za dwie godziny, to nie wiem, czy potrafię przebaczyć
ci takie wiarołomstwo.
Rastignac wziął pióro i odpisał co następuje :
Czekam doktora, który zawyrokuje, czy ojciec twój żyć będzie. Zdaje się, że jest
umierający. Przyniosę ci wyrok, lecz boję się, żeby to nie był wyrok śmierci. Zobaczysz
jeszcze, czy będziesz mogła być na balu. Przyjm zapewnienia najczulszej miłości.
Doktór przyszedł o wpół do dziewiątej i znalazł, że lubo chory wyzdrowieć nie może, lecz i
śmierć nie tak rychło jeszcze nastąpi. Zapowiedział ciągłe zmiany na lepsze i na gorsze, od
których życie i przytomność starego będą zależały.
— Lepiej byłoby dla niego, gdyby prędzej skończył — rzekł doktor na zakończenie.
Eugieniusz powierzył ojca Goriot pieczy Bianchon'a, a sam poszedł do pani Nucingen ze
smutnemi wieściami, które miały zaćmić jéj radość. Tak przynajmniej sądził nasz student,
którego umysł napojony był jeszcze surowém pojęciem obowiązków rodzinnych.
— Z tém wszystkiém, powiedz jéj, niech się dobrze bawi — zawołał ojciec Goriot, podnosząc
się na posłaniu, na którem leżał dotąd bezwładnie.
Eugieniusz stanął przed Delfina z sercem rozdartém boleścią. Baronowa była już w
trzewikach balowych, uczesana, gotowa tak, że tylko suknię włożyć pozostawało. Ale ostatnie
te przygotowania, podobne do pociągnięć pędzla, któremi malarze wykończają swoje płótna,
wymagały więcej czasu niż samo tło obrazu.
— Jak-to, jeszcześ pan nie ubrany? — zapytała pani de Nucingen.
— Ale ojciec pani...
— Jeszcze mój ojciec — zawołała przerywając. — Ależ nie będziesz mię pan uczył, com
winna swemu ojcu. Znam ja ojca od dawna. Ani słowa, Eugieniuszu. Wtedy będę pana
słuchała, gdy
195
zobaczę, żeś już ubrany. Teresa przygotowała wszystko w pańskiem mieszkaniu, powóz mój
gotów, bierz go pan i powracaj. Pomówimy o ojcu jadąc na bal. Trzeba wyjechać wcześnie,
bo i tak zatrzyma nas cały szereg powozów i w najlepszym razie chyba o jedenastej
wejdziemy na salę.
— Pani!
— Dosyć, ani słowa więcej — zawołała biegnąc do buduaru po naszyjnik.
— Niech-że pan jedzie, panie Eugieniuszu, bo się pani rozgniewa — rzekła Teresa
popychając studenta, który stał przerażony tém wykwintném ojcobójstwem.
Eugieniusz wyszedł oddając się najsmutniejszym, najbardziej zniechęcającym rozmyślaniom.
Świat wydawał mu się oceanem błota, w którym dość było nogę umoczyć, by wnet ugrzęznąć
po szyję. Tylko nędzne zbrodnie tu się popełniają! myślał sobie. Vautrin jest większy.
Zobaczył już z blizka trzy wielkie wyrazy społeczeństwa: Posłuszeństwo, Walkę i Bunt;
Rodzinę, Świat i Vautrin'a. I nie miał odwagi wybierać. Posłuszeństwo było nudne, Bunt
niemożliwy, a Walka niepewna. Myśl jego przeniosła się na łono rodziny. Przypomniał sobie
czyste wzruszenia życia spokojnego, przypomniał dni spędzone w gronie istot kochających,
które poddawały się prawom przyrodzonym ogniska domowego znajdując przy niém
szczęście zupełne, trwałe, niczém nie zmącone. Pomimo tych dobrych myśli, Eugieniusz nie
miał odwagi złożyć przed Delfiną wyznania wiary dusz czystych i nakazać jéj Cnotę w imię
Miłości. Były-to pierwsze owoce rozpoczętego niedawno wychowania; młodzieniec zaczynał
już kochać samolubnie. Spryt wrodzony pozwolił mu odgadnąć naturę serca Delfiny,
przeczuwał, że ta kobieta mogłaby iść na bal po trupie własnego ojca, a nie miał siły wystąpić
w roli moralisty, nie miał dość odwagi, by się jéj narazić, ani dość cnoty, żeby ją opuścić.
— Nie przebaczyłaby mi nigdy — myślał sobie — gdybym ją przekonał, że nie miała w tym
razie słuszności.
Następnie zaczął się zastanawiać nad słowami lekarzy i wmawiać w siebie, że ojciec Goriot
nie był wcale tak słaby, jak mu się zdawało; w końcu zdobył się na tysiące niegodnych
rozumowań, za pomocą których potrafił usprawiedliwić Delfinę. Ona nie wie, w jakim stanie
ojciec się znajduje, a zresztą sam stary odesłałby ją na bal, gdyby poszła do niego. Częstokroć
prawo społeczne, nieubłagane w swojej formule, potępia tam, gdzie zbrodnia pozorna jest
usprawiedliwiona tysiącem modyfikacyj, które wyradza w łonie rodziny różnica charakterów,
oraz rozmaitość interesów i położeń. Eugieniusz chciał oszukać siebie samego i gotów był
zrobić dla kochanki ofiarę z włą-
296
snego sumienia. Od dwóch dni wszystko się w jego życiu zmieniło. Kobieta zmąciła jego
porządek, zaćmiła blask rodziny i wszystko na swoje korzyść zabrała. Rastignac i Delfina
spotkali się wśród takich okoliczności, które pozwoliły im odczuć całą słodycz tego
spotkania. Namiętność ich dobrze przygotowana wzmogła się przez posiadanie, które zwykło
zabijać namiętności.
Posiadając tę kobietę, Eugieniusz przekonał się, że dawniej pragnął jéj tylko, a pokochał ją
dopiero wtedy, gdy mu szczęście poznać dała. Kto wie, czy miłość nie jest tylko
wdzięcznością za przyjemność doznaną? Eugieniusz nie pytał, czy ta kobieta jest nikczemną,
czy wzniosłą; ubóstwiał ją za całe szczęście, które jéj przyniósł w udziale i którego sam od
niéj doświadczył. Delfina również kochała go tak, jak Tantal kochałby anioła, któryby
przyszedł nasycić głód jego lub ugasić palące jego pragnienia.
— Jak-że ma się mój ojciec? — zapytała Delfina, gdy stanął przed nią w stroju balowym.
— Niezmiernie źle — odparł student; —jeżeli chcesz dać mi dowód swego przywiązania, to
wstąpimy do niego.
— Dobrze — powiedziała — ale to po balu. Mój Eugieniuszu, bądź-że dobrym, nie praw mi
morałów. Chodźmy.
Pojechali. Eugieniusz nie odzywał się przez czas długi.
— Co tobie ? — zapytała Delfina.
— Słyszę chrapanie twego ojca — odparł z nieukontentowaniem.
I zaczął opowiadać z młodzieńczym zapałem o okrutnym postępku, którego pani de Restaud
dopuściła się przez próżność, o śmiertelnem niebezpieczeństwie, na jakie ojciec dla niej się
naraził, i o tém, jaką ceną okupiona będzie świetna suknia Anastazyi. Delfina płakała.
— Łzy mnie oszpecą — pomyślała baronowa, a oczy jéj oschły natychmiast. Pójdę
pielęgnować ojca, nie odstąpię od jego łóżka — powiedziała.
— Ach! teraz jesteś taką, jaką cię widzieć pragnąłem — powiedział Eugieniusz.
Latarnie pięciuset powozów oświecały pojazd pałacu Beauséant'ôw. Żandarmi na koniach
znajdowali się po obu stronach drzwi oświetlonych. Wyborowe towarzystwo napływało tak
obficie, a każdemu tak pilno było zobaczyć tę wielką kobietę w chwili upadku, że parterowe
salony pałacu były już napełnione, gdy pani de Nucingen przybyła z Rastignac'iem.
Od chwili, gdy cały dwór cisnął się do wielkiej Panny, której Ludwik XIV
wydzierał kochanka, żadne nieszczęście serdeczne nie miało tyle rozgłosu, co przygoda pani
de Beauséant. Ale ostatnia
197
córa prawie królewskiego domu burgundzkiego okazała się wyższą od swego nieszczęścia i
panowała aż do ostatniej chwili światu, od którego przyjęła próżność tylko dlatego, że ta
miała dopomódz do tryumfu jej miłości. Najpiękniejsze kobiety Paryża ożywiały salon
świetnością stroju i wdziękiem swych uśmiechów. Dokoła wice-hrabiny cisnęli się dworacy
najbardziej dystyngowani, znakomitości wszelkiego rodzaju, ambasadorowie i ministrowie
obwieszani krzyżami, gwiazdami i wstęgami różnych kolorów. Orkiestra brzmiała pod
złocistemi stropami pałacu, który zmienił się dla swéj królowej w pustynię bezludną.
Pani de Beauséant stała na środku pierwszego salonu, przyjmując mniemanych swoich
przyjaciół. Ubrana biało, bez żadnych ozdób w gładko zaplecionych włosach, wydawała się
spokojną i nie zdradzała ani boleści, ani dumy, ani radości kłamanej. Nikt nie mógł wyczytać,
co się działo w jéj duszy. Rzekłbyś, że to Niobe wyciosana z marmuru. Uśmiech, którym
witała najszczerszych przyjaciół przybierał niekiedy odcień szyderstwa; a zresztą była
zupełnie taką jak zwykle, tak podobną do owéj wice-hrabiny, którą szczęście opromieniało
swym blaskiem, że najobojętniejsi musieli ją podziwiać, jak młode Rzymianki podziwiały
gladyatorów, którzy umieli uśmiechać się konając. Rzekłbyś, że świat przystroił się
odświętnie na pożegnanie jednej z władczyń swoich.
— Obawiałam się, że pan nie przyjedziesz — rzekła do Rastignac'a.
— Pani — odparł głosem wzruszonym, biorąc jéj słowa za wymówkę — przyszedłem i wyjdę
ostatni.
— Dobrze — powiedziała biorąc go za rękę. – Pan jesteś tu może jedyną istotą, której mogę
zaufać. Przyjacielu, kochaj tylko taką kobietę, którą będziesz mógł kochać wiecznie, a nigdy
żadnej nie opuszczaj.
Wsparła się na ramieniu Rastignac'a i poprowadziła go do salonu, w którym grano w karty.
— Jedź pan do markiza — rzekła siadając z nim na kanapie. — Jakób, kamerdyner mój
pojedzie razem i wręczy ci list do markiza, w którym upominam się o swoje korespondencyą.
Chcę wierzyć, że odda ci ją w całości. Gdy wrócisz pan z memi listami, wejdź proszę do
mego pokoju; każę, żeby mi znać dano.
Powstała na spotkanie najlepszej swéj przyjaciółki, księżny de Langeais. Rastignac pojechał
do pałacu Rochefide'ow, gdzie margrabia d’Adjuda miał spędzić wieczór. Jakoż był tam
rzeczywiście, lecz dowiedziawszy się, o co chodzi, pojechał ze studentem do swego
mieszkania i wręczył mu szkatułkę mówiąc: Tu są wszystkie listy. Zdawało się, że chce coś
jeszcze mówić, może pragnął dowie-
198
dzić się szczegółów o balu u wice-hrabiny, a może chciał wyznać przed Eugieniuszem, że już
zaczyna rozpaczać z powodu swego małżeństwa, co później rzeczywiście miało miejsce, lecz
błyskawica dumy zapaliła mu się w oczach i miał smutną odwagę zamilczeć o
najszlachetniejszych swych uczuciach.
— Nic jéj o mnie nie mów, kochany Eugieniuszu — wyrzekł, ściskając dłoń jego z wyrazem
przychylności i smutku; poczém dał mu znak, żeby się oddalił.
Eugieniusz powrócił do pałacu Beauséant'ow i kazał się zaprowadzić do pokoju wice-hrabiny,
w którym widać było poczynione przygotowania do podróży. Usiadł przy ogniu, a utkwiwszy
wzrok w szkatułkę cedrową, pogrążał się w głęboką i smutną zadumę. Pani de Beauséant
przybierała w jego oczach rozmiary bogiń Iliady.
— Ach ! przyjacielu — rzekła wice-hrabina, wchodząc i opierając rękę na ramieniu
Rastignac'a.
Stała cała przed nim we łzach, z oczyma wzniesionemi; jedne rękę drżącą wyciągnęła ku
niemu, a drugą podniosła ku górze. Pochwyciła nagle szkatułkę, rzuciła ją do ognia i śledziła
okiem, aż póki nie spłonęła.
— Tańczą! wszyscy przyszli punktualnie, tylko śmierć przyjdzie zapóźno. Cyt! przyjacielu —
zawołała kładąc palec na ustach Rastignac'a, który chciał cóś powiedzieć. Nigdy już nie
zobaczę ani Paryża, ani świata. O piątej zrana odjeżdżam ztąd, żeby zagrzebać się w głębi
Normandyi. Od trzeciej po południu zajęta już jestem przygotowaniem do drogi; musiałam
podpisywać akta, wejrzeć w interesa, nie miałam kogo posłać do... (Zatrzymała się). Byłam
pewna, że można go znaleźć u... (Zatrzymała się znowu przejęta boleścią. W takiej chwili
wszystko jest cierpieniem, a niektórych słów wymówić nawet niepodobna). Wreszcie —
poczęła znowu —liczyłam na pana, że zechcesz mi oddać tę ostatnią przysługę. Chciałabym
dać ci jaki zadatek przyjaźni. Będę myślała często o tobie, boś mi się wydał dobry i
szlachetny, młody i czysty wśród tego świata, w którym podobne przymioty tak rzadko się
spotykają. Pragnę, żebyś o mnie czasem pomyślał. (Obejrzała się dokoła). Oto jest —
powiedziała — pudełko, w którem chowałam rękawiczki. Ilekroć otworzyłam go przed
wyjazdem na bal lub do teatru, zawsze czułam, żem piękna, bo byłam szczęśliwa i po to tylko
do niego się dotykałam, żeby myśl jaką wdzięczną w niém pozostawić: jest wniém wiele
mojej istoty, jest cała pani de Beauséant, która już istnieć przestała. Przyjm je pan ode mnie.
Postaram się, żeby ją odniesiono do twego mieszkania przy ulicy d'Artois. Pani de Nucingen
bardzo pięknie dziś wygląda, kochaj ją szczerze. Jeżeli nie zobaczymy się więcej, to bądź
pewien, przyjacielu, który byłeś zawsze
199
dobrym dla mnie, że modlić się będę za ciebie. Zejdźmy do salonu ; nie chcę, żeby myślano,
że ja płaczę. Mam wieczność całą przed sobą, będę sama i nikt nie zażąda rachunku łez
moich. Jeszcze jedno tylko spojrzenie na ten pokój. (Wice-hrabina zatrzymała się, przysłoniła
ręką oczy, poczém obtarła je, zwilżyła zimną wodą i wsparła się na ramieniu studenta). Idźmy
— powiedziała.
Nic w życiu nie wzruszyło Rastignac'a tak silnie, jak zetknięcie się z tą boleścią szlachetnie
stłumioną. Pani de Beauséant obeszła z Eugieniuszem dokoła sali, była-to ostatnia uprzejmość
téj kobiety, odznaczającej się dziwnym wdziękiem.
Spojrzenie Eugieniusza padło na obie siostry: panią de Restaud i panią de Nucingen. Hrabina
wyglądała wspaniale w całym przepychu: brylantów, które musiały palić jéj ciało, bo po raz
ostatni miała je na sobie. Pomimo potężnej dumy i miłości, którą miała w sercu, nie mogła
znieść spokojnie wzroku swego męża. Widok ten nie rozjaśnił wcale smutnych myśli
Rastignaca. Tak jak pułkownik włoski przypominał mu postać Vautrina, tak również brylanty
obu sióstr przywodziły na myśl barłóg, na którym ojciec Goriot spoczywał. Wice-hrabina
wytłómaczyła sobie opacznie smutek studenta i puściła jego ramię.
— Idź pan — powiedziała — nie chcę zatruwać ci przyjemności. Delfina przywołała go
natychmiast do siebie. Spieszno jéj było
rzucić pod stopy studenta hołdy zebrane w tym świecie, do którego spodziewała się być już
nazawsze przyjętą.
— Jakże znajdujesz pan Naście? — zapytała.
— Ona umie korzystać nawet ze śmierci ojca własnego — rzekł Rastignac.
Około czwartej muzyka ucichła i tłumy zaczęły się przerzedzać, aż w końcu księżna de
Langeais i Rastignac znaleźli się sami w sali balowej. Po chwili i wice-hrabina stanęła na
progu, pożegnawszy tylko co pana de Beauséant, który odszedł do swéj sypialni powtarzając
po kilkakroć: — Źle robisz, moja droga, że uciekasz od świata w twoim wieku! Pozostań,
proszę, z nami.
Pani de Beauséant wydała okrzyk podziwu na widok księżny, spodziewała się bowiem zastać
samego Eugieniusza.
— Odgadłam cię, Klaro — rzekła pani de Langeais. — Odjeżdżasz, żeby nigdy już nie
wrócić; lecz przed odjazdem musisz mnie wysłuchać, musimy się porozumieć!
Wzięła przyjaciółkę za rękę i wprowadziła ją do sąsiedniego salonu, a tam, popatrzywszy na
nią ze łzami w oczach, przycisnęła ją do piersi i ucałowała gorąco.
— Nie chcę rozstawać się z tobą obojętnie, moja droga, to byłby dla mnie zbyt ciężki wyrzut
sumienia. Możesz rachować na mnie
200
jak na siebie samę. Byłaś wielką dzisiejszego wieczora, ja poczułam, żem ciebie godna i chcę
ci tego dowieść. Zawiniłam względem ciebie, nie zawsze byłam dobrą; przebacz mi to,
najdroższa, zapieram się wszystkiego, co mogło cię zranić, chciałabym cofnąć moje słowa.
Jedna boleść połączyła dusze nasze i nie wiem, która z nas będzie bardziej nieszczęśliwa. Pan
de Montriveau nie był dziś tutaj, czy ty to pojmujesz? Kto cię widział, Klaro, podczas tego
balu, ten nigdy ciebie nie zapomni. Co do mnie, zrobię jeszcze ostatnie usiłowanie. Jeżeli mi
się nie uda, to pójdę do klasztoru! A ty dokąd się udasz?
— Do Normandyi, do Courcelles, kochać, modlić się, aż póki Bóg nie powoła mnie z tego
świata.
— Chodź pan do nas, panie de Rastignac — rzekła wice-hrabina głosem wzruszonym
przypominając sobie, że Eugieniusz czeka na nią w salonie. (Student ukląkł przed kuzynką i
złożył na jéj ręce pocałunek). Bądź zdrowa, Antonino! — wyrzekła pani de Beauséant —
bądź szczęśliwa! A ty, panie Eugieniuszu — mówiła do studenta — tyś szczęśliwy, boś
młody, bo jeszcze wierzyć możesz. Opuszczając ten świat, mam wkoło siebie święte i szczere
wzruszenia, jakie towarzyszyły zgonowi wybrańców szczęśliwych!
Rastignac pozostał aż do piątej i odszedł dopiero wtedy, gdy pani de Beauséant przesłała mu z
powozu podróżnego ostatnie pożegnanie zroszone łzami. Pożegnanie to świadczyło, że osoby
najwyżej położone nie są wyjęte z pod praw serca i nie żyją bez troski, jak-to wmawiają w
naród ludzie goniący za popularności
Poranek był chłodny i wilgotny, a Eugieniusz wracał piechotą do domu Vauquer. Tak się
uzupełniało jego wychowanie.
— Nie zdołamy ocalić biednego ojca Goriot — rzekł Bianchon, gdy Eugieniusz wszedł do
pokoju sąsiada.
— Słuchaj, przyjacielu — powiedział Eugieniusz popatrzywszy na starca uśpionego — nie
schodź nigdy ze skromnej drogi życia, która zadawalnia umiarkowane twoje żądania. Ja
jestem w piekle i muszę w niém pozostać. Wierz we wszystko, cokolwiek złego powiedzą ci o
świecie! Nie ma takiego Juwenala, coby zdołał opisać całą jego szkaradę okrytą złotem i
klejnotami.
Nazajutrz Bianchon obudził Rastigna'ca około drugiej, prosząc, by go zastąpił przy łóżku
Goriot'a, którego stan pogorszył się bardzo od rana.
— Stary nie przeżyje dwóch dni, a może nawet i sześciu godzin nie wytrzyma — mówił
student medycyny — pomimo to musimy jednak walczyć z chorobą do ostatka. Potrzeba
będzie użyć środków kosztownych. Będziemy go pielęgnowali, to pewna; ale ja nie mam ani
grosza przy duszy. Przewróciłem jego kieszenie, przetrząsłem szafy: zero w ilorazie.
Zapytałem go w chwili przytomności, ale
201
powiedział mi, że nie ma ani jednego szeląga. A ty, czy masz cokolwiek ?
— Mam tylko dwadzieścia franków, ale postawię na kartę i wygram.
— A jak przegrasz?
— Zwrócę się do jego zięciów i córek z prośbą o pieniądze.
— A jeżeli ci nic nie dadzą? — zapytał znów Bianchon. — Musimy dostać pieniędzy jak
najprędzej, bo trzeba okryć starego wrzącemi synapizmami od stóp aż do połowy bioder.
Jeżeli zacznie krzyczeć, to możemy mieć nadzieję. Wiesz, jak to się urządza, zresztą
Krzysztof ci dopomoże. Ja wstąpię do apteki zaręczyć za wszystkie lekarstwa, jakie tam
będziemy brali. Co za nieszczęście, że nie można było przenieść tego biedaka do naszego
szpitala, byłoby mu tam nierównie lepiej. No, chodź ze mną do jego pokoju i nie opuszczaj
go, aż póki ja nie wrócę.
Weszli obaj do pokoju starego. Eugieniusz przestraszył się zmianą, jaka zaszła na téj twarzy
skrzywionej, bladej, wynędzniałej.
— Jak się masz, ojczulku? — zapytał pochylając się nad nędzném posłaniem.
Goriot podniósł na Eugieniusza oczy zagasłe, popatrzył uważnie, ale nie poznał, kto przed
nim stoi. Student nie wytrzymał tego widoku, łzy zalały mu oczy.
— Bianchon, czy nie należałoby przysłonić okien firankami?
— Nie, okoliczności atmosferyczne nie wywierają już na niego żadnego wpływu. Byłby to
zbyt szczęśliwy objaw, gdyby on poczuł wrażenie ciepła lub chłodu. Z tém wszystkiém
potrzeba nam ognia, żeby ugotować tyzannę i przyrządzić wiele innych rzeczy. Przyślę ci
kilka wiązek gałęzi, które będą musiały wystarczyć, aż póki nie zdobędziemy drzewa. Przez
dzień wczorajszy i przez noc spaliłem wszystek torf tego biedaka i cały zapas drzewa, jaki się
u ciebie znajdował. Było tak wilgotno, że woda spływała po ścianach. Z wielkim trudem
zdołałem osuszyć trochę ten pokój. Krzysztof zamiótł podłogę, bo to była istna stajnia.
Wykadziłem tu jałowcem, bo smród był okropny.
— Mój Boże — rzekł Rastignac — a córki jego!
— Słuchaj, jeżeli poprosi pić, to dasz mu tego — rzekł asystent pokazując Rastignac'owi
wielki garnek biały. — Jeżeli zacznie się skarżyć, a żołądek będzie gorący i twardy, to
wezwiesz Krzysztofa do pomocy i dasz mu... wiesz. Gdyby popadł przypadkiem w wielkie
rozdrażnienie, gdyby mówił wiele lub dostał trochę obłędu, to nie potrzeba mu przeszkadzać.
Będzie-to niezły znak. Przyślesz w takim razie Krzysztofa do szpitala Cochin. Lekarz
naczelny, kolega mój lub ja, przyjdziemy przypalić mu plecy moksą.
202
Z rana, gdy spałeś jeszcze, zrobiliśmy wielką naradę z jednym uczniem doktora Galla, z
naszym doktorem naczelnym i z lekarzem z Hôtel-Dieu. Panowie ci upatrują ciekawe
symptomata, mamy więc śledzić przebieg choroby, żeby wyjaśnić kilka kwestyj naukowych
dosyć wielkiej wagi. Jeden z tych panów utrzymuje, że krew, naciskająca na jeden organ
więcej niż na drugi, mogłaby wywołać szczególne objawy. Słuchaj więc dobrze, gdy zacznie
mówić, żebyś potrafił określić, jakiego rodzaju wyobrażenia będą przemagały w jego mowie :
czy to będą pojawy pamięci, przenikliwości lub rozwagi ; czy będzie się zajmował rzeczami
materyalnemi czy uczuciami ; czy będzie rozumował lub zwracał się myślą do przeszłości;
jedném słowem, uważaj, żebyś mógł zdać nam dokładne sprawozdanie. Może być, że atak
będzie silny i jednorazowy, w takim razie, stary pozostanie aż do śmierci w zupełnem
osłupieniu. Przebieg podobnych chorób bywa tak dziwaczny! Gdyby nieszczęście tu się
skierowało — mówił Bianchon wskazując na tylną część głowy chorego — to bywają
przykłady dziwnych zjawisk: mózg odzyskuje niektóre władze i śmierć nie tak rychło
następuje. Krew może odstąpić od mózgu i obrać sobie drogi, których kierunek sekcya chyba
może wykazać. W szpitalu chorób nieuleczalnych znajduje się pewien starzec idyota, u
którego odpływ nastąpił wzdłuż kości pacierzowej ; cierpi on straszliwie, ale żyje.
— Czy się one dobrze bawiły? — zapytał ojciec Goriot poznając Eugieniusza.
— Och! nie przestaje myśleć o swych córkach — rzekł Bianchon. — W ciągu nocy powtórzył
mi ze sto razy: One tańczą! Ona ma swą suknię! Wołał je po imieniu. Płakałem, do licha!
słuchając tych wykrzykników: Delfino! Delfino moja! Naściu! Słowo daję — mówił student
medycyny — nie można się było od łez powstrzymać.
— Delfina! — zawołał starzec — ona jest tu, nie prawdaż? Nie wątpiłem o tém. I oczy jego
zaczęły biegać z szaloną ruchliwością po drzwiach i ścianach.
— Idę powiedzieć Sylwii, żeby przyrządziła synapizmy — zawołał Bianchon — teraz jest
najwłaściwsza chwila.
Rastignac pozostał sam przy łożu chorego, zapatrzony w tę głowę, której widok sprawiał
wrażenie bolesne i przerażające.
— Pani de Beauséant ucieka, ten umiera — mówił do siebie. — Piękne dusze nie mogą
przebywać długo na tym świecie. Bo jakże w rzeczy samej wielkie uczucia mogą się pogodzić
ze społeczeństwem nędznem, płytkiem i małem?
W myśli jego obudziły się wspomnienia balu, odbijające jaskra-
203
wo od łoża śmierci, które miał przed oczyma. Bianchon ukazał się nagle we drzwiach.
— Słuchaj, Eugieniuszu, spotkałem naszego lekarza naczelnego i przybiegam co tchu z
powrotem. Jeżeli będą jakie oznaki rozsądku, jeżeli zacznie mówić, to położysz go na długim
kawale synapizmu w ten sposób, żeby okryć go musztardą od karku aż do bioder, a potem
przyślesz zaraz po nas.
— Drogi Bianchon!
— O! tu chodzi o fakt naukowy — zawołał student medycyny z całym zapałem neofity.
— Jakto — rzekł Eugieniusz — czyżbym ja jeden tylko pielęgnował tego starca przez
przyjaźń?
— Nie mówiłbyś tak, gdybyś widział mnie dzisiaj rano — odparł Bianchon nie obrażony
przymówką Eugieniusza. — Lekarze praktykujący oddawna widzą tylko chorobę, a ja, mój
drogi, widzę jeszcze chorego.
Eugieniusz pozostał znowu sam-na-sam z chorym, w oczekiwaniu przesilenia, które
rzeczywiście dość prędko nastąpiło.
— Ach! to ty, drogie dziecię — rzekł ojciec Goriot, poznając Eugieniusza.
— Czy ci lepiej, ojcze? — zapytał student, biorąc go za rękę.
— A tak, miałem głowę ściśniętą, jak w kleszczach, ale teraz już się wyswobadza. Czy
widziałeś moje córki? One przyjdą niezadługo, przybiegną, jak tylko dowiedzą się, że-m
chory, one mię tak pielęgnowały, gdyśmy mieszkali przy ulicy de la Jussienne! Boże!
chciałbym, żeby mój pokój był czysty na ich przyjęcie. Był tu jakiś młody człowiek, który
wypalił mi cały zapas torfu.
— Słyszę, że Krzysztof przychodzi — rzekł Eugieniusz — przynosi on właśnie drzewo, które
panu ten młody człowiek przysyła.
— Ba ! a czem-że zapłacić za drzwo? ja nie mam ani grosza, mój synu. Wszystko, wszystko
oddałem. Jestem w domu przytułku. Czy przynajmniej suknia ze złotogłowu pięknie
wyglądała? (Ach! jak ja cierpię!) Dziękuję, Krzysztofie, Bóg ci zapłaci, mój chłopcze, ja nic
już nie mam.
— Bądź spokojny, ja zapłacę i tobie i Sylwii — szepnął mu Eugieniusz do ucha.
— Moje córki mówiły ci, że zaraz przyjdą, nieprawdaż, Krzysztofie ? Pójdź do nich raz
jeszcze, dam ci za to sto sous. Powiedz, że mi niedobrze, że chciałbym je ucałować, zobaczyć
raz jeszcze przed śmiercią. Powiedz tak, tylko uważaj, żebyś ich zbytecznie nie przeraził.
Krzysztof wyszedł na znak Rastignac'a.
— Zaraz przyjdą — począł znów starzec. — Już ja je znam.
204
Dobra Delfina! jak się ona zmartwi, jeżeli ja umrę. I Naścia także. Nie chciałbym umrzeć,
żeby one nie płakały. Umrzeć, dobry mój Eugieniuszu, to znaczy nie widzieć ich więcej.
Będzie mi nudno tam, gdzie ludzie idą po śmierci. Dla ojca, nie mieć dzieci, to znaczy być w
piekle, a ja zaprawiałem się już do tego od czasu, jak one wyszły za mąż. Mój raj był przy
ulicy de la Jussienne. Powiedz, proszę, wszak poszedłszy do raju, mógłbym powracać na
ziemię i być jako duch przy nich. Nieraz o tém słyszałem. Czy to prawda? Zdaje się, że widzę
je takiemi, jakiemi były przy ulicy de la Jussienne. Przychodziły co rano powiedzieć mi :
dzień dobry, tatku. Brałem je na kolana, nagabałem je, robiłem różne figielki. A one pieściły
mię wdzięcznie. Jadaliśmy razem śniadanie i obiad, słowem byłem ojcem, cieszyłem się
swemi dziećmi. One jeszcze nie rozumowały, gdyśmy mieszkali przy ulicy de la Jussienne,
nie wiedziały jeszcze nic o świecie i kochały mię szczerze. Mój Boże! czemuż nazawsze
małemi nie zostały! (Och, cierpię, głowa mi pęka!) Ach! ach! darujcie mi, dzieci moje, cierpię
okrutnie. Musi to być jakiś ból straszliwy, bo-m ja wytrwały na cierpienie, wyście mnie
dobrze zahartowały. Mój Boże ! nie czułbym wcale tego bólu, gdybym mógł ręce ich trzymać
w swojej dłoni. Czy sądzisz, że one przyjdą? Krzysztof taki głupi ! Należało mi pójść
samemu. On je zobaczy a ja... Ale ty byłeś wczoraj na balu. Powiedz mi, jak one wyglądały?
One nie wiedziały nic o mojej słabości. Biedaczki moje ! nie tańczyłyby pewnie, gdyby
wiedziały. O ! nie chcę być dłużej chorym. One mnie potrzebują. Mienie ich zagrożone. A
jakim mężom one się dostały! Wyleczcie mię! wyleczcie! (Och, jak ja cierpię ! ach! ach!
ach!) Widzisz, trzeba mię wyleczyć, bo one potrzebują pieniędzy, a ja wiem, gdzie ich dostać.
Pojadę do Odesy wyrabiać krochmal. Jestem sprytny, dorobię się na tém milionów. (Och !
cierpię zawiele !)
Goriot zamilkł na chwilę: zdawało się, że zbiera siły, żeby ból wytrzymać.
— Nie skarżyłbym się, gdyby one tu były — powiedział. — Po-cóż się skarżyć?
Po tych słowach nastąpiło lekkie uśpienie, które trwało aż do powrotu Krzysztofa. Rastignac
sądził, że ojciec Goriot zasnął na dobre i pozwolił służącemu zdawać głośno sprawę ze swego
poselstwa.
— Poszedłem najpierw do pani hrabiny — mówił Krzysztof — ale nie mogłem się z nią
widzieć, bo zajęta była wraz z mężem ważnemi jakiemiś interesami. Ale-m ja tak nastawał, że
sam pan hrabia wyszedł do mnie i tak mi powiedział : Pan Goriot umiera, to i dobrze!
nic rozumniejszego nie mógł zrobić. Pani de Restaud
205
jest mi potrzebna, bo musimy pokończyć ważne interesa, pójdzie sobie wtedy, gdy wszystko
będzie skończone. A taki był rozgniewany ! Miałem już wychodzić, aż tu pani hrabina
wchodzi do przedpokoju jakiemiś drzwiami, których pierwej nie widziałem. Krzysztofie —
zawołała — powiedz memu ojcu, że ja się posprzeczałam z mężem i nie mogę go zostawić;
chodzi o śmierć lub życie moich dzieci; ale przyjdę natychmiast, gdy wszystko będzie
skończone. Z panią baronową to znów inna historya. Nie widziałem jéj wcale, ani
mówić z nią nie mogłem. A ! — powiedziała mi pokojówka — pani śpi; wróciła dziś z
balu po piątej i gniewałaby się, gdybym ją przed południem obudziła. Gdy zadzwoni na mnie,
to wtedy powiem, że jéj ojciec ma się gorzej. Ze złą nowiną nie ma się czego śpieszyć,
zawsze będzie czas ją powiedzieć. Daremnie prosiłem ! Ach! prawda! chciałem się
widzieć z panem baronem, ale nie było go w domu.
— Więc żadna z jego córek nie przyjdzie! — zawołał Rastignac. — Napiszę zaraz do
obydwóch.
— Żadna — powtórzył starzec, podnosząc się na posłaniu. — Zajęte są, śpią, nie przyjdą. Ja
to wiedziałem. Trzeba umrzeć, żeby poznać, czém są dzieci. Ach, przyjacielu! nie żeń się,
pozostań bezdzietnym! Dajesz dzieciom życie, a one ci śmierć dają. Wprowadzasz je w świat,
a one cię spychają do grobu. Nie — one nie przyjdą. Wiedziałem o tém od lat dziesięciu.
Powtarzałem to sobie niekiedy, ale sam wierzyć nie śmiałem.
Łzy zakręciły się w oczach jego otoczonych krwawą obwódką.
— Ach ! gdybym był bogaty, gdybym miał całą fortunę, którą córkom oddałem, to i one
byłyby tutaj i lizałyby mi twarz swemi pocałunkami! Mieszkałbym w pałacu w pięknych
komnatach, miałbym sługi na zawołanie i ognia podostatkiem, a one tonęłyby we łzach, stojąc
przy mém łożu z dziećmi i mężami swojemi. Tak, mógłbym mieć to wszystko, a nic nie mam,
pieniądz daje wszystko, nawet córki. O, moje pieniądze! gdzież one? Jakby one mnie
pielęgnowały i doglądały, gdybym miał skarby do zostawienia ; widziałbym je przy sąbie,
słyszałbym ich głos. Ach! dziecię moje, drogie, jedyne, moje dziecię ! wolę ja opuszczenie,
wolę nędzę swoje! Gdy nieszczęśliwy jest kochany, to wie przynajmniej, że szczerze go
kochają. A jednak chciałbym być bogatym, żeby je zobaczyć. Słowo daję, kto wie? One obie
mają serca z głazu. Zanadtom je kochał, żeby one kochać mnie miały. Ojciec powinien być
zawsze bogaty, powinien trzymać swe dzieci na wodzy, jak konie narowiste. A ja,
nieszczęsny, klękałem przed niemi! Nędznice! chcą godnie uwieńczyć swoje dziesięcioletnie
postępowanie ze mną. Gdybyś wiedział, jak one mi nadskakiwały zaraz po wyjściu za mąż!
(Och!
206
cierpię mękę okrutną!) Dałem wtedy każdej z nich do ośmiuset tysięcy franków, więc ani one,
ani ich mężowie nie mogli obchodzić się ze mną niegrzecznie. A jak mię przyjmowano:
Dobry ojcze, proszę tędy; proszę tamtędy, ojcze kochany. Na stole ich było
zawsze jedno nakrycie dla mnie. Obiadowałem z ich mężami, którzy okazywali mi głęboki
szacunek. Zdawało się im, że ja mam jeszcze cośkolwiek. A dlaczego? Ja-m nic nie mówił o
swoich interesach. Człowiek, dający swym córkom po osiemset tysięcy franków, wart jest
zabiegów. To też nadskakiwano nie mnie, tylko moim pieniądzom. Świat nie jest piękny. Ja-
m się o tem przekonał ! Wożono mię do teatru, zapraszano na zebrania, i siedziałem u nich,
ile mi się podobało. Wreszcie one nie zapierały się, że są memi córkami, przyznawały mnie
za ojca. Cóż chcesz? ja-m nie stracił jeszcze przenikliwości, nic nie uszło mojej uwagi.
Wszystko trafiało do celu i serce mi raniło. Widziałem doskonale, że wszystko to było udane;
ale już rady nie było. Nie byłem u nich tak swobodny, jak tu, przy naszym stole. Nie umiałem
nic powiedzieć. To też ludzie światowi pytali nieraz, pochylając się do ucha mych zięciów:
Kto jest ten jegomość? — To ojciec z dukatami; bardzo jest bogaty. — Ach! do
licha! — mówiono, patrząc na mnie z szacunkiem, jaki obudzało wspomnienie o
dukatach. Krępowałem i ich niekiedy, ale płaciłem drogo za swe błędy. A zresztą, któż jest
doskonały? (Głowa moja jest jedną raną!) Cierpię w tej chwili tyle, ile trzeba cierpieć, aby
umrzeć; a jednak, drogi mój panie Eugieniuszu, to jedno nic, wobec boleści, której doznałem,
gdy Anastazya dała mi po raz pierwszy poznać spojrzeniem, że-m powiedział głupstwo, które
ją upokorzyło; wzrok jéj otworzył mi wszystkie żyły. Zapragnąłem wszystko umieć, a
pojmowałem jedno tylko, żem już zbyteczny na ziemi. Chcąc się pocieszyć, poszedłem
nazajutrz do Delfiny i znowu popełniłem tam jakieś głupstwo, które ją rozgniewało.
Myślałem, że rozum stracę. Przez cały tydzień nie wiedziałem, co mam z sobą robić. Nie
śmiałem iść do nich, obawiając się wymówek. I tak zostałem wygnany od mych córek. O
Boże mój! Ty znasz przecie nędzę i cierpienia, których ja wtedy doznałem. Tyś porachował,
wiele sztyletów przeszyło mię w owym czasie, który mię zestarzył, zmienił, zabił, i po-cóż
każesz mi cierpieć jeszcze? Przecież odpokutowałem już za to, że-m je kochał zanadto. One
zemściły się za mą miłość, szarpały mię jak kąty rozpalonemi kleszczami! I cóż powiesz?
ojcowie są tak głupi! kochałem je tak bardzo, że-m powracał do nich, jak szuler do gry. Moje
córki, to był mój występek, one mi były kochankami, wszystkiém! Zdarzało się, że
potrzebowały jakiegoś stroju, jakiejś ozdoby; pokojówki ich donosiły mi wnet o tém, a ja
śpieszyłem z podarunkiem.
207
żeby zasłużyć na dobre przyjęcie! Pomimo-to strofowały mię potroszę za nieumiejętne moje
znalezienie się w świecie. O! nie odkładały nigdy lekcyi do jutra. Obie już zaczynały
rumienić się za mnie. Oto co znaczy dać dzieciom dobre wychowanie. A przecie w moim
wieku nie mogłem już iść do szkoły. (Cierpię okrutnie! Boże mój! doktorów, doktorów!
Cierpiałbym bez porównania mniej, gdyby mi głowę otwierano!) Córki moje, córki!
Anastazyo! Delfino! Chcę je widzieć. Poślijcie po nie żandarmów, niech je przyprowadzą
przemocą. Sprawiedliwość jest po mojej stronie; natura, kodeks cywilny, wszystko za mną
przemawia. Protestuję. Ojczyzna zginie, jeżeli ojców będą potrącać nogami. To jasne przecie.
Społeczeństwo, świat cały stoi na ojcowstwie, wszystko więc runie, gdy dzieci nie będą
ojców kochały. O ! chcę je widzieć, słyszeć, mniejsza o to, co mi powiedzą, bylebym głos ich
usłyszał, zwłaszcza głos Delfiny, bo to uśmierzy moje boleści. Ale powiedzcie im, gdy
przyjdą, żeby nie patrzyły na mnie ze zwykłą oziębłością. Ach! panie Eugieniuszu, dobry mój
przyjacielu ! nie wiesz, co to znaczy, gdy złoto spojrzenia zmienia się dla nas nagle w ołów
szary. Wieczna zima otoczyła mię od chwili, gdy oczy ich przestały oblewać mię swemi
promieniami, boleść sama była mym udziałem ! Żyłem po to, by znosić ciągłe upokorzenia. A
kochałem je tak bardzo, że połykałem tysiąc zniewag, byle za tę cenę kupić sobie jaką biedną,
ukradkową przyjemność. Ja, ojciec, musiałem widywać swe córki po-kryjomu ! Dałem im
życie, a one nie dadzą mi dziś jednej godziny. Pragnę i łaknę i serce mi się pali, a one nie
przyjdą ochłodzić mego zgonu, bo umieram już, czuję to dobrze. Ależ one nie wiedzą chyba,
co to znaczy deptać po trupie ojca? Jest Bóg w niebie: On mści się za ojców wbrew ich woli.
Och! one przyjdą! Przyjdźcie, moje ukochane, przyjdźcie ucałować mię raz jeszcze! dajcie
ostatni pocałunek, jak wiatyk waszemu ojcu, który będzie modlić się za was do Boga i bronić
was będzie, i powie, żeście były dobremi córkami! Bo wyście przecie niewinne. One
niewinne, przyjacielu! Powiedz to wszystkim, żeby nikt nie miał do nich żalu za mnie. Ja-m
winien wszystkiemu, ja-m je przyzwyczaił do tego, żeby mię nogami tratowały. Mnie to
przyjemność sprawiało. Cóż komu do tego? nienależyto ani do ludzkiej, ani do boskiej
sprawiedliwości. Bóg byłby chyba niesprawiedliwy, gdyby je za mnie potępił. Ja nie umiałem
postępować, byłem tak głupi, że-m się zrzekł praw swoich. Ja byłbym się spodlił dla nich!
Cóż chcecie? Najpiękniejsza natura, najlepsza dusza zepsułaby się pod wpływem takiej
pobłażliwości ojcowskiej. Ja-m nędznik sprawiedliwie ukarany. Sam popchnąłem córki do
złego, sam je zepsułem. Dziś zachciewa się im przyjemności, jak dawniej cukierków się
zachcie-
208
wało. Pozwalałem im zadawalniać wszystkie zachcianki dziecinne. W piętnastym roku miały
już swój powóz ! Nic się im oprzeć nie mogło. Ja jeden zawiniłem, lecz zawiniłem przez
miłość. Ich głos otwierał mi serce. Słyszę je, już nadchodzą. O, tak ! one przyjdą ! Prawo
chce, żeby dzieci przychodziły do ojca umierającego. Prawo jest po mojej stronie. Czyż to tak
drogo kosztuje przyjechać? Ja sam zapłacę za kabryolet. Napisz im, że ja mam miliony !
Słowo honoru ! pojadę do Odesy i będę tam wyrabiał makaron włoski. Wiem, jak się to robi.
Mam dobry plan, zdobędę sobie niejeden milionik. Makaron nie zepsuje się w czasie
przewozu, jak zboże lub mąka. Ba ! ba ! a krochmal ? i on przyniesie miliony ! Nie skłamiesz
więc, mówiąc im o milionach. Niech sobie przyjdą przez chciwość, niech mię oszukają,
bylebym je zobaczył. Chcę moich córek! one są mojém dziełem! one do mnie należą! —
wołał, podnosząc się na posłaniu i ukazując Eugieniuszowi głowę pokrytą siwym, najeżonym
włosem, głowę, która groziła wszystkiém, co mogło groźbę wyrażać.
— Połóż się, dobry mój ojcze Goriot — rzekł Eugieniusz — ja do nich zaraz napiszę. Czekam
tylko Bianchon'a; pójdę do nich sam, jeżeli tu nie przyjdą.
— Jeżeli nie przyjdą? — powtórzył starzec ze łkaniem. — Ależ ja umrę, umrę tymczasem w
przystępie szaleństwa, szaleństwa! Szaleństwo mię ogarnia! Widzę w téj chwili całe moje
życie. Ja-m głupiec! one mnie nie kochają, one mnie nigdy nie kochały! przecie to jasne,
Jeżeli dotąd nie przyszły, to wcale już nie przyjdą. Im dłużej będą zwlekały, tem bardziej nie
zechcą sprawić mi téj radości. Znam je; nigdy nie umiały one przeczuwać potrzeb, trosk i
boleści moich, to też i śmierci méj nie przeczują. One nie pojmują nawet méj miłości. Tak,
widzę teraz, że wszystko, co dla nich robiłem, wydawało im się rzeczą małej wagi, bo
wiedziały, że-m ja gotów dla nich wnętrzności sobie otworzyć! Gdyby zapragnęły wyłupić mi
oczy, to ja-bym powiedział: Wyłapcie je ! Zanadto-m głupi. A im się zdaje, że
wszyscy mają takich ojców jak one. Trzeba zawsze kazać siebie cenić. Dzieci ich pomszczą
się za mnie. Ależ własny interes każe im przyjść do mnie. Ostrzeż je, proszę, że nie chcąc
uszanować moich chwil ostatnich, przygotowują sobie zgon niedobry. W téj jednej zbrodni
popełniają wszystkie inne. Idź-że do nich, powiedz im prędzej, że nieobecnością swoją ojco-
bójstwo popełniają! Dość ich i bez tego popełniły. Krzycz-że, krzycz tak jak ja: Hej!
Naściu! hej! Delflno! pójdźcie do ojca, który był dla was tak dobrym, a teraz cierpi okrutnie
! Nic z tego, nikt nie przychodzi. Mam-że umrzeć, jak pies jaki? Więc opuszczenie jest
moją nagrodą! Ależ to są nikczemnice, zbrodniarki!
209
przeklinam je! brzydzę się niemi! podniosę się w nocy z trumny, żeby je przekląć raz jeszcze,
bo, powiedzcie-ż przyjaciele, czy ja nie mam słuszności? wszak one bardzo źle postępują,
nieprawdaż ? Co ja mówię? Powiedzieliście mi przecie, że Delfina przyszła. Ona jest lepsza
od tamtej. Tyś synem moim, Eugieniusza! kochaj ją, bądź dla niej ojcem. Druga jest bardzo
nieszczęśliwa! a ich fortuna ! Ach ! Boże mój ! umieram, cierpię zawiele: oderznijeie mi
głowę, zostawcie tylko serce.
— Krzysztofie, biegnij po Bianchon'a i sprowadź mi kabryolet! — zawołał Eugieniusz
przerażony gwałtownością skarg i krzyków starego.
— Pojadę po córki twoje, dobry ojcze Goriot, i przywiozę je tutaj.
— Przemocą! przemocą! wezwij na pomoc straż, armią, wszystko, wszystko! — zawołał,
rzucając na Eugieniusza ostatnie spojrzenie, w którem zaświeciła jeszcze iskra rozumu. —
Udaj się do władz, do prokuratora królewskiego, powiedz, żeby mi je tutaj przyprowadzili, bo
ja tego żądam!
— Ależ przeklinałeś je, ojcze.
— Któż to powiedział? — zawołał starzec zdumiony. — Wiesz przecie, że je kocham,
ubóstwiam! Ozdrowieję natychmiast, gdy je zobaczę... Idź, dobry sąsiedzie, idź, drogie moje
dziecię; jesteś taki dobry, chciałbym ci podziękować, ale nic ci dać nie mogę oprócz
błogosławieństwa umierającego. Ach, chciałbym widzieć choć Delfinę! Powiedziałbym jéj,
żeby ci za mnie zapłaciła. Choć tę mi przyprowadź, jeżeli druga przyjść nie może. Powiedz,
że przestaniesz ją kochać, jeżeli przyjść nie zechce. Ona cię tak kocha, że przyjdzie
niezawodnie. Pić ! wnętrzności mi płoną ! Przyłóżcie mi cokolwiek do głowy. Dajcie tu rękę
méj córki, to mię zbawi, czuję... Mój Boże! któż im powróci dobrobyt, gdy ja umrę? Chcę
pojechać dla nich do Odesy ! do Odesy robić makaron włoski.
— Napij się, ojcze — rzekł Eugieniusz, podnosząc chorego.
Objął go lewem ramieniem a drugą ręką podniósł mu do ust filiżankę pełną tyzanny.
— O, ty musisz kochać ojca swego i matkę swoje! — mówił starzec, ściskając słabnącemi
rękami dłoń Eugieniusza. — Czy ty pojmujesz, że ja umrę, nie zobaczywszy mych córek?
Życie moje było od lat dziesięciu ciągłem, nieugaszoném pragnieniem... Zięciowie zabili mi
córki. Tak jest, nie miałem już córek od czasu, jak-em je za mąż powydawał. Ojcowie,
powiedzcie izbom, że potrzeba nowego prawa o małżeństwie! Albo nie wydawajcie córek za
mąż, jeżeli je kochacie. Zięć — to nikczemnik, który psuje nam córkę. Dosyć małżeństw!
One wydzierają nam dzieci i nie mamy ich
210
później przy sobie w ostatniej godzinie. Wydajcie prawo o śmierci ojców. To rzecz okropna!
Zemsty! Zięciowie nie puszczają mych córek do mnie. Zabijcie ich! Na śmierć Restaud'a, na
śmierć Alzatczyka, to są moi mordercy! Dajcie mi śmierć lub córki! Ach! już po wszystkiém,
umieram bez nich ! Naściu ! Fifinko ! prędzej, chodźcie ! tatko wasz umiera...
— Uspokój się, dobry ojcze Goriot, nie wzruszaj się, nie myśl.
— Nie widzieć ich — to śmierć moja!
— Zaraz je zobaczysz.
— Doprawdy! — zawołał starzec obłąkany. — O! zobaczyć je! ja je zobaczę, posłyszę ich
głos. Umrę szczęśliwy. A tak, nie proszę o dłuższe życie, nie dbałem już o nie, bo troski moje
rosły z dniem każdym. Ale zobaczyć je, dotknąć się ich sukien, ach ! tylko sukien, to tak
niewiele; lecz dość, by-m wziął w ręce jaki przedmiot, który do nich należy. Pozwólcie mi
wziąć włosy... sy...
Upadł na poduszkę, jak gdyby powalony uderzeniem maczugi. Ręce jego zaczęły coś chwytać
po kołdrze ; widocznie szukał włosów swych córek.
— Błogosławię je — wyrzekł z wysiłkiem... — błogosławię...
I osłabł raptownie. Bianchon ukazał się w téj chwili we drzwiach.
— Spotkałem Krzysztofa, zaraz ci fiakra sprowadzi — powiedział. Popatrzył na chorego,
podniósł mu przemocą powieki i obaj studenci ujrzeli oko, w którem już ani blasku, ani ciepła
nie było. — Zdaje mi się, że to już nie przejdzie — rzekł Bianchon. Wziął starego za puls,
następnie przyłożył mu rękę do serca.
— Maszyna jeszcze iść nie przestała; ale w takim stanie, w jakim on się znajduje, jest-to
prawdziwe nieszczęście. Lepiej byłoby, gdyby umarł.
— To prawda — rzekł Rastignac.
— Co tobie? jesteś blady jak śmierć.
— Ach, przyjacielu, słuchałem wciąż skarg i krzyków. Jest Bóg! O, tak! jest Bóg i jest świat
lepszy, który On dla nas przygotował, bo inaczej ziemia nasza byłaby nonsensem. Tonąłbym
we łzach, gdyby to było mniej tragiczne, ale coś mi okropnie ściska serce i żołądek.
— Słuchaj, trzeba będzie wiele rzeczy ; skąd-że weźmiemy pieniędzy ?
Rastignac wyciągnął zegarek.
— Masz, zastaw to prędko. Ja nie mogę zatrzymać się po drodze, bo każda chwila jest droga,
a teraz czekam Krzysztofa. Nie mam ani szeląga; trzeba będzie zapłacić woźnicy, gdy
odwiezie mię z powrotem.
211
Rastignac zbiegł pędem po schodach i pojechał na ulicę du Hel-der, do pani de Restaud. W
drodze, wyobraźnia uderzona straszliwym obrazem, na który patrzył przed chwilą, podniecała
coraz bardziej jego oburzenie. Na zapytanie, czy może się widzieć z panią hrabiną,
odpowiedziano mu, że pani nie jest widzialna.
— Ależ — powiedział Bugieniusz do kamerdynera — ja przychodzę od ojca pani hrabiny,
który jest umierający.
- Pan hrabia zakazał nam najsurowiéj.
— Jeżeli pan de Restaud jest w domu, to proszę powiedzieć mu, w jakich okolicznościach
znajduje się teść jego, oraz oświadczyć, że ja potrzebuję koniecznie rozmówić się z nim w téj
chwili.
Eugieniusz czekał długo, nie mogąc pozbyć się myśli straszliwej, że stary może umrzeć
tymczasem.
Kamerdyner wprowadził go do pierwszego salonu, gdzie pan de Restaud stał przed wygasłym
kominkiem. Hrabia przywitał studenta ozięble i nie prosił go siadać.
— Panie hrabio — powiedział Rastignac — teść pański kona w téj chwili w nędznej dziurze i
nie ma szeląga jednego na drzewo. Pragnie widzieć się z córką, bo ostatnia jego godzina się
zbliża...
— Mój panie — odparł ozięble hrabia de Restaud — mogłeś pan zauważyć, że ja nie mam
zbyt wiele sympatyi dla pana Goriot. Naraził mi się przez swoje postępowanie z panią de
Restaud, zakłócił szczęście mego życia, jedném słowem, widzę w nim nieprzyjaciela mojego
spokoju. Może sobie umierać lub żyć, wszystko mi to jedno. Oto jakie są moje uczucia dla
niego. Świat może mię ganić, ja gardzę opinią. Mam w téj chwili zbyt ważne rzeczy do
spełnienia, żeby zajmować się tém, co pomyślą o mnie głupcy lub obojętni. Pani de Restaud
nie jest w stanie wyjść z domu. Zresztą, ja nie chcę, żeby się teraz wydalała. Proszę
oświadczyć jéj ojcu, że przyjdzie do niego wtedy, gdy spełni swe obowiązki względem mnie i
względem mego dziecka. Jeżeli kocha ojca, to może być swobodną za chwilę...
— Panie hrabio, nie do mnie należy sądzić postępowanie pańskie, jesteś panem swéj żony ;
lecz mogę rachować na pańską uczciwość i proszę, żebyś mi przyrzekł jedno tylko, że
powiesz hrabinie, iż ojciec jéj nie przeżyje dnia dzisiejszego i przeklął już ją za to, że nie
przyszła czuwać u jego wezgłowia!
— Powiedz jéj pan to osobiście — rzekł hrabia, tknięty wyrazem oburzenia, które dźwięczało
w głosie Eugieniusza.
Rastignac wszedł z nim do salonu, w którym hrabina zwykle przebywała, znalazł ją zalaną
łzami i zagłębioną w fotelu z takim jakimś wyrazem przygnębienia, jak gdyby śmierci już
tylko wyglądała. Żal mu się jéj zrobiło, gdy podniosła na męża wzrok boja-
212
źliwy, w którym malował się zupełny upadek sił wyczerpanych tyranią moralną i fizyczną.
Hrabia skinął głową, znak ten ośmielił ją do mówienia.
— Słyszałam wszystko — wyrzekła. — Powiedz pan ojcu, że przebaczyłby mi, gdyby
wiedział, w jakiem położeniu ja się znajduję. Nie spodziewałam się téj męczarni, przechodzi
ona moje siły, lecz pomimo to wytrwam do końca — mówiła zwracając się do męża. —
Matką jestem. Powiedz pan memu ojcu, żem nie zasłużyła na jego wyrzuty, chociaż pozory
mię potępiają — wykrzyknęła z rozpaczą.
Eugieniusz złożył ukłon i cofnął się zdumiony, odgadując, jak straszliwie hrabina cierpiała w
téj chwili. Z mowy pana de Re-staud pojął, że usiłowanie jego było daremne i że Anastazya
nie była już swobodna. Pośpieszył z kolei do pani de Nucingen, którą znalazł w łóżku.
— Jestem cierpiąca, biedny mój przyjacielu — powiedziała Delfina. — Zaziębiłam się przy
wyjściu z balu i obawiam się, czy nie dostałam kataru płuc. Czekam doktora...
— Choćbyś pani stała jedną nogą w grobie, to i tak powinnabyś zawlec się do ojca. On woła
ciebie, pani! zapomniałabyś pewnie o swém cierpieniu, gdybyś mogła słyszeć najsłabszy
krzyk jego.
— Eugieniuszu, ojciec mój nie jest może tak chory, jak ty mówisz; ale chcę być w twych
oczach bez zarzutu i postąpię według twej woli. Wiem, że ojciec umarłby sam ze
zmartwienia, gdybym ja, wyszedłszy z domu, naraziła się na śmiertelną chorobę. Pomimo to
pójdę, tylko muszę zobaczyć się wpierw z doktorem. Ach ! dlaczegóż to nie masz zegarka? —
zapytała — widząc, że na piersi Eugieniusza nie ma złotego łańcuszka. (Eugieniusz się
zarumienił). Eugieniuszu! Eugieniuszu! jeżeliś go już sprzedał lub zgubił... o ! to byłoby
bardzo niedobrze.
Student pochylił się nad łóżkiem Delfiny i szepnął jéj do ucha : — Chcesz wiedzieć? dobrze
więc, słuchaj ! Ojciec twój nie ma za co kupić sobie całunu, w który go dziś jeszcze uwiną.
Zastawiłem twój zegarek, bom nie miał już nic więcej.
Delfina wyskoczyła nagle z łóżka i pobiegła do biurka. Jadę, jadę natychmiast,
Eugieniuszu — zawołała podając mu sakiewkę — którą z biurka wyjęła. (Zadzwoniła).
Pozwól mi się ubrać; byłabym chyba potworem, gdybym nie pojechała! Idź, ja cię uprzedzę!
Tereso — zawołała na pokojowe, powiedz panu de Nucingen, żeby przyszedł natychmiast
rozmówić się ze mną.
Eugieniusz był tak uszczęśliwiony dobrą nowiną, którą miał zwiastować umierającemu, że
powrócił prawie wesół na ulicę Neuve-Sainte-Genevieve. Stanąwszy przed domem, sięgnął
co prędzej do sakiewki, żeby zapłacić woźnicy. Niestety ! sakiewka bo-
213
gatéj i eleganckiej baronowej zawierała tylko sześćdziesiąt sześć franków. Eugieniusz wbiegł
szybko na schody i stanął przy łóżku Goriot'a. Bianchon podtrzymywał w téj chwili chorego,
a felczer szpitalny przypalał mu plecy moksą według wskazówki lekarza. Ostatni ten środek,
na jaki nauka mogła się zdobyć, nie wywierał już żadnego skutku.
— Czy pan czujesz palenie? — pytał lekarz.
Ojciec Goriot spostrzegł w téj chwili studenta i powiedział: — Przyjdą, nie prawdaż?
— Kiedy mówi, to jeszcze nadzieja nie stracona — rzekł felczer.
— Tak — odparł Eugieniusz — Delfina wnet przyjdzie.
— Ba! — rzekł Bianchon — on mówił o swych córkach, których pragnie, jak człowiek wbity
na pal pragnie wody...
— Przestań — rzekł lekarz do felczera — to próżna robota, nic mu już nie pomoże.
Bianchon i felczer złożyli znów chorego na wstrętnym barłogu.
— Należałoby jednak zmienić mu bieliznę — rzekł lekarz. — Nie ma już wprawdzie żadnej
nadziei, ale trzeba uszanować w nim ludzką naturę.
Powrócę tu jeszcze — rzekł do Bianchon'a. — Jeżeli zacznie znów narzekać, to przyłóż mu
pan kompres z opium.
Po tych słowach lekarz wyszedł z felczerem.
- No, synu, odwagi! — rzekł Bianchon do Rastignac'a gdy pozostali sami — trzeba mu
włożyć czystą koszulę i pościel odmienić. Powiedz Sylwii, niech weźmie czyste prześcieradła
i przyjdzie nam dopomódz.
Eugieniusz zeszedł na dół i zastał panią Vauquer i Sylwią zajęte nakrywaniem stołu. Przy
pierwszych słowach Rastignac'a, wdowa zbliżyła się do niego ze słodko-kwaskowatą miną
podejrzliwej kupcowej, która nie chciałaby ani stracić pieniędzy, ani obrazić kupującego.
— Kochany panie Eugieniuszu — wyrzekła — wiesz pan równie dobrze jak ja, że ojciec
Goriot nie ma już ani grosza. Jak ja dam prześcieradło człowiekowi, który już oczy zawraca,
to mogę być pewną, że nic za nic nie dostanę, a przecie i tak trzeba będzie poświęcić jedno z
nich na całun. Winniście mi już panowie sto czterdzieści cztery franki; proszę teraz dodać
czterdzieści franków za prześcieradła, za różne drobiazgi i za świecę, którą Sylwia da panom,
wszystko to wyniesie przynajmniej dwieście franków, których ja, biedna wdowa, wyrzec się
nie mogę. Chciej pan być sprawiedliwym, panie Eugieniuszu, dość już ja straciłam od czasu,
jak nieszczęścia zagościły w mym domu. Dałabym z chęcią dziesięć talarów, żeby tylko ten
stary wyniósł się był ode mnie wówczas, kiedyście to panowie projektowali zmienić
mieszkanie, To przeraża wszystkich
214
moich stołowników. Kazałabym go przewieźć do szpitala za bardzo niewielkie
wynagrodzenie. Wreszcie, chciej pan wejść w moje położenie. Ja muszę się troszczyć
przedewszystkiém o swój zakład, bo to jest życie moje.
Eugieniusz pobiegł szybko na górę do Goriot'a.
— Bianchon, gdzie są pieniądze, któreś wziął za zegarek ?
— Na stole. Po zapłaceniu wszystkiego, cośmy byli winni, pozostało jeszcze trzysta
sześćdziesiąt kilka franków. Pokwitowanie z lombardu leży pod pieniędzmi.
— Możemy załatwić rachunki — rzekł Eugieniusz zbiegłszy ze schodów z uczuciem wstrętu.
— Pan Goriot niedługo już pozostanie u pani, a ja...
— A tak, nieborak wyjdzie nogami naprzód — mówiła pani Vauquer — rachując pieniądze z
wyrazem nawpół smętnym, a na-wpół wesołym.
— Kończmy teraz — rzekł Rastignac.
— Sylwio, daj prześcieradła i idź pomódz tym panom.
— Nie zapomnij pan o Sylwii — szepnęła pani Vauquer do ucha Eugieniuszowi — ona
czuwała dwie nocy.
Widząc, że Eugieniusz zwraca się ku schodom, stara podbiegła co prędzej do kucharki i
szepnęła: — Weź prześcieradła przeszywane, numer siódmy. Na Boga! przecie to aż nadto
dobre dla nieboszczyka.
Eugieniusz wbiegł już na schody i nie mógł słyszeć słów gospodyni.
— Zmieńmy mu koszulę — rzekł Bianchon — Trzymaj go prosto.
Rastignac stanął u wezgłowia i podniósł chorego, a Bianchon zdjął z niego koszulę. Stary
zrobił ruch, jak gdyby chciał przycisnąć coś do piersi, wydając przytém żałosne jakieś i
niewyraźne okrzyki, przypominające głos zwierząt, które chcą boleść wielką wyrazić.
— Och ! och ! — zawołał Bianchon — on szuka łańcuszka z włosów i medalionu, któreśmy
mu zdjęli przed chwilą, gdy felczer mu plecy przypalał. Biedny człowiek! trzeba mu je oddać.
Leżą tam na kominku.
Eugieniusz wziął w ręce łańcuszek wypleciony z włosów złocisto-popielatych; były-to
zapewne włosy pani Goriot. Z jednej strony medalionu wyryte było imię Anastazya, z drugiej
— Delfina. Tak więc człowiek ten nosił zawsze na piersi wierny obraz serca swojego. Włosy
zamknięte w medalionie były tak cienkie, że musiały należeć do młodziuchnych główek
dziecinnych. Przy dotknięciu medalionu, z piersi starca wyrwało się westchnienie przeciągłe,
215
świadczące o głębokiem zadowolnieniu. W westchnieniu tem był ostatni oddźwięk uczucia,
które zdawało się cofać do owego środka nieznanego, z którego wychodzą i ku któremu
zwracają się nasze sympatye. Twarz jego konwulsyjnie skrzywiona, przybrała wyraz radości
chorobliwej. Ten wybuch potężnego uczucia, które przetrwało nawet myśl sarnę, wzruszył do
głębi obu studentów ; z oczu ich popłynęły łzy gorące i spadły na umierającego, który wydał
przeraźliwy okrzyk zadowolnienia.
— Naściu ! Fiflnko ! — zawołał.
— Żyje jeszcze — rzekł Bianchon.
— Do czego mu się to zdało ? — zapytała Sylwia.
— Żeby cierpieć — odparł Rastignac.
Bianchon ukląkł po jednej stronie łóżka i wziął chorego pod kolana, a Rastignac ukląkł z
drugiej strony i podsunął mu ręce pod plecy. Obaj unieśli go w górę, a Sylwia ściągnęła
brudne prześcieradła i zastąpiła je czystemi. Goriot, zwiedziony zapewne łzami studentów,
zebrał resztki sił i wyciągnął ręce, a napotkawszy dwie głowy po obu stronach łóżka,
schwycił je gwałtownie za włosy, przyczém usta jego wyszeptały słabo: — Ach! moje
anioły! Były-to niby słowa, niby szmer jakiś, z którym i dusza razem uleciała.
— Biedny, kochany człowiek — zawołała Sylwia, wzruszona tym wykrzyknikiem, w którym
malowało się najwyższe uczucie, obudzone po raz ostatni kłamstwem najstraszliwszém i
najniewinniejszém zarazem.
Ostatnie westchnienie tego ojca miało być westchnieniem radości. Było w niém streszczenie
życia całego ; człowiek ten mylił się jeszcze, mylił się po raz ostatni. Studenci złożyli go ze
czcią na posłaniu. Od téj chwili twarz jego wyrażała wciąż walkę bolesną między życiem a
śmiercią, która toczyła się w machinie pozbawionej już tego rodzaju samowiedzy mózgowej,
z której wynika dla istoty ludzkiej wrażenie przyjemności i bólu. Zniszczenie zupełne było
już tylko kwestyą czasu.
— Pozostanie tak kilka godzin, nie będzie nawet chrapał i skona nieznacznie. Mózg musi być
zupełnie zaatakowany.
W téj chwili dały się słyszeć szybkie kroki młodej kobiety.
— Zapóźno przychodzi — rzekł Rastignac.
Zamiast Delfiny ukazała się we drzwiach pokojówka jéj, Teresa.
— Panie Eugieniuszu — wyrzekła zdyszana — wynikła u nas gwałtowna scena między
panem i panią, z powodu pieniędzy, których biedna moja pani żądała dla swego ojca. Pani
zemdlała, sprowadzono doktora, trzeba było krew jéj puszczać, a ona ciągle krzyczała: —
Ojciec mój umiera, chcę go zobaczyć! Serce pękało słuchając tych krzyków.
216
— Dosyć, Tereso. Pani nie miałaby już po co przychodzić, bo pan Goriot stracił przytomność.
— Biedny, kochany pan! czyż on już taki słaby! — rzekła Teresa.
- Ja tu nie potrzebna, pójdę lepiej doglądać obiadu, bo już pół do piątej — powiedziała Sylwia
zwracając się ku schodom, gdzie omal nie potrąciła pani de Restaud.
Hrabina ukazała się jak zjawisko pełne grozy i powagi. Zwróciła oczy na łoże śmierci,
oświetlone niepewnym blaskiem jednej świecy i zalała się łzami na widok zmienionej twarzy
ojca, po której przechodziły jeszcze ostatnie dreszcze życia. Bianchon wycofał się dyskretnie.
— Nie wymknęłam się dość wcześnie — rzekła hrabina do Rastignac'a.
Student odpowiedział jéj pełnem smutku skinieniem. Pani de Restaud ujęła rękę ojca i
przycisnęła ją do ust.
— Przebacz mi, ojcze! Mówiłeś, że głos mój wywołałby cię z grobu; wróć więc, wróć na
chwilę do życia, by pobłogosławić twą córkę skruszoną. Usłysz mię! To coś okropnego !
Twoje błogosławieństwo jest jedyném, jakie ja mogę otrzymać tu na ziemi. Wszyscy mię
nienawidzą, ty jeden mię kochasz. Nawet dzieci własne nienawidzić mię będą. Uprowadź mię
z sobą, ojcze, ja cię otoczę miłością i staraniem. On już nie słyszy, ja-m szalona! (Upadła na
kolana i patrzyła nań nieprzytomnie). Niczego nie brak do mego nieszczęścia — mówiła
zwracając się do Eugieniusza. — Pan de Trailles odjechał pozostawiając tu długi ogromne, a
ja dopiero teraz się przekonałam, że mię oszukiwał. Mąż trzyma w ręku cały mój fundusz i
nie przebaczy mi nigdy mego postępowania. Pierzchły wszystkie moje złudzenia. Niestety!
dla kogóż zdradziłam jedyne serce (wskazała na ojca), które mię ubóstwiało! Zapomniałam
go, odepchnęłam, wyrządzałam mu krzywd tysiące, o ja niegodziwa!
— On wiedział o tém — wyrzekł Rastignac.
W téj chwili ojciec Goriot otworzył oczy w skutek drgnienia konwulsyjnego. Poruszenie,
którem hrabina zdradziła budzącą się nadzieję, sprawiało nie mniej okropne wrażenie, jak
wyraz umierającego.
— Miałżeby mię usłyszeć? — krzyknęła.— Ale nie! — wyrzekła po chwili siadając przy
łóżku.
Eugieniusz zostawił panią de Restaud przy ojcu, a sam zbiegł na dół, żeby się trochę posilić.
Stołownicy byli już zgromadzeni.
— No, cóż ? — rzekł malarz — będziemy mieli podobno małą śmiercioramę tam na górze ?
217
— Karolu — zawołał Eugieniusz — zdaje mi się, że mógłbyś obrać sobie mniej posępny
przedmiot do żartów.
— Czy już tu nie wolno będzie się zaśmiać? — zapytał malarz. — Cóż to szkodzi ? przecie
Bianchon powiada, że stary jest nieprzytomny.
— W takim razie - podchwycił urzędnik z Muzeum — nieborak umrze tak, jak żył.
— Mój ojciec umarł! — krzyknęła hrabina.
Na ten krzyk straszliwy, Sylwia, Rastignac i Bianchon rzucili się na górę. Hrabina leżała
zemdlona. Zaczęto ją cucić i przeniesiono do fiakra, który czekał u drzwi gospody.
Eugieniusz powierzył hrabinę pieczy Teresy, zalecając, by ją odwiozła do pani de Nucingen.
— O ! teraz już umarł rzeczywiście — rzekł Bianchon schodząc na dół.
— Panowie, siadajmy do stołu, bo zupa ostygnie — zawołała pani Vauquer.
Dwaj studenci siedli obok siebie.
— Cóż teraz zrobimy? — rzekł Eugieniusz do Bianchon'a.
— A cóż? Zamknąłem mu oczy i położyłem go jak się należy. Pójdziemy teraz do ratusza,
donieść o jego śmierci, dostaniemy poświadczenie lekarza, poczém zaszyją trupa w całun i
pogrzebią. A cóż z nim więcej robić?
— Nie będzie już wąchał chleba w ten sposób — rzekł jeden ze stołowników, naśladując
grymas starego.
— Do licha ! panowie —- zawołał korepetytor — dajcież pokój ojcu Goriot i nie traktujcie
nas ciągle tém samém; dość go już mamy, bo od dwóch godzin o niczém więcej nie mówicie.
Jest-to jeden z przywilejów dobrego miasta Paryża, że można się w niém urodzić, żyć i
umrzeć nie zwracając niczyjej uwagi. Korzystajmyż z wygód cywilizacyi. Sześćdziesiąt osób
umarło dziś w mieście, czyż będziecie się rozczulali nad temi hekatombami paryskiemi?
Ojciec Goriot przeniósł się na tamten świat, tém lepiej dla niego ! Jeżeli go ubóstwiacie, to
siedźcie sobie przy nim, a nam pozwólcie jeść spokojnie.
— O tak ! — rzekła wdowa — lepiej mu, że umarł. Zdaje się, że nieborak miał w swém życiu
wiele nieprzyjemności.
Była-to jedyna mowa pogrzebowa nad zwłokami istoty, która była dla Eugieniusza
uosobieniem ojcowstwa. Piętnastu stołowników zaczęło rozmawiać zwykłym trybem.
Skończywszy jeść, Eugieniusz i Bianchon nie mogli znieść panującej wrzawy; brzęk
widelców i łyżek, rozmowa przeplatana śmiechem, wesołość biesiadujących, wszystko to
przejmowało zgrozą naszych studentów
218
Wstali obaj od stołu i poszli po księdza, który miał czuwać i modlić się w nocy przy umarłym.
Musieli stosować ostatnią, posługę, którą mieli oddać staremu, do niewielkiego zapasu
pieniędzy. Około dziewiątej wieczorem położono ciało na ramie od łóżka, między dwiema
świecami, w pustym pokoju, w którym tylko ksiądz pozostał przy nieboszczyku. Przed
odejściem na spoczynek, Rastignac zapytał duchownego, wiele będzie kosztowało
nabożeństwo i pogrzeb, poczém napisał parę słów do barona de Nucingen i do hrabiego de
Restaud, prosząc, by zechcieli przysłać swych pełnomocników, dla zaspokojenia wszystkich
kosztów pogrzebu. Posłał listy przez Krzysztofa, a sam położył się i usnął prędko po
całodziennem znużeniu. Nazajutrz rano Rastignac i Bianchon musieli pójść sami zawiadomić
o śmierci, którą zaświadczono około południa. Czekali następnie dwie godziny, lecz
zięciowie nie przysyłali ani pieniędzy, ani pełnomocnika upoważnionego do działania w ich
imieniu, i Rastignac musiał zapłacić księdzu z własnej kieszeni. Sylwia podejmowała się
zaszyć nie boszczyka w całun za dziesięć franków, lecz Eugieniusz i Bianchon zmiarkowali,
że i bez tego trudno im będzie podołać kosztom, jeżeli krewni nieboszczyka umyją ręce od
wszystkiego. Student medycyny postanowił w końcu, że sam złoży nieboszczyka do trumny
żebraczej, którą kupił w swym szpitalu za tanie pieniądze.
— Wypłataj tym łotrom figla — mówił do Eugieniusza. — Kup na Pere-Laehaise kawałek
ziemi na pięć lat i zamów obrządek pogrzebowy trzeciej klasy. Jeżeli zięciowie i córki nie
zechcą ci kosztów powrócić, to każ wyryć na grobie : Tu spoczywa pan Goriot, ojciec
hrabiny de Restaud i baronowej de Nucingen, pochowany kosztem dwóch studentów.
Eugieniusz nie chciał pójść za radą przyjaciela, póki nie spróbował udać się nadaremnie do
państwa de Nucingen i państwa de Restaud. Nie chciano go za próg wpuścić; odźwierni mieli
surowe rozkazy.
— Państwo nie przyjmują nikogo — powiadali — stracili ojca i pogrążeni są w najgłębszej
boleści.
Eugieniusz znał już tak dobrze świat paryski, że pojął, iż nie było po co dłużej nastawać.
Serce ścisnęło mu się boleśnie, gdy zobaczył, że nie ma sposobu dostać się do Delfiny.
Sprzedaj pani jaki klejnot (pisał do niej w mieszkaniu odźwiernego), żeby ojciec twój
mógł być przyzwoicie odprowadzony na miejsce wiecznego spoczynku.
Zapieczętował kartkę prosząc odźwiernego, żeby oddał ją Teresie dla wręczenia pani
baronowej; lecz odźwierny odniósł ją do samego barona, który po przeczytaniu wrzucił ją do
ognia.
219
Spełniwszy wszystko, co było potrzeba, Eugieniusz wrócił do domu około trzeciej po
południu i uronił łzę na widok trumny zaledwie przykrytej czarném suknem, którą postawiono
przy drzwiach, wśród pustej ulicy. Przy trumnie w miedzianym posrebrzanym półmisku
znajdowała się woda święcona, a w niéj mizerne kropidełko, którego nikt jeszcze nie
poruszył. Nawet drzwi kirem nie pokryto. Była-to śmierć biedaków nie znająca ani wystawy,
ani orszaku, pozbawiona przyjaciół i krewnych! Bianchon musiał odejść od szpitala i zostawił
tylko parę słów do Eugieniusza, donosząc mu, że był w kościele i dowiedział się, że
zakupienie mszy przechodziło ich środki, trzeba więc było poprzestać na mniéj kosztowném
nabożeństwie nieszpor-ném. Donosił mu też, że przed wyjściem posłał Krzysztofa do Bractwa
Pogrzebowego. Skończywszy czytać bazgraninę Bian-chon'a, Eugieniusz spostrzegł w ręku
pani Vauquer medalion oprawny w złoto, w którym były włosy córek Goriota.
— Jak pani mogłaś wziąć ten medalion? — zawołał.
— Masz tobie! - rzekła Sylwia — alboż mieliśmy go z tém pochować ? przecie to złoto.
— Naturalnie! — odparł Eugieniusz z oburzeniem — niech zabierze z sobą choć to jedno, co
może przypomnieć jego córki.
Gdy karawan zajechał, Eugieniusz kazał wnieść trumnę na powrót do mieszkania, odbił
wieko i złożył że czcią na piersi starego pamiątkę z owych czasów, kiedy Anastazya i Delfina
były młodemi, niewinnemi dziewicami i nie rozumowały jeszcze, jak to powiedział ojciec w
przedśmiertnej godzinie. Oprócz dwóch żałobników, tylko Eugieniusz i Krzysztof
odprowadzili trumnę biedaka do kościoła Saint-Etienne-du-Mont, położonego w pobliżu ulicy
Neuye-Sainte-Genevieve. Wniesiono ciało do nizkiéj i ciemnej kapliczki, w której oczy
Eugieniusza szukały napróżńo córek lub zięciów Goriot'a. Nie było nikogo, prócz Krzysztofa,
który uważał za obowiązek oddać ostatnią posługę zmarłemu, może dlatego, że z jego łaski
otrzymał nieraz suty tryngielt. Czekając przyjścia księży, chłopaka z chóru i posługacza
kościelnego, Eugieniusa wzruszony uścisnął w milczeniu dłoń Krzysztofa.
— Tak, panie Eugieniuszu — powiedział Sabaudczyk — był-to człowiek dobry i poczciwy,
który nigdy słowa za głośno nie powiedział, nie złego nie zrobił i nikomu nie zaszkodził.
Dwaj księża, chłopak z chóru i posługacz kościelny przyszli, by dać wszystko, co można mieć
za siedemdziesiąt franków w epoce, kiedy religia nie jest dość bogata, by modlić się darmo.
Odśpiewano psalm, Libera i De profundis. Nabożeństwo trwało dwadzieścia minut. Był tylko
jeden powóz żałobny dla księdza i chłopaka z chóru, którzy zgodzili się zabrać z sobą
Eugieniusza i Krzysztofa.
220
— Nie ma żadnego orszaku — rzekł ksiądz — pojedziemy prędzej, żeby się nie spóźnić, bo
już jest pół do szóstej.
W chwili jednak, gdy trumna stanęła na karawanie, dwa próżne powozy przyłączyły się do
orszaku pogrzebowego i odprowadziły go aż do Pere-Lachaise. Na jednym powozie był herb
hrabiego de Restaud, na drugim — barona de Nucingen. O szóstej wieczorem, ciało ojca
Goriot zostało spuszczone do dołu w obecności sług Anastazyi i Delfiny, którzy odeszli za
księdzem zaraz po odmówieniu krótkiej modlitewki, jaka się należała staremu za pieniądze
studenta. Dwaj grabarze rzucili trochę ziemi na trumnę i przyszli do Rastignac'a, prosząc, by
im dał na piwo. Eugieniusz sięgnął do kieszeni, lecz nic w niej nie znalazł i musiał pożyczyć
dwadzieścia soldów u Krzysztofa. Drobna ta okoliczność obudziła w sercu studenta uczucie
głębokiej żałości. Zmrok zapadał, powietrze wilgotne rozstrajało nerwy ; Eugieniusz zwrócił
oczy na grób świeży i pogrzebał w nim ostatnią łzę młodzieńczą, wywołaną świętem
wzruszeniem serca niepokalanego, jednę z tych łez, co upadłszy na ziemię wytryskują z niéj
aż ku niebiosom. Krzysztof odszedł zwolna pozostawiając studenta w głębokiej zadumie, z
rękoma skrzyżowanemi i wzrokiem wzniesionym ku górze.
Rastignac postąpił kilka kroków ku brzegom cmentarza, zkąd odkrywał się Paryż rozłożony
nierówno po obu stronach Sekwany. Światła połyskiwały już gdzie-niegdzie. Oczy studenta
zatrzymały się chciwie pomiędzy kolumną placu Vendôme a kopułą Inwalidów, w miejscu,
gdzie żyło towarzystwo wykwintne, do którego on dostać się usiłował. Zmierzył ten ul
brzęczący spojrzeniem, które zdawało się odrazu wszystek miód z niego wysysać, i wyrzekł
te wielkie słowa:
— Teraz my się spróbujemy!
Rzuciwszy światu takie wyzwanie, Rastignac poszedł na obiad do pani de Nucingen.
Sache, we wrześniu 1834.
KONIEC TOMU TRZECIEGO.